Data publikacji:

Spider-Man: Daleko od domu – recenzja filmu. Eurotrip w wydaniu superbohaterskim

W pewnym momencie Peter Parker mówi: „Jestem tylko przyjaznym Spider-Manem z sąsiedztwa”. Co Nick Fury kwituje: „Przecież byłeś w kosmosie”. Ta scena doskonale pokazuje, jaką drogę przeszedł bohater w filmach z Marvel Cinematic Universe. Twórcy nie wstydzą się komiksowego rodowodu swoich postaci, osadzając je w coraz to bardziej pokręconych wydarzeniach. Czy tak samo jest w nowym filmie? Tego dowiecie się z mojej recenzji „Spider-Man: Daleko od domu”.

UWAGA: Recenzja pozbawiona jest spoilerów, dlatego możecie bez obaw przeczytać ją przed seansem filmu!

Spider-Man: Daleko od domu – druga odsłona filmu o pająku z Tomem Hollandem

Pierwsza solowa produkcja Disneya poświęcona Człowiekowi-Pająkowi była dosyć przyziemna. Zagrożenie, z którym musiał mierzyć się heros, nie miało globalnego zasięgu, więc dobrze pełniło rolę rozgrzewki. Jon Watts w „Homecoming” poświęcił za to sporo miejsca na zaprezentowanie życia prywatnego bohatera, jego rozterek miłosnych oraz innych problemów trapiących nastolatków. Film był dobry, ale zdecydowanie nie należy do moich ulubionych filmów o superbohaterach. Uważam, że był trochę zbyt bezpieczny i samozachowawczy. Tego samego nie mogę z kolei powiedzieć o „Daleko od domu”.

Po co nam Iron-Man, skoro mamy Mysterio?

W kontynuacji reżyser zdecydował się na postawienie Spider-Mana przed zagrożeniem, z którym do tej pory nie miał do czynienia. Bo co może zrobić biedny chłopak wobec zagrażającym Ziemi żywiołom? Kiedy strzela pajęczyną w wodę, ta przez nią przelatuje. Próba oplecenia siecią żywiołaka ognia również nie wchodzi w grę. Wtedy na scenę wchodzi nowy bohater MCU odgrywany przez Jake’a Gyllenhaala. Swoją drogą, świetnego aktora.

Quentin Beck po tym, jak jego wersja Ziemi została zniszczona, trafia do nas, żeby uchronić ludzi przed zagładą. Tym samym potwierdza istnienie Multiwersum, o którym fani tak długo dyskutowali w mediach społecznościowych. Nowy bohater szybko zostaje okrzyknięty przez kumpli Pete’a mianem Mysterio i tak mamy perfekcyjnego następcę dla Iron-Mana.

Przeczytaj również: Spider-Man na PS4. Na taką grę warto było czekać

Nie wierzcie we wszystko, co widzicie

Akcja przedstawiona w „Spider-Man: Daleko od domu” jest bardzo dynamiczna. Praktycznie cały czas jesteśmy przerzucani z jednego europejskiego miasta do drugiego, a fabuła co chwilę zaskakuje zwrotami akcji. W pewnym momencie stwierdziłem, że nawet nie będę próbował na bieżąco wszystkiego rozgryzać, ponieważ nie miało to sensu.

Twórcy tak umiejętnie podawali błędne tropy, bawili się z widzem, że czułem się, jakbym brał udział w ich chorej grze. To świadczy tylko o tym, że nie mamy do czynienia z kolejnym, bezpłciowym filmem superbohaterskim, tylko tytułem chcącym być zapamiętanym.

Podobało mi się też to, że w natłoku akcji i wręcz szpiegowskich intryg reżyser znalazł miejsce na rozwój głównego bohatera. W filmie jest zaskakująco dużo Petera Parkera, a nie Spider-Mana. Właściwie powiedziałbym, że chłopak przywdziewa kostium sporadycznie. Gdy to jednak robi, wtedy zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki.

Z kolei obserwując bohatera w cywilu, miałem wrażenie, jakbym oglądał dobrze zrealizowany teen movie. Pete nie marzy o wielkich rzeczach, o byciu Avengerem. Dla niego najważniejsze jest to, żeby na szczycie wieży Eiffla powiedzieć MJ, co do niej czuje. Ckliwe i banalne? Pewnie, że tak! Oczywiście na taki scenariusz nie ma miejsca w życiu bohatera…

W „Spider-Man: Delako od domu” nie ma czasu na dramaty

„Spider-Man: Daleko od domu” to produkcja wypełniona po brzegi poczuciem humoru. Jasne, trzon fabularny oraz niektóre wątki utrzymane są w poważniejszym tonie. Przez większość czasu film daje natomiast powody do uśmiechu.

Tom Holland po raz kolejny udowadnia, że jest bardzo elastycznym aktorem, potrafiącym odnaleźć się zarówno w scenach dramatycznych, jak i komediowych. Sporo luzu do seansu wnosiła również ekipa Parkera z Nedem i MJ na czele. Nawet nieporadny profesor Harrington dawał więcej radości niż zażenowania.

Absolutnie zakochałem się jednak w tym, co Jon Watts zrobił z postacią Nicka Fury’ego. Twórcy Marvel Cinematic Universe już od jakiegoś czasu nie próbują przedstawiać tej postaci jako poważnego szefa wielkiej organizacji zwalczającej przestępczość. Samuel L. Jackson, występując w „Daleko od domu”, miał do odegrania postać, której charakterem bliżej było do Julesa z „Pulp Fiction”.

Dosyć sporo miejsca przeznaczono również na postać Happy’ego Hogana. Mężczyzna (podobnie jak Peter) próbuje odnaleźć swoje miejsce na świecie po śmierci Tony’ego Starka. Tradycyjnie na plus wypadł także Jake Gyllenhaal. Szkoda tylko, że w pewnym momencie postać Mysterio stała się dosyć stereotypowa, przez co aktor nie mógł dać popisu swojego kunsztu aktorskiego. Nie zmienia to faktu, że świetnie poradził sobie z zadaniem postawionym przez reżysera.

Czy warto obejrzeć Spider-Man: Daleko od domu?

Zdecydowanie tak! Jeżeli nie widzieliście jeszcze filmu, to nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak trudno jest pisać recenzję bez omawiania konkretnych wątków fabularnych. Jak już pisałem wcześniej, „Spider-Man: Daleko od domu” zaskakuje na każdym kroku, przez co trzyma w napięciu do samego końca. A nawet jeszcze dłużej, gdyż obie sceny po napisać są tak mocne, że na ich podstawie można zrobić właściwie wszystko.

„Spider-Man: Daleko od domu” był ostatnim filmem z trzeciej fazy Marvel Cinematic Universe. Ta historia dobiegła już końca, ale raczej nie mamy co rozpaczać. Wszystko wskazuje na to, że Disney i Marvel cały czas wiedzą, jak prowadzić to uniwersum. Co więcej, coraz częściej widać, że umieją się nim bawić i nie traktują go przesadnie serio. Trzeba przyznać, że żyjemy w bardzo ciekawych dla popkultury czasach.

Autor: Łukasz Morawski