Data publikacji:

Hej, Battle Royale - skąd przybyłeś, dokąd zmierzasz?

Opowieść o ojcu, jego dziecku i ich przyszłości.

Kto by pomyślał, jeszcze kilka lat temu, że najgłośniejszą rywalizacją dwóch tytułów będzie starcie Fortnite z Playerunknown’s Battleground. Taki stan rzeczy jest na pewno dzisiaj, gdzie w moim odczuciu znacznie mniej emocji wzbudzają już rywalizacje między takimi markami jak Call of Duty i Battlefield czy FIFA kontra Pro Evolution Soccer. Gdzie nie przejrzeć na forach, ludzie szukają ludzi do gry właśnie w dwie wymienione wyżej produkcje. W memetyce dotyczącej gier również dominują dzieła Epic oraz Bluehole.

No, może troszkę przesadzam. W końcu ostatnio odbyło się E3, na którym zaprezentowanych zostało naprawdę wiele konkretnych tytułów, wlewające nadzieję w serca odbiorców. Chociaż nawet w czasie trwania tej imprezy dało się wyczytać w sieci, że twórcy PUBGa zarzucają konkurencji łamanie praw autorskich. Battle royale zawitało też licznie w samym Los Angeles, więc myślę, że kłamstwem już na pewno nie będzie stwierdzenie, że ten typ gier jest teraz najgorętszym tematem na rynku.

  • Sprawdź ceny PUBG (Steam) na Ceneo.pl
  • Ten tekst będzie więc w całości poświęcony temu gatunkowi. Jaka jest jego geneza? Kogo można wymienić jako najznamienitszych przedstawicieli? W końcu, planuję się też zastanowić w jakim kierunku zmierza to wszystko, bo w moim odczuciu jest to nieco… niepokojące. Ale zacznijmy od początku.

    PROLOG, CZYLI CO TO JEST BATTLE ROYALE?

    Akapit dedykowany będzie bardziej tym, którzy przespali ostatnie kilka lat oraz osobom, które niezbyt interesują się tematem. Takich czytelników nie będzie pewnie zbyt wielu, biorąc pod uwagę popularność tematyki, jednak o nich również trzeba pamiętać. W końcu, każdy gatunek gier ma w końcu swoje charakterystyczne elementy. Nie inaczej jest z battle royale.

    Wszystko opiera się tutaj o starcia w trybie sieciowym. Przeciwko sobie rzucona zostaje konkretna ilość graczy lub drużyn. Wszyscy trafiają na sporych rozmiarów mapę. Gdy już wszyscy się na nią znajdą, rozpoczyna się walka o przetrwanie. Kluczową rolę odgrywa więc zarówno orientacja w terenie, jak i sprawne poszukiwanie ekwipunku, który w przedstawicielach gatunku randomowo porozrzucany jest po mapie. W przypadku rozgrywki drużynowej, dochodzi jeszcze oczywiście aspekt współpracy.

  • Sprawdź ceny PUBG (Steam) na Ceneo.pl
  • Rozgrywka w battle royale toczy się do ostatniego żywego. Przy sporym rozmiarze map, mogłoby to być skomplikowane, jednak do rozgrywki dodany został jeszcze jeden aspekt, który w skuteczny sposób jest w stanie stopniowo podkręcać tempo zabawy. Otóż dostępny obszar mapy pomniejsza się co jakiś czas, przez co terytorium na którym toczą się walki, z każdą chwilą się pomniejsza. Nie zdążysz do bezpiecznej strefy? W takim wypadku zaczniesz powoli umierać. I tak to, mniej więcej, wygląda w pigułce.

    JAK OJCIEC I SYN, CZYLI BRENDAN GREENE

    Imię, tak zwanego, „ojca battle royale”, już znacie. Jednak cała idea nie zrodziła się w jego głowie. Bezpośrednią inspiracją dla całego gatunku była powieść autorstwa Koshuna Takamiego zatytułowana… „Battle Royale”. Japończyk stworzył w niej wizję azjatyckiego kraju, w którym potężną władzę posiada rząd, panuje ogromne bezrobocie, a nowe pokolenie młodzieży, delikatnie mówiąc, nie zwiastuje nadejścia lepszych czasów. Tym samym w życie wprowadzony zostanie tajny projekt, w ramach którego porywa się uczniów, których wrzuca się w miejsce z ograniczonymi i kontrolowanymi granicami, a następnie zmusza się ich do walki na śmierć i życie. Brzmi znajomo?

    Nie należy też nie wspomnieć o „Igrzyskach Śmierci”. Kinowy obraz, wyreżyserowany przez Gary’ego Rossa, oparty został o książkę Suzanne Collins, o tym samym tytule. Robi się nieco skomplikowanie? Już wyjaśniam – pomimo tego, że stwórczyni postaci Katniss Everdeen zapewniła, że książka zainspirowana została jej prywatnymi przeżyciami, widać pomiędzy jej dziełem, a dziełem Takamiego sporo podobieństw. Myślę jednak, że wizja Pani Collins była bardziej przystępna na zachodzie, podczas, gdy „Battle Royale” dopasowane zostało bardziej do niepokoi panujących na dalszym wschodzie. W ten oto sposób można było wykorzystać popularność obydwu dzieł i przenieść go na rynek gier.

