Data publikacji:

TEST: Panasonic RP-BTD10

Słuchawki bezprzewodowe to kompromis pomiędzy wygodą i brzmieniem. Niestety, nie zawsze udany. Czy Panasonic sprosta oczekiwaniom?

Przestrzeń miejska nie jest dla słuchawek naturalnym środowiskiem. Problem znają wszyscy, którzy słuchając muzyki w komunikacji publicznej ciągle biorą poprawkę na cudze łokcie, używając słuchawek na rowerze (nie pochwalamy!) martwią się, że zahaczą kablem o kierownicę czy biegając rekreacyjnie co rusz zastanawiają się, kiedy zerwą je sobie z głowy nagłym ruchem ręki. Biorąc pod uwagę, że rolę odtwarzaczy przejęły dziś telefony, rozwiązaniem mogą być słuchawki Bluetooth.

Panasonic proponuje model RP-BTD10, obiecując, że pozwoli on nawet na 30 godzin nieprzerwanego, bezprzewodowego słuchania muzyki lub rozmów telefonicznych. Trzeba przyznać, że deklarowany czas pracy robi wrażenie. Oprócz tego słuchawki japońskich inżynierów oferują nam 40 mm przetworniki, pasmo przenoszenia w zakresie 18 Hz - 20 kHz i impedancję 32 Om. Zakres reprodukowanych częstotliwości może nie powala, ale w przypadku słuchawek bezprzewodowych trudno liczyć na spektakularne pasmo. Koniec końców, na papierze wszystko wygląda nieźle.

Zaskakująco lekkie

Słuchawki zbudowano z tworzyw sztucznych - z matowego i lakierowanego plastiku oraz łatwo łapiącej odciski palców gumy - imitacji skóry i lekkich metali. Pierwsze wrażenie może wywołać mieszane uczucia. Z jednej strony nic nie trzeszczy, nie pracuje pod palcami, nie widać luzów, nierówności. Jakość spasowania stoi na poziomie, do którego Panasonic przyzwyczaił nas przez lata. Słuchawki są estetyczne i gdy obdarzyć je przelotnym spojrzeniem szczotkowany metal przydaje im klasy.

Z drugiej jednak strony, gdy wziąc słuchawki do ręki, trudno nie ulec wrażeniu, że sprawiają wrażenie dość... tanich. Nie tego oczekujemy wydając blisko 400 złotych, nawet jeśli zdajemy sobie sprawę, że lwią część ceny płacimy za technologię bezprzewodową i panel sterujący wbudowany w jedną z muszli.

W dużej mierze za to uczucie odpowiada masa - RP-BTD10 są niezwykle lekkie. Można odnieść wrażenie, że zastosowane w nich przetworniki, wyciszenia czy wreszcie materiały stanowiące obudowę są po prostu niskiej jakości. I chociaż słuchawki Panasonica raczej nie należą do kruchych, kogoś, kto miał już w rekach parę modeli w podobnym przedziale cenowym produkt Japończyków może nie zachwycić. Szczęśliwie niewielka masa to zaleta, gdy słuchawki wylądują już na głowie.

Słuchawki mogłyby być za to wygodniejsze: zbyt miękkie i "płytkie" otuliny sprawiają, że użytkownik może odnosić wrażenie, że plastikowe maskownice membran leżą wprost na uchu. Na początku można się również czuć z nimi trochę niepewne - wprawdzie potrzeba bardzo gwałtownych ruchów głową, by spadły, nie jest to jednak sprzęt godny polecenia fanom deskorolek.

Bez ładowarki

Po wypakowaniu z pudełka słuchawki trzeba naładować - producent nie pozwala cieszyć się nimi natychmiast, chyba, że za sprawą dołączonego przewodu jack 3,5 mm. Niestety, Panasonic zrezygnował z dostarczania wraz ze słuchawkami ładowarki - klient otrzymuje tylko kabel USB, dzięki któremu może podłączyć sprzęt do komputera lub własnej ładowarki.

Z jednej strony w czasach, kiedy większość z nas ma co najmniej jedną, uniwersalną ładowarkę USB taka decyzja bardzo nie dziwi, z drugiej - sprawia, że czujemy się trochę "oszukani". Ostatecznie nie zawsze chcemy ładować słuchawki np. przez laptopa. W końcu o ile nie mamy zasilania z sieci, drenuje to baterię komputera i trwa niepotrzebnie długo. Panasonic deklaruje, że ładowanie wbudowanego, niewymiennego akumulatora trwa ponad cztery godziny. Nie jest to bardzo długo, biorąc pod uwagę późniejszy czas pracy, ale kiedy część smartfonów można naładować do pełna w ciągu mniej, niż półtorej godziny, chciałoby się szybciej.

