Data publikacji:

Wampiry w siedmiu ujęciach

Branża ma z nimi trudny romans.

Wampiry w grach występują zaskakująco rzadko, szczególnie, jeśli porównać je chociażby z zombiakami. Nic w tym dziwnego – są bardziej „wymagającymi uwagi” potworami, niż żywe trupy, a do tego dochodzi jeszcze symbolika wampira jako atrakcyjnego seksualnie, pociągającego, mroczniaka. Twórcy zazwyczaj wolą złapać coś prostszego za podstawowy koncept, szczególnie, że historia pijawkowych gier nie jest przesadnie wypełniona sukcesami. Spróbujmy się jej przyjrzeć.

JAK U PAPY DRAKULI

Na dobry początek spójrzmy w growy antyk, gdzie czekają nas całe zastępy wampirzych tytułów – w latach osiemdziesiątych produkcji próbujących opowiadać o pijawkach, szczególnie tych bazujących mniej lub bardziej na Drakuli Brama Stokera było naprawdę sporo. Tekstowy The Count, Vampire Village z jednym ekranem gry, czy po prostu Drakula bazujący bezpośrednio na powieści wysypały się we wczesnych latach osiemdziesiątych.

Część z tych tytułów próbowała mocno trzymać się książki i/lub filmów studia Universal, część po prostu bazowała na znanych postaciach lub tropach, a wspomniany wcześniej Drakula postanowił kompletnie spaść z rowerka biorąc za okładkę sylwetkę postaci z niemieckiego filmu „Nosferatu Symfonia Grozy”. Wampiry nie miały tak naprawdę swojej tożsamości jako potwory, były po prostu transylwańskim hrabią lub jego sługami. Dostawaliśmy też kontynuacje znanej historii, takie jak Dracula: Resurrection, dziejące się siedem lat po przygodzie opisanej przez Brama Stokera albo dziwne Nosferatu: The Wrath of Malachi, które co prawda nie wymienia nikogo znajomego z imienia, ale mocno bazuje na historii z książki Stokera.

DRAKULA? NO TAK, SŁYSZELIŚMY O NIM

…co nie oznacza, że nie było w tym wszystkim miejsca na kreatywność, ani że twórcy nie próbowali zrobić z wampirzym mitem czegoś ciekawszego. W końcu w 1986 roku zadebiutowała seria Castlevania, gdzie nazwisko Drakuli się co prawda pojawia, ale sama przygoda, poza korzystaniem ze znajomo wyglądających stworków idzie kompletnie we własnym kierunku. Podobny pomysł prezentował Master of Darkness, podobna do Castlevanii, gdzie jako dr Ferdinand Social polowaliśmy na Drakulę, którego mieszkańcy Londynu nazywali… Kubą Rozpruwaczem.

Jeszcze dziwniejszy pomysł na świat miał Bloodnet, który co prawda korzystał ze znajomych postaci, ale wypaczając je i rzucając w przyszłość. Na Manhattanie 2094 roku pojawiły się cyberwampiry, które z polecenia ich przywódcy, Abrahama Van Helsinga (tak, tego gościa zazwyczaj polującego na Drakulę!) próbują zawładnąć nowojorską wyspą. MicroProse chciało tu spleść gotyk i cyberpunk w klasycznym point’n’clicku splecionym z kolei z elementami RPG i o ile wiele rzeczy wyszyło całkiem dobrze, niektóre były… tak przeciętne, jak można się tego spodziewać po absurdalnych realiach. Mimo tego, tylko Betrayal at Krondor oddzieliło ją od zdobycia tytułu RPG roku w magazynu Computer Gaming World w 1994.

WAMPIRY? ZRÓBMY Z TEGO FILM!

Gry FMV, czyli interaktywne filmy, w których gracz mógł kierować akcją były hitem lat 90 i przełomową technologią, pozwalającą nadrabiać braki w możliwościach silników graficznych. Szczęśliwie, praktycznie nie przetrwały do naszych czasów, a to, co zostało wygląda znacznie lepiej, niż dawniejsze produkcje… takie jak Night Trap, gdzie ratujemy biedne niewiasty przed czającymi się w amerykańskim domu na przedmieściach wampirami. Jeżeli ten pomysł wydaje wam się już absurdalny, to zapewne rozbawi Was, że była to jedna z produkcji, które obok Mortal Kombat zostały oskarżone o propagowanie przemocy w grach i wszystkie te inne bzdety związane ze ZŁYM WPŁYWEM GIER, nawet mimo tego, że w Night Trap nic specjalnego się nie działo.

Innym przedstawicielem interaktywnych wampirzych filmów był Dracula Unleashed, w którym, podobnie jak w tytułach wspomnianych stronę temu, imię legendarnego wampira nie ma w sumie nic wspólnego z oryginalnym mitem. Jest za to Londyn, teksański biznesmen i tajemniczy klub Hades w środku całej historii. Co ciekawe, tytuł ten w swoich czasach uznany został za dość przełomowy i zbliżający do siebie kino i gry. Cóż, ostatecznie z tego romansu, przynajmniej w formie FMV nie wyniknęło nic ciekawego.

WAMPIRY? O TYM KRĘCĄ FILMY, NIE?

Było też mnóstwo wampirów opartych na filmach, także tych późniejszych niż produkcje studia Universal. Począwszy od Psygnosis, które zaserwowało adaptację filmu Francisa Forda Coppoli z 1992 roku, gry osiągnęły punkt kulminacyjny egranizowania produktów srebrnego ekranu gdzieś we wczesnych latach dwutysięcznych. Odhaczyliśmy oczywiście Blade’a, bo seria z Wesleyem Snipesem była całkiem solidna (no dobra, dwa z trzech filmów [no dobra, właściwie to przede wszystkim pierwszy]), ale też inne filmowe hity, jak Od Zmierzchu do Świtu, czy Buffy.

