Data publikacji:

X-Men: Mroczna Phoenix – recenzja filmu

Wieloletnia seria o X-Menach właśnie dobiegła końca. Film Simona Kinberga miał być pożegnaniem z fanami, którzy poczuli się zawiedzeni już przy okazji poprzedniej części. Jak wypadł jego debiut reżyserski? Tego dowiecie się z naszej recenzji „X-Men: Mroczna Phoenix”.
Jako osoba wychowana w latach dziewięćdziesiątych, pierwszy kontakt z mutantami zaliczyłem dzięki serialowi animowanemu, który był początkowo emitowany na TVP2, a później przeniesiono go na Jetix. Historia o odmieńcach pragnących normalności bardzo mnie wtedy poruszyła i jednocześnie zafascynowała. Jako dzieciak podekscytowany tematyką superbohaterską, chciałem jak najszybciej nadrobić komiksy o X-Menach i w końcu trafiłem na zeszyt „Zabawa w boga” wydany w Polsce przez TM-Semic. Będąc kilkuletnim chłopakiem,  doznałem szoku, gdy zobaczyłem brutalną opowieść, pełną szokujących rysunków i atmosfery tak gęstej, ze można ją było kroić nożem. Nie ukrywam, że trochę się bałem tego komiksu, ale i tak nie przeszkadzało mi to w ciągłym przeglądaniu go oraz kalkowaniu ulubionych kadrów.

Czy film „X-Men: Mroczna Phoenix” od początku skazany był na porażkę?

Wtedy w 2000 roku do kina trafiła pierwsza ekranizacja X-Menów. Początkowo byłem bardzo na nią nakręcony, ale po obejrzeniu emocje trochę opadły. Film nie dostarczył mi tyle dobra, co animacja i komiksy, choć był dobrze zrealizowany. Kontynuacja wypadła znacznie lepiej, ponieważ poruszała wiele ważnych dla mutantów problemów. „Ostatniego bastionu” raczej nie muszę przypominać, ponieważ produkcja okazała się kompletną porażką. Aczkolwiek, muszę niestety wrócić do tego filmu, ze względu na Simona Kimberga – reżysera „X-Men: Mroczna Phoenix”. Brytyjczyk odpowiada za scenariusz do fatalnej trzeciej części, a potem odniósł jeszcze porażkę przy „Fantastycznej czwórce” z 2015 roku i „X-Men: Apocalypse”. Właściwie większość tytułów przy jakich pracował, nie była szczególnie chwalona za ciekawą historię.
Wątpliwy warsztat scenopisarski zawsze można przykryć sprawną reżyserią, lecz niestety tak się nie stało w najnowszej odsłonie kinowych przygód mutantów. Pech chciał (a raczej Fox), że to właśnie Kimberg zasiadł na stołki reżyserskim. Jest to jednocześnie jego pierwsza styczność z tą funkcją, co niestety bardzo widać. Szkoda, że producenci postanowili powierzyć finał prawie dwudziestoletniej serii osobie, którą na dobrą sprawę można nazwać amatorem.

Jeśli dołożymy do tego problemy produkcyjne oraz bezsensowny pomysł na całkowitą zmianę zakończenia, to jawi nam się obraz nieuchronnej katastrofy. Dokrętki zrobiono podobno dlatego, że oryginalna wersja była zbyt zbieżna z innym filmem superbohaterskim wydanym w tym roku. Kompletnie nie kupuję takiej argumentacji – jest ona najzwyczajniej w świecie głupia. Obstawiam, że prawdziwy powód leżał gdzieś indziej, ale o tym dowiemy się może dopiero za jakiś czas.

Żałuję, że finał został zrealizowany w tak nieprzemyślany sposób, ponieważ drzemał w nim ogromny potencjał. Jasne, „X-Men: Apocalypse” był bardzo słabym dziełem, ale tego nie można już powiedzieć o „X-Men: Przeszłość, która nadejdzie” oraz „X-Men: Pierwsza klasa”. Zwłaszcza ten drugi film udowodnił, że da się opowiedzieć historię o mutantach, która będzie z jednej strony widowiskowa, a z drugiej poruszy istotne dla tych bohaterów problemy. „Mroczna Phoenix” tak naprawdę nie ma nic ciekawego do zaoferowania.

Przeczytaj również: Recenzja filmu Detektyw Pikachu

Ograniczenia budżetowe to nie jedyny problem filmu

Sceny walki są zrealizowane w fatalny sposób – brak im jakiejkolwiek finezji oraz epickości. Zakończenie z pojedynkiem w wagonach pociągu to potwarz dla wszystkich poprzednich filmów z serii. Widać, że twórcy zlepiali finał naprędce, a przy tym bardzo szczędzili na budżecie. Ostatnie starcie było całkowicie pozbawione emocji, ponieważ w żadnym momencie nie czuło się stawki, o jaką toczyła się gra. Wynika to głównie z tego, że Jean Grey nie była tak naprawdę antagonistką, tylko jakąś kosmiczną rasą noname’ów, o której nic nie wiedzieliśmy. Co więcej, producenci tak bardzo poskąpili kasy na film, że obca cywilizacja przez cały czas występuje w ludzkiej formie. W efekcie, potężni X-Meni tłuką się z bandą ludzi, a widz nie ma pojęcia, co tu się właściwie wyrabia.
„X-Men: Mroczna Phoenix” jest również dziełem traktującym się zdecydowanie zbyt serio. Przez prawie dwie godziny trwania filmu, raczeni jesteśmy podniosłymi wypowiedziami i pustymi frazesami, od których po pewnym czasie zaczyna boleć głowa. Właściwie żadna z postaci nie mówi tutaj jak normalny człowiek (może dlatego, że są mutantami, he he), tylko próbuje odgrywać scenki z Szekspira lub cytować najważniejsze dzieła Paulo Coelho.

Trudno jest kibicować większości postaci, ponieważ nie są to osoby, z jakimi można się zżyć. Na plus mogę jedynie zaliczyć występ Jamesa McAvoya w roli Charlesa Xaviera oraz Michaela Fassbendera jako Magneto. Panowie po raz kolejny pokazali, że nawet fatalny scenariusz i reżyseria nie są w stanie zgasić ich aktorskiego kunsztu. W przypadku Profesora X zadziałało też to, ze nie robiono z niego mędrca, tylko pokazano ciemną stronę – tę pożądającą estymy ludzkości.

Czy warto obejrzeć „X-Men: Mroczna Phoenix?”

„X-Men: Mroczna Phoenix” to film bardzo słaby, którego seans w kinie można sobie spokojnie odpuścić. Pod względem jakości, dzieło Kinberga plasuje się jako „straight to DVD”. Nie powiem, że jestem zawiedziony, ponieważ nie miałem wielkich oczekiwań. Jest mi jednak trochę przykro, że w taki sposób wytwórnia Fox postanowiła pożegnać się z jedną ze swoich flagowych marek. Przy okazji „Logana” dali wyraz tego, ze potrafią tworzyć świetne filmy osadzone w uniwersum mutantów. Mam nadzieję, że dzięki wykupieniu praw do X-Menów przez Disneya, martwy feniks wstanie z popiołów w lepszej formie.

Autor: Łukasz Morawski