Data publikacji:

Czy Electronic Arts podąża we właściwym kierunku?

Roast Electronic Arts? Niekoniecznie.

Jakie jest Electronic Arts – wszyscy wiemy. Studio wieloma decyzjami i pomysłami, dotyczącymi produkcji przez siebie wydawanych, strzelało sobie w stopę i firma ta kilkukrotnie wybierana była jako najgorsza w Stanach Zjednoczonych. Zszargana opinia EA wydaje się być bardzo często zwyczajnie zasłużonym stanem rzeczy.

A jednak, produkcje opatrzonym logo tego wydawcy wciąż zdają się mieć mocną pozycję na rynku. FIFA z roku na rok notuje świetne wyniki, Battlefield 1 całkowicie zmiótł swojego bezpośredniego konkurenta dwa lata temu, a Titanfall 2 okazał się być więcej niż godnym następcą swojego poprzednika. Amerykanie mają więc w swoich rękach wciąż jeszcze bardzo porządne karty, dające możliwość zdobywania kolejnych dolarów.

  • Kup grę Battlefield V na Ceneo.pl
  • No właśnie – stan rzeczy na dziś nie jest aż tak kolorowy jak mogło się wydawać. Pewne marki będące własnością EA lub studiów do niego przynależących, albo upadają, albo mają doczekać się kontynuacji, które już przed premierą wzbudzają mocno mieszane uczucia. Postanowiłem więc przyjrzeć się tym konkretniejszym seriom i zastanowić się, w jakim kierunku może potoczyć się ich los. A więc – dokąd zmierzasz, Electronic Arts?

    BATTLEFIELD

    Chyba najbardziej pozytywny punkt tego tekstu. Seria Battlefield, od samego swego początku istnienia, czyli roku 2002, z każdym dniem zdobywała coraz więcej fanów i jest to jeden z najgorętszych towarów na rynku FPSów. Ukoronowaniem całej historii była premiera Battlefielda 1 (recenzja), do dziś uznawanego za jednego z lepszych, jeżeli nie najlepszego, przedstawiciela całej tej marki. To był jednak rok 2016.

    Minęły dwa lata i jesteśmy już po oficjalnej zapowiedzi kolejnej części, tym razem opatrzonej rzymską cyferką „V”. I nie da się odnieść wrażenia, że całe ciśnienie, wokół oczka w głowie Szwedów z DICE, całkowicie spadło. Na niewydaną jeszcze grę spadła już całkiem spora dawka krytyki, która zdaje się pokazywać jak znacznie obniżone zostały loty w kontekście tej całej serii. I tak jak przez ostatnie lata dało się wyczytać w Internecie, że „Battlefield miażdży Call of Duty”, tak teraz ludzie stronią od takich opinii.

    Z drugiej strony, nie da się jednak nie zauważyć tego, że DICE idzie w stronę rozwoju swoich pomysłów, z udanej „jedynki” (da się postawić podwójny cudzysłów?), wprowadza stary i lubiany setting oraz całkowicie rezygnuje z systemu płatnych dodatków, tak dumnie określanego mianem „Premium”. Myślę więc, że na tej konkretnej marce ze stajni Electronic Arts nie da się jeszcze postawić kreski i, po obejrzeniu sporej ilości materiałów, zaczynam być spokojny o jakość „fałki”.

    FIFA

    FIFA, ach FIFA… Mój romans z tą serią był bardzo burzliwy. Pierwszą grą piłkarską, która wpadła w moje łapy, była właśnie FIFA Football 2003. Potem zerwałem swój kontakt z produkcjami EA Sports na rzecz PES’a, ale już ostatecznie skupiłem się na futbolowej wizji Elektroników przy wydaniu odsłony z cyferką „10”. I przez kilka lat bawiłem się świetnie, czy to sam czy to ze znajomymi na kanapie.

    Coś zaczęło jednak we mnie pękać przy „siedemnastce”, a już zeszłoroczna edycja jest moją pierwszą w historii, którą sprzedałem jeszcze przed pojawieniem się następnej. I, co tu dużo mówić, kompletnie tego nie żałuję. Piłka nożna vide FIFA 18 (recenzja) to nic innego jak hokej na trawie. Gra defensywna, w moim odczuciu, całkowicie straciła swoje znaczenie, przez co w jakichś 80 procentach spotkań, z moim czynnym udziałem, wyniki bardziej przypominały właśnie takie z użyciem kijów i krążka.

    FIFA 19 nie zapowiada się lepiej. Od jakiegoś czasu traktuję wypowiedzi twórców, mówiące o usprawnionej fizyce i przebudowie systemu rozgrywki, jako totalne mrzonki. Jedyne w czym gra EA Sports bije swoją bezpośrednią konkurencję, to licencje – szczególnie teraz, gdy Konami utraciło prawa do rozgrywek UEFA i trafiły one w ręce amerykanów. Mimo wszystko, totalnie neutralnie podchodzę do premiery edycji z numerkiem 19. I uważam, że cała seria zmierza w bardzo złą stronę.