Po naładowaniu jednak wydają się być nie do zamęczenia! Przyjemne zaskoczenie, biorąc pod uwagę, że wiele modeli słuchawek bezprzewodowych rzadko pozwala na pełną dobę ciągłej pracy. Tu tego problemu nie ma: naładuj i zapomnij! Przez cały okres testów, to jest codziennego użytkowania w drodze do i z pracy (średnio ok 80 minut dziennie) oraz podczas spacerów w czasie wolnym nie doładowaliśmy Panasoniców ani razu. Zwracając sprzęt producentowi po dwóch tygodniach złapaliśmy się na tym, że nie zdążyliśmy jeszcze rozładować akumulatora...

Banalna obsługa

Co ważne, słuchawki paruje się bardzo intuicyjnie. Zwolennicy NFC (technologii pozwalającej na łączenie urządzeń po ich zbliżeniu na odległość kilku centymetrów) będą usatysfakcjonowani, w przypadku smartfonów czy tabletów nie obsługujących tej technologii pozostaje tradycyjne łączenie z ewentualnym kodem PIN, które też nie nastręcza problemów. Raz połączone słuchawki bezproblemowo odnajdują urządzenie i po włączeniu łączą się z nim w mgnienie oka. Od tego momentu mrugająca raz na jakiś czas, niebieska lampka sygnalizuje trwanie połączenia Bluetooth. Łączność jest stabilna, choć zdarzało się, że niektóre elementy odzieży czy grubsze ściany mogły powodować chwilowe "szarpnięcia".

Odtwarzaniem muzyki możemy sterować za pomocą prawej muszli. Przyciski sterujące to klasyka: głośniej/ciszej, pauza/play oraz następny/poprzedni. Na drugiej muszli mamy przycisk łączności NFC oraz odbierania i kończenia połaczeń. Prosto, przejrzyście, wygodnie. Do tego przycisk zasilania słuchawek umieszczono tak, że obejmując lewą muszlę palcami odruchowo umieszczamy na nim kciuk. Rozwiązanie jest pomocne o tyle, o ile w przypadku braku transmisji muzyki czy rozmowy telefonicznej (jakość połączenia jest co najmniej dobra!), słuchawki wyłączają się automatycznie już po 5 minutach. Z początku może to nieco irytować, ale akumulatorowi to z pewnością służy.

Spłycone brzmienie

Niestety, problemem japońskich słuchawek jest relatywnie płytki bas i wyraźnie dominujące pasmo środkowe. Kłopoty z reprodukcją tonów niskich są częste w przypadku słuchawek bezprzewodowych i niewiele modeli "bez kabla" może w tej materii rywalizować ze swoimi przewodowymi konkurentami. Zdaje się, że jest to cena, którą płacimy za swobodę ruchu. Istoty sprawy to jednak nie zmienia: choć słuchawki, jak na bezprzewodówki, grają dość głośno, a transmisja jest wolna od szumów (za transmisję odpowiada kodek aptX), odbiorca może być zawiedziony barwą i charakterystyką dźwięku.

Dodatkowo sprzęt ma problem z najwyższymi poziomami głośności: przy piętnastym, najgłośniejszym, pojawiają się już zniekształcenia i tendencja do sybilacji. O scenie nie ma co mówić - 40 mm przetworniki rzadko dostarczają oszałamiających wrażenień i słuchawki Panasonica nie są tutaj wyjątkiem.

Dla mniej wymagajacych

Czy to znaczy, że Panasonic RP-BTD10 to słuchawki słabe? Absolutnie nie. Wielu klientów będzie usatysfakcjonowanych ich brzmieniem, natomiast między bajki należy włożyć zapewnienia producenta o "dynamicznym brzmieniu basów". Atutami będą również bezbłędna ergonomia, mocny akumulator oraz dodatkowy przewód pozwalający na pracę z urządzeniami bez Bluetooth lub po wyczerpaniu baterii. Należy jednak pamiętać o jednym: podchodząc do słuchawek "w ciemno", bez znajomości ceny i rodzaju sprzętu (czy są bezprzewodowe, czy przewodowe), oceniając tylko po brzmieniu, można by je wycenić na najwyżej 150 złotych. Tymczasem produkt Panasonic, choć szybko tanieje, w dniach testów można wciąż znaleźć w sklepach za 400 złotych i więcej. Powtarzamy: to cena, którą płacimy za bezprzewodowość i wygodę. Czy jednak adekwatna? Pozostawiamy to już indywidualnej ocenie.

Autor: Tomasz Fenske