Data modyfikacji:

Filmowe adaptacje gier - dlaczego gracze nienawidzą recenzentów?

Templariusze są wśród nas.

SPRAWDŹ: RECENZJA FILMU TOMB RAIDER

Romans gier wideo z kinem trwa już prawie trzydzieści lat, ale nadal czekamy na prawdziwie udaną adaptację, którą z dumą będziemy mogli rekomendować osobom nieznającym oryginału. Swoich sił na srebrnym ekranie szukali bracia Mario, ekipy wojowników z Double Dragon, Street Fightera oraz Mortal Kombat, a także książę Persji i Rose 'a Da Silva, goszcząca w miasteczku Silent Hill. Na przestrzeni lat lista ekranizacji znacząco się rozrastała, ale czy wraz z ilością, szła również jakość? Tutaj zdania są podzielone, ale raczej podtrzymywałbym stwierdzenie, że większość filmowych adaptacji gier to produkcje niezbyt udane... delikatnie mówiąc. Tylko, czy gracze nie będący recenzentami, mogą poprzeć moje słowa? Ten wątek chciałbym poruszyć w dalszej części tekstu, a historię związku gier z kinem zostawię na inną okazję.

Do napisania tego felietonu zainspirowała mnie sytuacja, która zrodziła się w mediach społecznościowych po niedawnej premierze filmu "Assassin's Creed" z Michaelem Fassbenderem w roli głównej. Miałem "przyjemność" napisania recenzji tej produkcji, gdzie nie omieszkałem wytknąć jej głupotek oraz błędów. Po opublikowaniu materiału, zajrzałem na Metacritic, żeby sprawdzić, jak dzieło Justina Kurzela zostało ocenione przez zagraniczne media. Średnia not wynosiła jakieś trzydzieści-trzydzieści pięć procent, co uświadczyło mnie w przekonaniu, że nie byłem zbyt czepialski podczas pracy nad tekstem.

Zabawa wystartowała dopiero, gdy opublikowaliśmy recenzję na naszym facebookowym fanpage'u. Wiedziałem, że publikacja nie przejdzie bez odzewu naszych czytelników, ale oczekiwałem zgoła innych reakcji. Ku mojemu zaskoczeniu, z większości komentarzy można było wywnioskować, że film przypadł widzom do gustu, dając im ciekawą fabułę oraz efektowne sceny akcji. Wtedy w głowie zapaliła mi się czerwona lampka - w takim razie, co jest nie tak z krytykami filmowymi i recenzentami z całego globu?

Pomimo tego, że na co dzień moja praca polega na pisaniu o grach, to jestem także wielkim miłośnikiem kina. W ubiegłym roku pobiłem swój rekord, odwiedzając lokalne Cinema City ponad pięćdziesiąt razy. Na filmy chodzę z czystej przyjemności, ponieważ nie muszę przejmować się ich ocenianiem oraz bazgraniem recenzji. Wychodząc z seansu bazuję wyłącznie na tym, czy film dał mi radochę czy mnie wynudził. Idąc natomiast na projekcję "Assassin's Creeda" chciałem przygotować się najlepiej jak tylko mogłem. Zrobiłem odpowiedni research, przejrzałem opinie na temat innych adaptacji gier, prześledziłem kariery aktorów biorących udział w projekcie, itp.

Wyposażony w notes i ołówek byłem w stanie przystąpić do oglądania filmu. Dlatego podchodząc do pracy nad tekstem, próbowałem w pełni przenieść wrażenia, jakie odniosłem po pokazie, zarówno te dobre, jak i złe. Będąc jednak nastawionym do dalszej pracy nad filmem, wiedziałem, że muszę wyłapać z niego jak najwięcej detali. Dlatego też, zauważyłem więcej bolączek i błędów, niż standardowy widz, oczekujący przede wszystkim dobrej zabawy. Dla porównania mogę napisać, że jestem wielkim fanem kinowego "Silent Hill". Obraz został kompletnie zjechany przez krytyków filmowych, a w moim rankingu stoi w czołówce najlepszych adaptacji gier.

Podobnie wygląda sytuacja z ekranizacją "Warcrafta". Dziennikarze growi i krytycy filmowi nie zostawili na filmie suchej nitki, o czym może świadczyć średnia ocen w serwisie Metacritic (32/100). Recenzenci zwracali uwagę na denne dialogi, niewykorzystany potencjał fantasy oraz chaotycznie poprowadzoną historię. Patrząc na reakcje widzów, można odnieść wrażenie, że mieli oni do czynienia z kompletnie innym tytułem. Na tym samym portalu, aż ponad dwa tysiące ocen użytkowników było pozytywnych, co przełożyło się na notę końcową 8.3/10. Z tamtejszych komentarzy wynika, że twórcy "Warcrafta" świetnie poradzili sobie z przeniesieniem klimatu Azerothu na srebrny ekran, tworząc film godny gier. Takich przykładów mógłbym dawać jeszcze wiele, ale i tak nigdy nie ustaliłbym, kto w tym "konflikcie" ma rację.

"Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia" - to powiedzenie idealnie odzwierciedla sytuację pomiędzy recenzentami, a widzami. Zarówno jedna, jak i druga grupa oczekuje od produkcji czegoś innego, dlatego istnieje małe prawdopodobieństw, że ich opinie będą zbieżne. Najważniejsze, żeby w całej tej dziwnej sytuacji nie popaść w przesadę, poprzez wspólne wyzwiska i prowadzenie internetowych wojen. Bardzo podobały mi się zatem komentarze pod moim tekstem o" Assassin's Creedzie". Większość wypowiedzi uzasadniała dlaczego film jest dobry, kontrując to z moim narzekaniem. Pokazuje to tylko, że gracze-kinomaniacy to ogromna grupa, która ma co do adaptacji coraz większe oczekiwania.

Nie zmienia to faktu, że głównie będziemy się jednak zawodzić, ponieważ producenci mają zazwyczaj inne plany na zekranizowanie gry, niż życzyliby tego sobie miłośnicy danego tytułu czy serii. Wielkie produkcje kinowe kosztują bardzo dużo i jeszcze więcej muszą zarobić, dlatego wytwórnie robią wszystko, żeby ich dzieło było dostępne dla jak największego grona odbiorców. To z tego powodu już w 1995 roku zrezygnowano z krwi w "Mortal Kombat". Kinowy "Assassin's Creed" udowodnił natomiast, że można do filmu przemycić sporo klimatu z gry poprzez drobne smaczki oraz większe nawiązania. Szkoda tylko, że reszta nie zdała egzaminu. Ale to tylko moje zdanie...

Autor: Łukasz Morawski