    NEED FOR SPEED

    Ostatnie lata związane z tą marką, to całkiem niezłe Rivals, mocno nawiązujący do legendarnych Undergroundów NFS 2015 (recenzja) i… Payback. Nie bez powodu żadnych pozytywnych rzeczowników nie umieściłem przy ostatniej odsłonie. To w końcu, między innymi, właśnie ten tytuł doprowadził do znacznego obniżenia akcji Electronic Arts wśród graczy, o czym pisał, między innymi na łamach naszego portalu, Łukasz.

  • Kup grę Need for Speed: Payback na Ceneo.pl
  • Wszyscy chyba wiecie o co chodzi – te cholerne loot boksy. Szczególnie bolesne wydaje się ich umieszczenie w grze, która bardzo mocno stawia na modyfikację pojazdów i ich osiągów. Zdobywanie nowych części stało się więc katorgą i karykaturą tego, co Need for Speed oferował wcześniej. Do tego doszedł jeszcze byle jaki tryb fabularny i chyba łącząc to wszystko razem, wychodzi nam najgorsza odsłona serii w całej historii. Albo jedna z najgorszych.

    Jaka jest przyszłość serii? Tego jeszcze na ten moment nie wiadomo. Niby powstaje Need for Speed Edge, mający być darmowym MMO, jednak przypomina się od razu Need for Speed: World, wraz z powiedzeniem – „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. I kto wie, być może całe zamieszanie z Payback doprowadzi do śmierci całej tej legendarnej marki. Przynajmniej ja, ze smutkiem, stawiałbym na ten kierunek.

    MASS EFFECT

    Są tu fani „trylogii Sheparda”? Na pewno są. Trzy pierwsze części tej serii to bodajże jedne z najlepszych gier RPG XXI wieku. Wiadomo, dużo kontrowersji wzbudziło zwieńczenie całej historii, ale wciąż nie można „trójce” odebrać statusu gry bardzo dobrej. A potem nadszedł czas Andromedy.

    I nie zrozumcie mnie źle – sam świetnie się bawiłem, poznając historię (w moim przypadku) nowego bohatera w nowej galaktyce. ME: A uważam za godnego następcę oryginalnej trylogii, a chociażby Dawid wystawił grze całkiem niezłą laurkę. Nie można jednak zapominać o tym, że wielu fanów całej marki bardzo mocno zawiodło się na tej odsłonie. Doprowadziło to do sporego rozłamu w Mass Effectowej społeczności.

    I prawdopodobnie dlatego EA, niedługo po premierze wspomnianej produkcji, zapowiedziało, że kontynuacji już nie będzie. Świeżym faktem jest, co prawda, Casey Hudson z BioWare, mówiący, że gdzieś z tyłu głowy ma stworzenie kolejnej odsłony tej wspaniałej serii. Mimo wszystko, na ten moment, marka ta zmierza bardziej w stronę cmentarza, niż na półki sklepowe. Szkoda. Pustkę w tym miejscu, pewnie starało się będzie zapełnić ciekawie zapowiadające się Anthem.

    COMMAND CONQUER

    Przyznaję otwarcie, że sam nie miałem styczności z którąkolwiek odsłoną tej serii, ale nie może jej zabraknąć w tym artykule. Wbiła się ona jednak do mojej świadomości, bo swego czasu była to jedna z najgorętszych marek na rynku RTSów. Ba, Command Conquer przez ponad piętnaście lat zdążyło obrosnąć kultem wśród graczy. Alternatywna wizja świata, przedstawiana w kolejnych odsłonach, potrafiła zaciekawić nawet mnie, śledzącego wszystko gdzieś tam z boku.

    Aż tutaj od 2010 roku, o serii zrobiło się cicho. Było jeszcze darmowe Tiberium Alliances z 2012, które jednak trudno nazwać sukcesem w jakimkolwiek stopniu. Mija jeszcze kolejne 6 lat braku jakichkolwiek wieści, wszyscy godzą się już powoli ze świadomością, iż Command Conquer przestało istnieć i… bum! E3, konferencja Electronic Arts i huczna zapowiedź CC: Rivals!

    … czyli prostej, mobilnej gry, która zdaje się wyłącznie żerować na marce. Ten fragment całego panelu „Elektroników” był w ogóle w moim odczuciu najbardziej żenujący. Bo było i ustawione starcie dwóch e-sportowców, które pokazało kiepski gameplay (i „zachwyty” samych zainteresowanych), a także totalnie kłamliwy trailer, nie mający nic wspólnego z reklamowaną przez siebie produkcją. Tutaj mamy więc do czynienia z nieudolnym wskrzeszaniem trupa.

    STAR WARS

    W ostatnich latach, jedną z czołowych licencji w posiadaniu EA, stały się Gwiezdne Wojny. Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu cała ta franczyza ma miliony fanów na całym świecie. Niestety, również w tym przypadku amerykanie pokazali, że setting to dopiero połowa sukcesu. I to w najlepszym wypadku.

