Data publikacji:

Men In Black: International. Film spóźniony o dwie dekady. Recenzja filmu

Faceci (i kobiety) w czerni powrócili do kin. Czy nowy rozdział wypadł dobrze? Tego dowiecie się z naszej recenzji „Men In Black: International”.
W 1997 roku za sprawą „Men In Black” dowiedzieliśmy się, że kosmici od zawsze byli wśród nas. Patrząc na zachowanie niektórych ludzi, nie powinno być to wielkim zaskoczeniem. Ten film dokumentalny nie tylko rozprawił się z obcymi cywilizacjami, ale również zapewnił masę humoru i świetnych efektów specjalnych.
Kontynuacja odkryła jeszcze więcej kart o naszym świecie, a także dostarczała kolejną porcję żartów i wybuchowej rozwałki. Trzecia część była wyraźnie słabsza, aczkolwiek nadal potrafiła dobrze bawić się tematem.

Żegnaj Nowy Jorku, witaj Londynie

Historia agentów K i J została jednak definitywnie zakończona, a jakiekolwiek próby dopowiedzenia kolejnych wątków kompletnie zrujnowałyby ich wzruszający finał.

Twórcy „Men In Black: International” mieli ułatwione zadanie, ponieważ seria opowiada o tajnej agencji zajmującej się tropieniem kosmitów na całej Ziemi.

Dzięki temu markę można ciągnąć w nieskończoność, opowiadając o losach nowych bohaterów. W tym przypadku trafiło na doświadczonego H oraz nowicjuszkę M.

W role agentów wcielili się odpowiednio Chris Hemsworth oraz Tessa Thompson, którzy mieli już okazję pracować wspólnie przy projekcie Marvel Cinematic Universe.
Bez owijania w bawełnę, od razu zaznaczę, że „Men In Black: International” to film, który przejdzie bez większego echa. Jest to typowa produkcja do odhaczenia, jaką ogląda się w nudny piątkowy wieczór w telewizji.

Po zakończeniu seansu można spokojnie wrócić do swojego nudnego życia, a i tak będzie to ciekawsze doświadczenie, niż oglądanie zmagań agentów MiB.

Najlepszym elementem filmu o facetach w czerni jest kobieta


Całość ratuje na szczęście dwójka głównych bohaterów. Tessa Thompson to bardzo dobra i utalentowana aktorka. Widać, że nie boi się brać udziału w najróżniejszych projektach. Swój talent aktorski udowodniła chociażby w serialu „Westworld” i serii „Creed”.

Jej zdolności komediowe mogliśmy natomiast obserwować w „Thor: Ragnarok”. W najnowszej odsłonie „Men In Black” aktorka naprawdę błyszczy, nawet jeśli scenariusz znacząco ogranicza jej pole manewru. Dobrze się na nią patrzy i jeszcze lepiej słucha.

To samo można powiedzieć o Chrisie Hemsworcie, który wielokrotnie udowodnił, że komedie nie są mu obce.

Agenci H i M są kompletnie inni, a to w takich produkcjach działa zawsze bardzo dobrze. Różne charaktery nakręcają konflikty, a także prowadzą do zabawnych sytuacji. Z tymi ostatnimi było różnie, ale niektóre żarty przyprawiły mnie o uśmiech na twarzy.
Szkoda tylko, że twórcy całkowicie zmarnowali potencjał protagonistów, poprzez osadzenie ich w nieciekawej intrydze. Fabule brakuje jakiegokolwiek polotu, a zwroty akcji są tak słabe, ze już w prologu można przewidzieć zakończenie.

F. Gary Gray nawet nie próbował opowiedzieć czegoś ciekawego. A jeśli ograniczał go kiepski scenariusz, to i tak reżyser nie nadrobił tego ciekawym sposobem na poprowadzenie akcji. Wszystko jest takie typowe, poprawne, a przez to… nudne.

Czy warto obejrzeć „Men In Black: International”?

„Men In Black” z 2019 roku to film spóźniony o co najmniej dwie dekady. Pod względem fabuły i kreacji świata jest wręcz krokiem wstecz w stosunku do poprzednich części. To tytuł tak bardzo nijaki, że ciężko powiedzieć o nim, że jest zły. Taki nie jest, po prostu brakuje mu „tego czegoś”. Obejrzeć można, ale nie nastawiajcie się na nic nadzwyczajnego.

Przeczytaj inne nasze recenzje:

Autor: Łukasz Morawski