Co ciekawe, ta ostatnia adaptacja, bazująca na szalenie popularnym serialu, doczekała się aż sześciu różnych wersji, za każdym razem serwowanych przez inne studio i tylko raz współdzielących wydawcę, THQ. Ostatnia inkarnacja Buffy pojawiła się na ekranach gdzieś w 2009 roku na Nintendo DS i, co ciekawe, nigdy nie ukazała się w Stanach, mimo, że fabułę pisał jeden ze scenarzystów serialu! Gry komputerowe potrafią być naprawdę dziwne. Tak czy inaczej, nic opartego na filmach nie osiągnęło zbyt wielkiego komercyjnego sukcesu, bo zwyczajnie nie było czym się tu chwalić – dostaliśmy najwyżej przyzwoite adaptacje marek, które sprawdziły się dobrze na swoim oryginalnym rynku, ale nie próbowały walczyć o szczyty rankingów.

MMM, SEKSOWNE WAMPIRZYCE!

Trend ten wybuchł znacznie wcześniej, niż mogłoby się Wam wydawać, bo w latach osiemdziesiątych, gdy dostaliśmy The Astonishing Adventures of Mr. Weems and the She Vampires, w którym jako pierdołowaty okularnik przemierzaliśmy krainę pełną seksownych (jak na uwczesne standardy) pijawic. Potem oczywiście pojawiła się BloodRayne, która miała być następną Larą Croft, ale kombinacja czarno-czerwonego lateksu, rudych włosów i mordowania nazistów nie trafiła do serc graczy.

W innych tytułach dostawaliśmy seksowne nieumarłe panie jako element oboczny, choć Vampire The Masquerade: Bloodlines z dumą pokazywało jedną z głównych postaci w stroju lekko makabrycznej uczennicy. Japończycy pociągnęli ten temat natomiast znacznie dalej z Fortune Arterial, gdzie dostajemy prawdziwą wampirzą uczennicę w liceum służącym za podstawę erotycznej nowelki. Nie ma tu ani grama mroku, ale są wielkookie dziewczęta i mocno zarysowany podtekst seksualny.

WAMPIRY W HISTORII

Dostajemy tu mieszankę znanych trendów i rzeczy całkiem autorskich. Vampire The Masquerade: Redemption daje nam możliwość zagrania wampirzym krzyżowcem żyjącym całe wieki i bijącym potwory zarówno średniowiecznymi zabawkami jak i całkiem nowymi zabawkami w dość interesującym RPG. Darkwatch, pierwotnie planowane przez Capcom jako seria, pokazuje nam wampiry na Dzikim Zachodzie w realiach wręcz ociekających mrokiem.

Polskie NecroVisioN to z kolei wycieczka do okopów pierwszej wojny światowej, pełnych demonicznych mocy, wampirów i innego plugastwa. Bardziej stonowaną, ale potwornie klimatyczną podróż przez pijawkowy świat serwuje natomiast świeżo wydany Vampyr, który pokazuje trawiony zarazą Londyn wczesnego dwudziestego wieku. Choć grze parukrotnie zdarza się stuknąć za mocno w głowę i popłynąć w dziwne miejsca z narracją i tak wypada całkiem ciekawie.

No i są też czasy współczesne – wspomniane wcześniej Bloodlines daje rzut na pełnoprawną społeczność pijaw, a nieco nowsze Dark nieudolnie próbuje naśladować klimat, jakie stworzyło Troika Games ponad dekadę temu.

WAMPIRY? ZRÓBMY TO TOTALNIE PO SWOJEMU!

Sporo sukcesu (albo chociaż status kultowych) znalazły natomiast gry, które postanowiły dystansować się mocno od oryginalnych wampirzych mitów i stworzyć coś własnego, mniej lub bardziej inspirowanego Stokerem i Drakulą. Świetnym przykładem takiego odejścia jest seria Castlevania, w której z czasem pozostało naprawdę niewiele z oryginalnych inspiracji, szczególnie, gdy monstra do pokonania zaczęły napływać z wyobraźni twórców albo innych mitologii, ale są też znacznie ciekawsze i niestety, trochę zapomniane przykłady.

Najważniejszym z nich zdecydowanie jest seria Legacy of Kain, która przez niemal dekadę swojego istnienia nie tylko zaserwowała nam kilka bardzo silnych tytułów (i Raziela, który dla mnie jest jednym z najfajniejszych bohaterów gier wszechczasów!), ale też nie bała się eksperymentować z formułą rozgrywki, bazując na historii i zagadkach mocniej, niż na samym tłuczeniu się. A do tego wysysanie dusz! Czy trzeba chcieć czegoś więcej? Godna wzmianki jest też A Vampyre Story, czyli naprawdę urocza przygodóweczka, z bardzo sympatyczną wampirką i jeszcze sympatyczniejszymi nietoperzami. Nie był to może przełom w historii gier, ale jedna z lepszych rzeczy, jakie dostaliśmy w tej tematyce w ostatniej dekadzie.

Warto też napomknąć o wymienionych wcześniej dwóch osobnych grach Vampire: The Masquerade – choć znacząco się od siebie różnią pod względem zarówno rozgrywki jak i jakości wykonania, oba tytuły łączy dziwaczny i fantastyczny świat pełen klanów intryg i ciężkiej, gotyckiej atmosfery. A „odduszanie” hotelu w Bloodlines to esencja klimatu bez wchodzenia przesadnie w horrorowe tematy.

Autor: Artur Cnotalski