Data publikacji:

The Walking Dead: Michonne - recenzja

Tak samo, ale inaczej.

Wiadomość o rozpoczęciu przez studio Telltale Games prac nad mini-serią The Walking Dead: Michonne przyjąłem z niemałym zadowoleniem, ponieważ postać ta bez dwóch zdań jest jedną z najciekawszych spośród stworzonych przez Roberta Kirkmana. Za nami premiera trzeciego i jednocześnie ostatniego odcinka - czas najwyższy, aby podzielić się wrażeniami.

Nieznany rozdział

Akcja The Walking Dead: Michonne toczy się pomiędzy 126. i 139. zeszytem komiksu, kiedy to heroina opuściła Ricka, Ezekiela i resztę grupy. Ścigana przez demony przeszłości bohaterka dołącza do Pete’a i załogi statku The Companion, którzy poszukują na wybrzeżu ocalałych i zasobów. Desperackie wołanie o pomoc ściąga ich na miejsce mrożącej krew w żyłach maskary, a następnie do pobliskiej kolonii Monroe, w której przebywają odpowiedzialni za nią ludzie.

Po dwóch sezonach The Walking Dead wiedziałem czego mniej więcej spodziewać się po mini-serii Michonne. Po raz kolejny przekonujemy się, że w świecie opanowanym przez zombie to nie żywe trupy, ale ludzie z krwi i kości stanowią największe zagrożenie. Historia, którą zaserwowało nam Telltale Games fanów komiksu, serialu i gier raczej nie zaskoczy, ale jest na tyle interesująca, że kolejne przewijające się na ekranie wydarzenia śledzimy z zapartym tchem.

Największa w tym zasługa halucynacji, których nieustannie doświadcza nieustraszona heroina. Michonne prześladuje poczucie winy z powodu opuszczenia rodziny w przededniu wybuchu pandemii i pozostawienia dwóch córek. Bohaterka prawie cały czas kroczy na granicy jawy i koszmaru. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak niebezpieczny jest to stan, kiedy wszędzie czai się niebezpieczeństwo. Ważne jest też to, że poznajemy milczącą heroinę z mało znanej strony.

Minusem i to dość poważnym jest długość gry. Przejście wszystkich trzech epizodów zajmuje mniej więcej trzy godziny. Przyznam szczerze, że kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, czułem lekki niedosyt. Miałem wrażenie, że The Walking Dead: Michonne zostało potraktowane trochę po macoszemu - średnia długość odcinka dowolnej gry Telltale Games waha się od 1.5 do 2 godzin. Tutaj czas ten został wyraźnie skrócony... ze szkodą dla opowiadanej historii.

Bez katany, ale z maczetą

Zgodnie ze sprawdzoną formułą, rozgrywka w The Walking Dead: Michonne sprowadza się do eksploracji otoczenia, prowadzenia dialogów, podejmowania niełatwych decyzji i zręcznościowych sekwencji QTE. Zważywszy na fakt, że czarnoskóra heroina słynie z rozwiązywania problemów przy użyciu broni białej, krew leje się często i gęsto.

Niestety, jeżeli liczyliście na jakikolwiek powiew świeżości, i tym razem się zawiedziecie. Studio Telltale sukcesywnie rozwija filmowe aspekty, dając graczowi coraz mniejszą swobodę. The Walking Dead: Michonne znacznie bliżej jest do interaktywnego serialu niż gry. Jeżeli formuła ta nie przypadła Wam do gustu wcześniej, teraz też jej nie polubicie.

Komiksowo

The Walking Dead: Michonne działa w oparciu o ten sam silnik, co oryginalne The Walking Dead. Dzięki technologii cel-shading, która nadaje oprawie graficznej komiksowy charakter, wizualnie gra prezentuje się przyzwoicie, nie liczcie jednak na fajerwerki. W kwestii oprawy dźwiękowej mogę powiedzieć dokładnie to samo. Wyjątek stanowi niesamowicie klimatyczny motyw przewodni - utwór Gun In My Hand w wykonaniu Dorothy, który doskonale pasuje do ciężkiej atmosfery gry.

Tak samo, ale inaczej

The Walking Dead: Michonne nie wyróżnia się specjalnie na tle pozostałych gier studia Telltale Games, daleko jej też do The Wolf Among Us, czy Tales from the Borderlands, które według mnie są najlepszymi produkcjami zespołu. Mimo to, trudno oderwać się od ekranu. Dlaczego? Może to postać Michonne, może uniwersum The Walking Dead, a może całkiem niezła narracja. Tak, czy tak gra wciąga i warto się z nią zapoznać... o ile nie zniechęci Was krótki czas rozgrywki.

Autor: Dawid Sych