Data publikacji:

Top5 rozczarowań growych według Dawida Sycha

A miało być tak pięknie.

Chyba każdy gracz zna smak goryczy towarzyszący wspomnieniu długo wyczekiwanego tytułu, który w najlepszym wypadku nie spełnił oczekiwań, a w najgorszym okazał się zwyczajnym bublem. Poniższe zestawienie składa się z pięciu pozycji, które na przestrzeni ostatnich lat rozczarowały mnie najbardziej. Jeżeli macie podobna odczucia, podzielcie się nimi z nami!

Star Wars: The Force Unleashed II

Pamiętam, że na to, aby zagrać w Star Wars: The Force Unleashed czekałem spory kawał czasu. W 2008 roku nie byłem jeszcze szczęśliwym posiadaczem konsoli, więc musiałem cierpliwie czekać na premierę wersji pecetowej. W 2009 roku w końcu dane mi było poczuć prawdziwą potęgę Mocy. Po sequelu spodziewałem się jeszcze więcej, tym bardziej, że promujące go filmy przyprawiały o zawrót głowy. Niestety, Moc w Star Wars: The Force Unleashed II była bardzo słaba. Krótka i monotonna rozgrywka oraz słaby scenariusz sprawiły, że zapamiętałem tę grę jako jedno z moich największych rozczarowań. A szkoda, ponieważ oryginał miał naprawdę ogromny potencjał.

Dragon Age II

Oryginał przypadł mi do gustu od razu, ponieważ pozwolił mi znów poczuć się, jak dziesięć lat wcześniej, kiedy byłem bez reszty pochłonięty pierwszą częścią Baldur's Gate. Trudno się zatem dziwić, że odliczałem dni do premiery Dragon Age II. Niestety, "dwójka" powstała zdecydowanie za szybko i za bardzo chciała przypominać Mass Effect 2. Nowy styl graficzny, który nota bene bardzo przypadł mi do gustu, nie był w stanie przesłonić wad, takich jak do bólu powtarzalne lokacje, spłycony system walki, czy spartolone przez błędy zadania. Koniec końców do Dragon Age II nigdy nie wróciłem, a Inkwizycję do teraz omijam szerokim łukiem.

Dead Space 3

Do premiery Obcego: Izolacji oryginalny Dead Space pozostawał dla mnie wzorem horroru sci-fi. Ciężka i mroczna atmosfera, wciągająca fabuła i klaustrofobiczna sceneria wryły mi się na zawsze w pamięć. Nawet teraz przechodzi mnie dreszcz, kiedy słyszę kołysankę "Twinkle Twinkle Little Star", którą usłyszeć można w zwiastunie gry. W Dead Space 2 języczek wagi zaczął niebezpiecznie przechylać się w stronę akcji, nie było to jeszcze jednak tak bardzo widoczne. Zamiast zawrócić, póki jeszcze był na to czas, wydawca i twórcy poszli na całość. W efekcie powstała produkcja odarta z klimatu, do bólu uproszczona i słaba pod względem fabularnym, która totalnie nie spodobała się fanom oryginału. Przekreśliła też szanse na dalsze rozwijanie uniwersum.

Wolfenstein: The Old Blood

O ile w wobec Wolfenstein: The New Order nie miałem większych, czy nawet mniejszych oczekiwań, o tyle w przypadku The Old Blood były już one ogromne. Podstawka przekonała mnie do siebie staroszkolnym klimatem, wciągającą fabułą, przemyślaną koncepcją świata i genialną ścieżką dźwiękową. Dodatek wypadł nieco gorzej. Nie zrozumcie mnie źle, Wolfenstein: The Old Blood to nadal kawał solidnej strzelanki w starym dobrym stylu, niestety klimaty okultystyczne przypadły mi do gustu znacznie mniej niż alternatywna historia świata po II wojnie światowej. Przykład ten dobitnie pokazuje, jak wielkie znacznie w odbiorze gry ma atmosfera.

Assassin's Creed: Unity

Poprzedzający Assassin's Creed: Unity epizod karaibski z piratami w roli głównej dał jasno do zrozumienia, że Ubisoft nie zajmuje się wyłącznie odcinaniem kuponów od popularnej marki. Niestety, batalia o wolność u boku Francuzów pokazała, że był to raczej chlubny wyjątek od reguły. Assassin's Creed: Unity przyprawiało o ból głowy niezliczoną liczbą baboli, jak również nieciekawą - w mojej ocenie - fabułą i misjami pobocznymi. Zawiódł mnie też bardzo brak lokalnej kooperacji. Assassin's Creed: Syndictate zmył nieco gorzki posmak po Unity, ale nadal uważam, że serii przyda się dłuższy odpoczynek i gruntowna przebudowa.

Autor: Dawid Sych