Data modyfikacji:

Ghostwire: Tokyo - recenzja gry twórcy serii Resident Evil

Historia pokazuje, że nawet najwięksi twórcy gier kiedyś w końcu muszą zaliczyć jakąś porażkę. Czy w takim razie teraz przyszła kolej na Shinji Mikamiego? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w mojej recenzji gry Ghostwire: Tokyo.

Polecamy: Najlepsze gry na PlayStation 5

ghostwire tokyo

Czy warto zagrać w Ghostwire: Tokyo? Recenzja gry

Shinji Mikami to dla mnie jedna z większych legend branży growej. To właśnie ten twórca przyczynił się do stworzenia tak kultowych marek, jak Resident Evil, Devil May Cry lub Dino Crisis, z czego dwie pierwsze do dzisiaj są regularnie rozwijane przez Capcom. Japończyk po ukończeniu prac nad czwartą częścią Resident Evil, odszedł ze studia, zabrał ze sobą kilku kolegów z pracy i razem założyli własne Seeds Inc., obecnie znane jako PlatiniumGames. Tam przyczynił się do stworzenia kolejnych rewelacyjnych gier – serii Bayonetta i Vanquish. Mikami potrzebował dodatkowych wyzwań, dlatego otworzył swoje kolejne studio i rozwinął nową, horrorową markę The Evil Within. Na tym jednak nie koniec, ponieważ Tango Gameworks właśnie uraczyło nas kolejnym tytułem.

Sprawdź cenę Ghostwire: Tokyo PS5 na Ceneo.pl

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Ano dlatego, żeby pokazać wam, z jak ambitnym i kreatywnym twórcą mamy do czynienia. Praktycznie za każdym razem, gdy Shinji Mikami zabierał się za jakąś nową grę, z miejsca okazywała się być hitem. Samo to wystarczyło dla mnie, żeby zainteresować się Ghostwire: Tokyo, które jest kolejnym kamieniem milowym w dorobku tego projektanta gier. Dotychczas twórca operował przede wszystkim w produkcjach z predefiniowanymi ustawieniami kamery bądź kamerą śledzącą bohatera zza jego pleców. W tym przypadku mamy do czynienia z widokiem z oczu protagonisty, co w znaczącym stopniu przekłada się na gameplay. Muszę przyznać, że początkowo kręciłem nosem na ten pomysł, lecz po zagraniu stwierdzam, że było to doskonałe rozwiązanie do podkreślenia dziwacznego klimatu tego dzieła.

Ghostwire: Tokyo to nietypowa gra akcji, w której nie walczymy z przeciwnikami przy pomocy broni białej, ani też nie mamy do dyspozycji strzelb, pistoletów i innych tego typu narzędzi mordu. Twórcy oddali w ręce graczy wyłącznie łuk, który i tak pełni rolę dodatkowego sprzętu. Studio Tango Gameworks postanowiło zastąpić broń konwencjonalną różnymi zdolnościami magicznymi, opartymi na żywiołach wody, wiatru i ognia. Główny bohater może strzelać powietrznymi pociskami niczym z karabinu maszynowego, zadawać obrażenia obszarowe z pomocą ataku rozpryskowego lub ciskać we wrogów potężnymi fireballami. Na początku każda ze zdolności jest dosyć słaba, ale wraz z ich rozwijaniem, postać staje się coraz lepsza, dzięki czemu bitka zyskuje na efektowności.

Co prawda wielu recenzentów narzeka na to, że walka po pewnym czasie staje się monotonna, ale kompletnie nie mogę się pod tym podpisać. Uważam, że twórcy umiejętnie zbalansowali etapy eksploracyjne, detektywistyczne i bitewne, dzięki czemu przez cały czas czułem zaangażowanie, nawet jeśli faktycznie w kółko robiłem te same czynności. Z pewnością jest to zasługa fenomenalnie wykreowanego świata gry, bezlitośnie wciągającego już od pierwszych minut. W Ghostwire: Tokyo trafiamy bowiem do tytułowej stolicy Japonii, która padła ofiarą tajemniczego ataku skutkującego zniknięciem praktycznie całej populacji.

Gracze przejmują kontrolę nad młodym chłopakiem, który chwilę przed zdarzeniem zginął w wypadku samochodowym, dzięki czemu dusza pewnego detektywa do spraw paranormalnych mogła wejść do jego ciała. Od teraz mężczyźni muszą ze sobą współpracować, żeby powstrzymać ten chaos oraz załatwić parę prywatnych spraw. Główny wątek fabularny niestety jest najgorszym elementem gry, ponieważ przez większość czasu bywa mało angażujący. Dopiero w finale nabiera kolorów i jest w stanie walnąć gracza emocjonalną pięścią prosto w serducho. Produkcja zawiodła mnie również pod względem bossów – są zrobieni na jedno kopyto a starcia z nimi sprowadzają się do robienia uników i wyprowadzania ataków. Tango Gameworks już przy okazji The Evil Within udowodniło przecież, że zdecydowanie umie poradzić sobie z takim tematem, wszakże tam to właśnie bossowie byli największymi zaletami obu części.

