Data publikacji:

Recenzja A Way Out. Poszukiwacze drugiej szansy

Życie na krawędzi.

Czasami rozmawiam z redakcyjnymi kolegami, o tym, że gry coraz rzadziej oferują unikatowe doznania, że zima powinna dawno się skończyć, a także o tym, że się nie chce, a trzeba. Na szczęście, przynajmniej w jednej z tych trzech spraw nie mamy racji i skoro kliknęliście w te recenzję, to wiecie już o co chodzi. Nigdy mi się nie będzie chciało, śnieg pewnie skończy sypać w połowie sierpnia, ale na szczęście na dysku mojej konsoli zawitała tak dobra gra, że na chwilę zapomniałem o marazmie w jaki wpada branża growa. A Way Out to produkcja niesamowicie odświeżająca, dająca nadzieję na to, że jeszcze nie wszystko stracone.

SKAZANI NA SPOILERY

Napisanie tego tekstu wiele mnie kosztuje, ponieważ chciałbym się z wami podzielić pełnymi wrażeniami, ale niestety nie chcę psuć nikomu zabawy. Szczegółowe opisanie A Way Out wiązałoby się z przeokrutnymi spoilerami, dlatego musicie mi wybaczyć, ale będę rzucał głównie ogólnikami. Żeby jednak przybliżyć wam, z czym mamy do czynienia, nakreślę pokrótce główny wątek fabularny. Historia splata losy dwóch bohaterów, którzy z różnych przyczyn trafiają do tego samego więzienia. Dosyć szybko wychodzi na jaw, że mężczyzn łączy wspólny cel, ale żeby go osiągnąć, muszą wyrwać się wpierw z pierdla. W trakcie rozgrywki jednocześnie śledzimy losy obu bohaterów.

Na tym polega cały myk produkcji studia Hazelight. Tytułu nie można ukończyć w pojedynkę, jedyną opcją jest gra w kooperacji. Zapytacie, "Jak to? Chwila! Dlaczego?", a ja wam odpowiem "Tak". Ta informacja może odstraszyć część graczy, ponieważ w takiej sytuacji często pojawia się problem z namówieniem kumpla do kupienia swojego egzemplarza, żeby można było wspólnie naparzać online. Na szczęście, producent poszedł graczom na rękę, umożliwiając im zabawę w Sieci bez konieczności kupowania dwóch kopii. Wystarczy, że jeden z użytkowników zainstaluje grę na dysku i zaprosi do zabawy kompana. Wtedy automatycznie drugiej osobie pobiorą się odpowiednie pliki i można startować. Oczywiście, dostępna jest także kooperacja kanapowa, która moim zdaniem sprawdza się o wiele lepiej, ale do tego przejdę za chwilę.

JAK BRAT Z BRATEM

Rozłożenie historii na dwie postacie okazało się strzałem w dziesiątkę. Fabuła może nie należy do najbardziej oryginalnych, ale właśnie dzięki sposobowi jej przedstawienia nie zwracamy uwagi na wszelakie klisze czy zapożyczenia z innych dzieł popkultury. Ogromną siłą jest także kreacja protagonistów, którzy zdecydowanie nie należą do najbardziej krystalicznych postaci, jakimi mieliśmy przyjemność sterować w grach. Ponadto, każdy z bohaterów został świetnie rozpisany, dzięki czemu już po kilkunastu minutach doskonale wiemy, z jakimi typami przyjdzie nam obcować. Vincent pełni funkcję tego rozsądnego, działającego metodycznie, bez większego ryzyka, natomiast Leo to prawdziwy ogień, idealny przykład gościa, który wcześniej coś zrobi, a potem ma to w du... gdzieś.

Gra wielokrotnie stawia przed nami wybór - czy chcemy podążyć ścieżką jednej czy drugiej postaci. W tym momencie zaczyna się prawdziwa rywalizacja pomiędzy graczami, którzy muszą dojść do konsensusu, żeby pchnąć historię do przodu. Grę przechodziłem z żoną i co chwilę szturchaliśmy się łokciami, sugerując sobie nawzajem że mogliśmy dokonać innego wyboru. Mimo to, kombinowaliśmy dalej jak prawdziwa drużyna, bo tylko wspólnymi siłami byliśmy w stanie rozwiązać wszystkie (banalnie proste) zagadki i zaliczyć etapy zręcznościowe.

EMOCJE!

Najdziwniejsze było to, że po jakimś czasie zacząłem tak bardzo wczuwać się w swojego ziomka, że wszystkie jego niepowodzenia odczuwałem, jakby dotyczył mnie personalnie. Duża w tym zasługa grania na jednej konsoli, kiedy nie tylko możemy usłyszeć kompana, ale także go dotknąć czy zobaczyć. Przybijanie żółwików było czymś naturalnym. Wspólnie skakaliśmy z radości kiedy dopłynęliśmy łódką do brzegu i wręcz wlepialiśmy twarze w ekran telewizora, kiedy uciekaliśmy przed ściągającymi nas gliniarzami. Już dawno nie poczułem takiej zażyłości pomiędzy graczami, a ich bohaterami. W normalnej grze nie jarałoby mnie podduszenie strażnika więziennego, ot codzienność w grach. Tutaj czułem kropelki potu, kiedy Anita szeptała do mnie (bo przecież mogli nas usłyszeć!), żebym atakował, ponieważ uratuję jej w ten sposób życie. Czyste szaleństwo. Ja chce więcej tego typu doznań.

Wróćmy jednak na ziemię i spójrzmy na grę bardziej krytycznym okiem. Historia, choć momentami spektakularna i niesamowicie dynamiczna, miewała momenty, które autentycznie nudziły. Widać także, że nie jest to gra z najwyższego segmentu, ponieważ niedoróbki techniczne momentami potrafiły zepsuć immersję (przycinanie się postaci na obiektach, spadki płynności, itp.). Sterowanie pojazdami jest toporne, skradanie jeszcze bardziej, a interakcje z otoczeniem mocno ograniczone. Nie podobało mi się również to, że podejmowane decyzje tak naprawdę nie miały większego znaczenia dla fabuły, ponieważ zawsze prowadziły do tego samego celu. Jedynie różniła się droga, którą musieliśmy wcześniej przebyć.

UNIKAT

Nie zmienia to jednak faktu, że A Way Out to rewelacyjna produkcja, przy której bawiłem się z żoną tak dobrze, że zaliczyliśmy ją w ciągu jednego dnia. Dodam jeszcze, że Anita jest graczem mocno niedzielnym, a mimo to doskonale radziła sobie w roli Vincenta. Żeby dotrzeć do finału, wystarczy, że przynajmniej jeden z graczy będzie w stanie ogarniać bardziej skomplikowane etapy, dlatego nie bójcie się kupować gry, ponieważ nie macie z kim grać. Zachęcajcie znajomych, rodzinę, ludzi nie mających na co dzień styczności z wirtualną rozrywką. Może to jest własnie dobry moment, żeby przekonać ich do tego medium i pokazać tym samym, ile radości z niego płynie.

OCENA KOŃCOWA: 87/100

PLUSY:

+ wciąga jak diabli

+ genialna praca kadrów

+ świetne kreacje bohaterów

+ genialna kooperacja

+ niesamowity klimat

MINUSY:

- troszkę oklepana fabuła

- małe znaczenie podejmowanych decyzji

- miejscami bywa monotonnie

- lekkie niedoróbki techniczne

Grę do testów dostarczyła firma Electronic Arts Polska, za co serdecznie dziękujemy!

Autor: Łukasz Morawski