Data publikacji:

Gra Judgment na PS4 – recenzja

Podoba mi się to, jak gry studia Ryu ga Gotoku z roku na rok zyskują na popularności. Jeszcze kilka lat temu mało kto w Polsce (a nawet w Europie) interesował się serią Yakuza, którą zapoczątkowała SEGA. Wydawca stwierdził jednak, że premiera prequela Yakuza 0 będzie dobrym momentem na zaprezentowanie marki szerszej publiczności. Gra została bardzo dobrze przyjęta przez graczy, dlatego firma mogła szturmować  zachodnie rynki remasterami kolejnych odsłon.
Jeśli do tej pory nie udało wam się ograć żadnej z gier Ryu ga Gotoku, a chcielibyście zobaczyć, dlaczego są tak cenieni w branży, to koniecznie sprawdźcie Judgment. Ich najnowsze dzieło jest w pewnym sensie spin-offem serii, którego akcja została osadzona w tej samej dzielnicy Tokio – Kamurocho.

Seryjny zabójca w japońskim wydaniu

W Judgment otrzymaliśmy całkowicie nowego głównego bohatera oraz historię w żaden sposób niepowiązaną (jedynie drobne smaczki) z poprzednią marką. Dzięki temu, próg wejścia jest niezwykle niski, ponieważ nie musicie znać opowieści z wcześniejszych gier. Zapewniam jednak, że po wcieleniu się w Takayukiego Yagamę zapragniecie też poznać losy legendarnego Kiryu Kazumy.


Historia w Judgment opowiada o byłym prawniku, który postanowił porzucić swój fach na rzecz funkcji detektywa. Skłoniła go do tego tragedia, do jakiej po części się przyczynił. Yagami nie chce popełnić błędów przeszłości i postanawia na własną rękę szukać dowodów na zbrodniarzy. Proste śledztwa szybko przeradzają się w coś poważniejszego, gdy natrafia na trop seryjnego zabójcy.
Fabuła, jak zwykle w przypadku gier tego studia, jest świetnie rozpisana – zarówno pod kątem przedstawianych wątków, jak i portretów psychologicznych postaci. Nie zabrakło oczywiście długich i świetnie wyreżyserowanych przerywników filmowych, będących jednym ze znaków charakterystycznych serii Yakuza. W Judge gra się i ogląda lepiej niż niejeden popularny serial kryminalny.

Nie obyło się bez delikatnych zmian w gameplayu

Rozgrywka w dużej mierze przypomina tę z poprzednich dzieł studia RGG. Nadal swobodnie zwiedzamy ulice Kamurocho, możemy pograć na automatach SEGI, wziąć udział w spore ilości mini gierek (wyścigi dronów!), a także sklepać buzię osobom, które bardzo tego potrzebują.

System walki działa niemalże identycznie, jak w Yakuzie (niektóre animacje są żywcem wyjęte z oryginału). Mimo to, producent pokusił się o delikatne urozmaicenie potyczek. Największą z nowości jest chociażby atak bazujący na wbiegnięciu na ścianę i wybicie się z niej z ogromnym impetem. Podczas starć ponownie można sięgać po większość przedmiotów znajdujących się wokół bohatera.

Trochę inaczej wygląda natomiast sposób zaliczania misji, co jest ściśle powiązane z zawodem detektywa. Yagami musi zbierać dowody w prostej mini gierce, a także śledzić podejrzanych. Pojawiły się również drzewka dialogowe. W ich trakcie zdobywamy informacje od przesłuchiwanych osób. Ciekawie prezentują się także sekcje pościgowe – nie są trudne do zaliczenia, ale za to bardzo efektowne.

Judgment to gra na wiele godzin

Ukończenie głównego wątku fabularnego zajmuje od dwudziestu do trzydziestu godzin. Tyle czasu spędzicie przy grze, jeśli skupicie się wyłącznie na rozwiązaniu sprawy seryjnego zabójcy. W międzyczasie możecie natomiast przyjąć pięćdziesiąt pobocznych spraw oraz wykonać proste zadania dla NPC-ów w celu zwiększenia ich poziomu sympatii.
Jeżeli więc zamierzacie zaliczyć grę na sto procent, to wtedy spokojnie możecie założyć, że przed konsolą spędzicie jakieś siedemdziesiąt godzin. Nawet jeśli nie kręcą was zadania poboczne, to od czasu do czasu zalecam ich wykonywanie. To właśnie w nich twórcy dali popis swojemu absurdalnemu poczuciu humoru.

Czy warto zagrać w Judgment?

Judgment na PS4 to kawał świetnej opowieści detektywistycznej, którą zdecydowanie polecam sprawdzić. Mało jest produkcji potrafiących w umiejętny sposób połączyć elementy przygodówek z grami akcji. Ponadto, najnowsza gra Ryu Ga Gotoku ponownie oferuje świetną historię. To trzeba zobaczyć na własne oczy.

Grę do testów udostępniła firma Cenega, za co serdecznie dziękuję

Autor: Łukasz Morawski