Data publikacji:

Recenzja gry „Mordhau”

Swego czasu wiązałem wielkie nadzieje z „For Honor Ubisoftu”. Obietnica realistycznego systemu walki bronią białą całkowicie zawładnęła moją wyobraźnią. Niestety, fantastyczna otoczka i afera wokół mikropłatności skutecznie zniechęciły mnie do zabawy już w pierwszych tygodniach po premierze. „Mordhau”, który cieszy się stale rosnącą popularnością, na nowo rozbudził moje pragnienie wzięcia udziału w średniowiecznej sieciowej batalii. Z jakim skutkiem? Przekonajcie się.
mordhau

SIECZ I TNIJ, CZYLI SŁÓW KILKA O SYSTEMIE WALKI

Recenzję „Mordhau” wypada zacząć od tego, co najważniejsze, a mianowicie systemu walki. Budzi on dosyć mocne skojarzenia z tym, co ostatnimi czasy dane mi było zobaczyć w „Kingdom Come: Deliverance”. Kursorem myszy wybiera się kierunek, z którego wyprowadza się atak, rolka odpowiada za pchnięcia, a prawy przycisk za parowanie. Dochodzą do tego markowanie ciosów i kopniak. W założeniach system jest prosty, ale opanowanie go do perfekcji wymaga doświadczenia i to chyba dwa jego największe atuty.
No dobrze, ale powiecie pewnie, że przecież podobnie było w przypadku „For Honor” od Ubisoftu. Może i tak, ale wspomniana we wstępie fantastyczność, psuła mi cały efekt. W „Mordhau” uzbrojenie żywcem wzięte zostało z kart książek poświęconych historii i archeologii średniowiecza. Znajdziecie tutaj praktycznie wszystko: od sztyletów i tasaków, przez rapiery, szable i miecze jednoręczne, po włócznie, młoty bojowe i halabardy. Wisienką na torcie są potężne, ale wolne miecze dwuręczne. Nie zabrakło też łuków, kusz i lanc, którymi można walczyć z konia. Myślę, że różnorodność uzbrojenia zadowoli nie tylko najbardziej wybrednych amatorów broni białej, ale nawet fanów serii The Sims.
Jeżeli chodzi o samą walkę, w przypadku pojedynku jeden na jednego, przypomina ona taniec, w którym oponenci krążą wokół siebie, wyprowadzają na przemian cięcia i pchnięcia, parują ataki i markują ciosy. Wystarczy jeden błąd, aby głowa naszego wojownika wylądowała u jego stóp. W ogniu bitwy walka staje się zdecydowanie bardziej chaotyczna, ale zasady poznane podczas pojedynków wciąż znajdują w niej zastosowanie. Cieszy też to, że gracz widzi wyraźny progres z każdą kolejną rozgrywką. Koniecznie odpalcie sobie samouczek przed pierwszą partią!

FRONTLINE, BATTLE ROYALE I HORDA - TRZY FILARY ROZGRYWKI

Do dyspozycji graczy twórcy oddali trzy tryby rozgrywki, którymi są Frontline, Battle Royale i Horda. W pierwszym, 64 graczy podzielonych na dwa zespoły zmaga się ze sobą na pokaźnych polach bitewnych, a ich głównym celem jest przejmowanie kolejnych punktów mapy należących do wroga. W drugim, tak jak w klasycznym Battle Royale, gracze walczą do ostatniego przy pomocy uzbrojenia znalezionego na mapie, która z racji położenia nacisku na starcia w zawarciu, jest mniejsza niż w popularnych strzelankach spod znaku BR. W trzecim gracze biorą udział w bitwach ze znacznie bardziej licznym przeciwnikiem sterowanym przez sztuczną inteligencję, a za zdobyte w trakcie walki złoto kupują coraz lepszy sprzęt, aby skuteczniej bronić się przed kolejnymi falami wrogów.
Cieszy to, że w „Mordhau” znalazło się miejsce dla wszystkich trzech trybów, ponieważ każdy oferuje inne doświadczenia, ale nie ukrywam, że do gustu najbardziej przypadł mi Frontline, w którym rozgrywka wydaje się mieć najwięcej wspólnego ze średniowiecznymi bataliami. Szkoda tylko, że walka z konia i przy użyciu maszyn oblężniczych, nie daje tyle frajdy, co walka na miecze. Niestety, te dwa elementy wymagałyby dodatkowych szlifów. Same mapy są różnorodne, nie tylko pod względem stylu, ale także topografii i architektury. Zaprojektowane z pomysłem, dzięki czemu rozgrywka nie nuży się. Tym, co jednak przykuje graczy na długie miesiące i przesądzi o sukcesie gry, będzie dalsze wsparcie twórców i nowa zawartość.
„Mordhau” przykuwa wzrok przyjemną dla oka grafiką i cieszy ucho realistycznym szczękiem broni białej. Nie będę ukrywał, jest brutalnie. Trup ściele się gęsto, a krew tryska na lewo i prawo. Gracz dostaje dzięki temu namiastkę średniowiecznego pola bitwy. Zgrzyt pojawił się jedynie w trybie Hordy, gdzie animacje przeciwników były mocno okrojone.
W tym miejscu należy powiedzieć też kilka słów na temat systemu progresji. Na początek twórcy przygotowali kilka klas postaci, które różnią się zwinnością i odpornością pancerza, ale nic nie stoi na przeszkodzie temu, aby stworzyć własnego wojownika. Przydzielamy mu kilka perków, kupujemy wyposażenie i ruszamy do boju. Część rzeczy można kupić już na początku, na część należy poczekać do osiągnięcia konkretnego poziomu. Co jednak najważniejsze, w „Mordhau”, przynajmniej na razie, nie uświadczycie żadnych mikrotransakcji. Wirtualne złoto kupuje się tutaj nie dolarami, a potem, krwią i łzami.

KRWAWA JATKA W ŚREDNIOWIECZNYM WYDANIU

Muszę przyznać, że „Mordhau” dostarczyło mi ogromu wrażeń. Jako amator historii i archeologii, w końcu mogłem wziąć udział w czymś, co można nazwać wirtualną namiastką średniowiecznego pola bitwy. System walki jest łatwy do nauczenia, ale trudny do opanowania i daje ogromną satysfakcję. Z kolei dzięki zróżnicowanym trybom rozgrywki i mapom, zabawa szybko się nie znudzi. Pytanie, jak twórcy podejdą do kwestii rozwijania tytułu? Jeżeli nowe pola bitwy i dodatkowa zawartość będą regularnie udostępniane, myślę, że spędzę przy „Mordhau” kilka najbliższych miesięcy.
Grę do testów dostarczyła firma Triternion, za co serdecznie dziękujemy.
Autor: Dawid Sych