  • Kup grę Star Wars: Battlefront II na Ceneo.pl
  • Pierwszą grą osadzoną w tym uniwersum, objętą skrzydłami Electronic Arts, było Star Wars: The Old Republic, które jednak w obliczu bezlitosnego rynku MMO, nie okazało się na tyle dobre, by poradzić sobie bez modelu free-2-play. Potem przyszedł jeszcze czas w miarę solidnego Battlefronta (recenzja), cierpiącego jednak na kilka poważniejszych przypadłości.

    Zaufanie w kontekście znanego uniwersum George’a Lucasa zostało więc nadszarpnięte, lecz potem nastała pora na Battlefronta II, który… całkowicie tych resztek zaufania nadużył, o czym u nas pisał Dawid. Produkcja ta okazała się być niczym więcej, niż maszynką do kasy, a od graczy, niechcących wydawać na nią prawdziwej waluty, wymagała potwornego grindu. Tytuł ten odegrał też znaczącą rolę w „Loot Box Gate”, co doprowadziło do interwencji Disneya i wymuszenia na twórcach usunięcia mikrotransakcji. Wkrótce potem pojawiła się plotka o utracie licencji przez EA, co jednak nie miało miejsca. Respawn tworzy jeszcze jeden tytuł w tym uniwersum i zdaje się, że będzie to produkcja ostatniej szansy.

    INNE MARKI I PROJEKTY

    Dla Electronic Arts jest jeszcze nadzieja. Poszukiwałbym jej w innych seriach, które właśnie teraz mogłyby otrzymać swoją szansę. Mam tu na myśli chociażby Titanfall – seria, przez swoje dwie odsłony, potrafiła przeobrazić się z brzydkiego kaczątka w całkiem ładnego łabędzia, przez co „dwójka”, będąca też w końcu multiplatformowa, zdobyła już swoje uznanie wśród graczy. A gdzieś tam wciąż przewija się temat spin-offów i uważam, że jest tutaj potencjał na godną, trzecią odsłonę cyklu.

    Być może wypadałoby też dać drugą szansę projektom, o których od dłuższego czasu nie słyszeliśmy? Mam tu na myśli głównie serię Medal of Honor. Jej ostatnie odsłony pozostawiały co prawda sporo do życzenia, jednak teraz, gdy druga wojna światowa przeżywa swój renesans, fajnie byłoby zobaczyć kolejną część, znów przenoszącą nas na front największego konfliktu w historii naszego globu. Cała ta marka zasługuje na powrót do świata żywych i chciałbym wierzyć, że nie jestem odosobniony w tej opinii.

    Bardzo fajną inicjatywą Elektroników jest też projekt EA Originals, w którym wielkie studio pomaga tym mniejszym wydawać ich produkcje, inwestując również swój kapitał w promocję. Pierwszą taką grą było w końcu A Way Out. Dzieło Josepha Faresa i jego studia zostało bardzo ciepło przyjęte przez krytyków – zresztą co tu dużo mówić, znacznie więcej dowiecie się z naszej recenzji. Na horyzoncie jest też już drugi tytuł objęty tym przedsięwzięciem, czyli Sea of Solitude i „Elektronicy” dali możliwość przedstawienia go światu na ichniej konferencji podczas E3.

    JEST PYTANIE, MUSI BYĆ ODPOWIEDŹ

    Mimo wszystko, przyszłość EA nie rysuje się w kolorowych barwach. W końcu w tym tekście poszukiwałem deski ratunkowej studia, na morzu gier Indie oraz tych mniej znanych marek, aspirujących dopiero do miana AAA. Jeden Battlefield to wciąż za mało, biorąc pod uwagę jak wiele wtop zaliczono w kontekście innych czołowych serii, wydawanych przez Electronic Arts.

    Firma zdaje się być naprawdę w ciężkiej sytuacji, szczególnie po całej zeszłorocznej aferze dotyczącej skrzynek oraz mikrotransakcji w ogóle. Dumy na pewno nie przynosi też fakt, że amerykańska korporacja przez kilka ostatnich lat była ogłoszona najbardziej znienawidzoną firmą i mimo, że chociażby w zeszłym roku tak się nie stało, to po dziś dzień znajduje się w czubie takich zestawień.

    A więc dokąd zmierza EA? Moim zdaniem, na pewno nie we właściwym kierunku. Oczywiście, nie w całkowicie beznadziejnym, ale wciąż nie rokującym obrotu o 180 stopni w temacie wizerunku firmy na całym rynku gier. Mimo wszystko, życzę „Elektronikom” by w końcu odnaleźli właściwą drogę. Kilka ich marek to moje dzieciństwo i kiedyś chciałbym jeszcze zagrać w zachwycającą FIFĘ, NFSa albo (marzenia…) Medal of Honor.

    Autor: Tomasz Mendyka