Na szczęście cały setting sprawia, że nawet słaba fabuła nie była w stanie odrzucić mnie od dalszego eksplorowania tej gry. Zdecydowanie największym motorem napędowym Ghostwire: Tokyo są wątki poboczne, która zostały rozpisane w fenomenalny sposób. Czuć, że studio Tango Gameworks chciało w ten sposób przedstawić swoje zdanie na różne tematy, dotyczące głównie śmierci. Każda z opcjonalnych mini narracji wiąże się z odprawieniem na „tamten świat” zagubionych dusz, chcących zaznać spokoju. Gracze są więc świadkami wielu tragicznych sytuacji, w bardzo dojrzały sposób poruszających takie tematy jak samobójstwo, przemoc w rodzinie czy samotność. Bardzo często w grach pomijam dodatkowe aktywności, bo są niepotrzebnymi zapychaczami, ale w tym przypadku zaliczyłem wszystko na sto procent. Jednocześnie w całym tym szaleństwie producentowi udało się przemycić sporo humoru, który docenią wszyscy fani serii Yakuza.

Nie bez powodu nawiązałem do tej gangsterskiej serii wykreowanej przez studio Ryu ga Gotoku. W Ghostwire: Tokyo, podobnie jak w każdej z odsłon Yakuzy, jednym z bohaterów jest miasto. Twórcy dopieścili poszczególne dzielnice Tokio niemalże do perfekcji, oddając w pełni charakter tych miejsc (tak sądzę, nigdy tam nie byłem…), jednocześnie dbając o różnorodność poszczególnych obszarów. Miasto jest pełne detali i zostało stworzone w taki sposób, żeby przez cały czas opowiadać jakąś historię. Nie bez powodu w danym miejscu walczymy z konkretnymi rodzajami przeciwników. Tak samo podsłuchiwanie rozmów pomiędzy fruwającymi w powietrzu duszami daje kontekst miejsca, w jakim przebywamy.

Ghostwire: Tokyo to fantastyczna produkcja, która z ogromnym szacunkiem podchodzi do japońskiego folkloru i wierzeń lokalnej społeczności. Misje poboczne często powiązane są z jakimiś miejskimi legendami, przeciwnicy są symbolami rozmaitych nieszczęść (maltretowane dzieci, fałszywi ludzie itp.), a do tego co i rusz natrafiamy na różne odmiany yokai, czyli mitycznych stworzeń, które nie zawsze mają wobec nas złe zamiary. Shinji Mikami po raz kolejny nie zawiódł moich oczekiwań, dlatego z czystym sumieniem mogę polecić wam tę grę.

Grę do testów dostarczyła firma Bethesda Polska, za co serdecznie dziękuję!

Na czym zagrać w Ghostwire: Tokyo?

Produkcja dostępna jest na komputerach osobistych oraz konsoli PlayStation 5. W przyszłości do sprzedaży trafi również wersja na Xbox Series X.

Premiera Ghostwire: Tokyo – kiedy?

Najnowsza gra studia Tango Gameworks zadebiutowała 25 marca 2022 roku na komputerach osobistych oraz PlayStation 5. Premiera wersji na Xbox Series X zaplanowana została na 2023 rok, choć dokładny termin nie został jeszcze ujawniony.

Ghostwire: Tokyo na PC: minimalne wymagania sprzętowe

  • Procesor: Intel Core i7-4770K 3.5 GHz / AMD Ryzen 5 1600 3.2 GHz
  • Pamięć RAM: 12 GB
  • Karta graficzna: 6 GB GeForce GTX 1060 / 4 GB Radeon RX 5500 XT lub lepsza
  • Miejsce na dysku: 20 GB
  • System operacyjny: Windows 10 (64-bit)

Ghostwire: Tokyo na PC: rekomendowane wymagania sprzętowe

  • Procesor: Intel Core i7-6700 3.4 GHz / AMD Ryzen 5 2600 3.4 GHz
  • Pamięć RAM: 12 GB
  • Karta graficzna: 8 GB GeForce GTX 1080 / 6 GB Radeon RX 5600 XT lub lepsza
  • Miejsca na dysku: 20 GB
  • System operacyjny: Windows 10 (64-bit)

Ghostwire: Tokyo na PC: wymagania sprzętowe dla ultra

  • Procesor: Intel Core i7-8700 3.2 GHz / AMD Ryzen 5 5600X 3.7 GHz
  • Pamięć RAM: 16 GB
  • Karta graficzna: 10 GB GeForce RTX 3080 / 16 GB Radeon RX 6900 XT lub lepsza
  • Miejsca na dysku: 20 GB
  • System operacyjny: Windows 10 (64-bit)

Zdjęcie: Materiały prasowe Tango Gameworks

Łukasz Morawski
Łukasz Morawski

Magister Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na UMK. Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego, co związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Od najmłodszych lat gra w gry, ogląda filmy i seriale, czyta książki oraz komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.