Data publikacji:

Shazam – recenzja filmu DC

Uwielbiam filmy oparte na komiksach! Kiedy do kin trafia kolejna produkcja Marvela lub DC, bez zastanowienia kupuję bilet i czym prędzej wybieram się na seans. Nawet jeśli produkcja została wcześniej zjechana przez krytyków. O dziwo, Shazam spotkał się z całkiem niezłym przyjęciem, co dodatkowo rozbudziło moje nadzieje. Wszakże "Aquaman" bardzo mi się podobał, dlatego coraz bardziej zacząłem wierzyć w Warner Bros. Niestety, po seansie czuję się delikatnie rozczarowany. Niby wszystko było na swoim miejscu, ale czegoś mi zabrakło – emocji.

"Shazam" w reżyserii Davida F. Sandberga to film bardzo poprawny i nic poza tym. Jest to jednocześnie typowe origin story superbohatera, dlatego nie nastawiajcie się na bardziej skomplikowaną fabułę. Wszystko działa tutaj według ustalonego schematu – postać zdobywa super moce, daje się im zaślepić, potem upada, żeby się znowu podnieść i pokonać głównego przeciwnika. Antagonista także pozostawia wiele do życzenia. Szkoda, że tak charakterystyczny aktor jak Mark Strong musiał mierzyć się ze źle rozpisaną postacią. Motywacje antagonisty są niezbyt porywające, tak samo jak jego metody działania. Poza tym, jego walce ze światem towarzyszą fatalne CGI pod postacią kilku obleśnych bestii. Ich wygląd zaczerpnięto prawdopodobnie z pierwszego lepszego horrorowego bestiariusza.

KINO SUPERBOHATERSKIE NA PÓŁ GWIZDKA

Nie podobała mi się również pewna niespójność fabularna, która raziła mnie aż do końca seansu. Historia (w dużym skrócie) polega na tym, że osierocony chłopak Billy Batson otrzymuje supermoce umożliwiające mu przemianę w dorosłego superbohatera. Koncept jest świetny i drzemał w nim ogromny potencjał dramatyczny oraz komediowy. Ten niestety udało się wykorzystać połowicznie. Przede wszystkim, przeszkadzało mi to, że na początku poznajemy przebiegłego, nieźle kombinującego nastolatka, który dziwnym trafem po przemianie w Shazama nagle traci cały swój spryt. Scena z kupnem piwa była zabawna, ale... nie kupuję jej. Wątpię, żeby Billy czuł się tak skrępowany w tym momencie, kiedy jeszcze kilka dni temu efektownie zadrwił sobie z policjantów i zwinął im lunch.

Jeśli natomiast przymkniemy oko na nieścisłości, to wtedy dopiero możemy zacząć doceniać głównego bohatera. W dorosłą wersję Batsona wcielił się świetny Zachary Levi, sprawiający wrażenia gościa stworzonego wręcz do tej roli. Aktor czasami trochę zbyt mocno szarżował (taki był raczej zamysł scenarzysty), ale w ogólnym rozrachunku bardzo dobrze poradził sobie z powierzonym zadaniem. W pełni popieram taką wersję Shazama i liczę na to, że uda mi się zobaczyć go jeszcze w innych filmach z uniwersum DC.

Reszta obsady także wypadła rewelacyjnie. Asher Angel odgrywający Billy’ego był jednym z jaśniejszych punktów filmu. Chłopak doskonale oddał dramatyzm postaci, która zdecydowanie nie miała zbyt ciekawego i lekkiego życia. Świetnie poradził sobie również Jack Dylan Grazer w roli dziwacznego nastolatka Freddy’ego Freemana. Po zwiastunach myślałem, że będziemy mieć do czynienia z irytującym dzieciakiem, ale na szczęście były to tylko pozory.

CZY WARTO OBEJRZEĆ FILM SHAZAM?

"Shazam" jest filmem, jaki z pewnością warto obejrzeć w kinie, lecz nie nastawiajcie się na nic wielkiego. Ani to super śmieszna komedia (choć był ku temu potencjał), ani przejmująca historia osieroconego dzieciaka, ani widowiskowy film superbohaterski (sceny walki są średnie, a CGI jeszcze gorsze). Ot, dobra produkcja do niedzielnego kotleta. Na szczęście tytuł prezentuje o wiele wyższą jakość niż wcześniejsze „dzieła” z uniwersum DC. "Shazamowi" daleko do naprawdę udanego "Aquamana", jednak poziom filmu pokazuje, że Warner Bros w końcu zaczyna rozumieć, o co chodzi w tej zabawie. Producent wykonawczy Walter Hamada trzyma rękę na pulsie i raczej nie pozwoli już na takie porażki jak "Batman v Superman" czy "Liga sprawiedliwości".

Autor: Łukasz Morawski