  • Sprawdź ceny PUBG (Steam) na Ceneo.pl
  • I tutaj przechodzimy do Brendana Greene. To właśnie powyższe powieści była dla niego bezpośrednią inspiracją. Na początku drugiej dekady XXI wieku rozpoczął pracę nad modem do… moda Army 2, zatytułowanego DayZ. Swoją cegiełkę do tego dołożyło też zresztą wydarzenie Survivor GameZ, w którym spora ilość YouTube’owych oraz Twitchowych streamerów stanęła naprzeciw siebie właśnie w DayZ, grając do ostatniego żywego. Z czasem jednak popularność moda zaczęła się zmniejszać, za sprawą jej samodzielnej wersji.

    Wtedy też swoje prace przeniósł do następnej odsłony serii ArmA. I jego działalność otrzymała dużo uwagi ze strony pełnoprawnych studiów zajmujących się grami. Pierwsze było Sony, które wyłowiłu Brendana i zatrudniło go do prac nad H1Z1, przy okazji kupując od niego licencję na „battle royale”. Po jakimś czasie jednak zgłosiło się do niego południowokoreańskie studio Ginno Games, które Greene’a zatrudniło w roli dyrektora kreatywnego i dało mu znacznie większe pole do popisu, w kontekście jego oczka w głowie. Dziś studio to nosi już inną nazwę. Bluehole Studio Inc.

    JAK GRZYBY PO DESZCZU, CZYLI ROZWÓJ GATUNKU

    W ten o to sposób przechodzimy już do Playerunknown’s Battlegrounds, czyli pierwszego przedstawiciela „battle royale”, który wbił się do szerszej świadomości. To właśnie tę produkcję Brendan Greene ochrzcił mianem „swojej ostatecznej wizji battle royale, łączącej wszystkie jego wcześniejsze pomysły”. Popularność tej produkcji nie jest też niczym dziwnym – tytuł ten wyciągnął właściwe elementy z wcześniej wspomnianych gier Bohemia Interactive i dorzucił mechaniki charakterystyczne już dziś dla tego gatunku gier. Swoje dorzuciła też wspomniana popularność wcześniej wymienionych powieści (oraz ich ekranizacji).

    Dalej nie trzeba było czekać na kolejnych, chcących skorzystać na idei Greene’a. Wcześniej wspomniane H1Z1 teraz największą popularność posiada właśnie w wersji „King of the Kill”, czyli tej do której prac swoją rękę przyłożył Brendan. Na rynku pojawiło się też The Culling, które postawiło na taką samą rozgrywkę, jednak skupioną bardziej na walce wręcz oraz pułapkach. Ark: Survival Evolved oraz Rust doczekało się własnych rozszerzeń bazujących na idei „battle royale”. I to tylko popularniejsze tytuły.

  • Sprawdź ceny PUBG (Steam) na Ceneo.pl
  • Jest też w końcu Fortnite. Pierwotnie miała być to gra, która skupić miała się na sandboksowych doświadczeniach, w których gracze skupić się mieli na gromadzeniu zasobów, budowaniu umocnień i walce o przetrwanie. I taka wersja gry jest już we wczesnym dostępie, można ją więc zakupić. Ale już teraz wiadomo, że nie dosięgnie do pięt w kontekście popularności swojemu darmowemu odpowiednikowi, proponującego właśnie rozgrywkę ten sam rodzaj zabawy co produkcja Bluehole.

    JAK PIES Z KOTEM, CZYLI FORTNITE i PUBG

    Na pytanie „kto był pierwszy?” nie trudno odpowiedzieć. Biorąc pod uwagę dwa powyższe tytuły, jest to oczywiście Playerunknown’s Battlegrounds. Jednak tak naprawdę nie jest to aż tak istotne, bo obydwie produkcje tak czy siak otwarcie ze sobą rywalizują i trzeba powiedzieć sobie, że wzbudza to ogromne emocje. Fortnite chwali się teraz większą od konkurencji bazą graczy. PUBG odpowiada pozwem i samo chwali się liczbami. Spierają się również odbiorcy.

    Trzeba się jednak zastanowić czy faktycznie można tutaj nazwać którąś z tych gier lepszą, a drugą gorszą. Obydwa tytuły, mimo przynależności do tego samego gatunku, w moim odczuciu prezentują dwa odmienne podejścia do tej tematyki. Podczas, gdy Fortnite stawia na efekciarstwo i kreskówkową grafikę, PUBG skupia się na bardziej taktycznym i surowym podejściu do starć. Pierwsza z produkcji jest darmowa, za dostęp do drugiej trzeba już zapłacić. Tak naprawdę różnica nie polega na jakości, a podejściu do rozgrywki. Spieranie nie ma sensu, bo, jak wiadomo, każdy oczekuje od gier czegoś innego.

  • Sprawdź ceny PUBG (Steam) na Ceneo.pl
  • Rywalizacja między Epic, a Bluehole pozwala jednak uzmysłowić sobie jedno. Nie bez powodu obydwie gry cieszą się taką popularnością i nie bez powodu ich rywalizacja wzbudza tak dużo emocji. Teraz jest właśnie czas gatunku „battle royale”, a ta dwójka ma w swoim posiadaniu dwie najkonkretniejsze produkcje, o jego idee właśnie oparte. No właśnie, tylko… jak długo to potrwa?

    JAK ZWIERZĘTA DO KORYTA, CZYLI SZALEŃSTWO Z BATTLE ROYALE

    Niepokojący jest kierunek, który obrał cały gatunek battle royale. Pierwszą przyczyną jest to, że znacznie obniżony został lot produkcji skupiających się na tego typu rozgrywce. Coraz bardziej rynek zalewa ogromna ilość klonów największych potentatów, czyli PUBGa i Fortnite. Z jednej strony mamy więc Ring of Elysium, który wygląda całkiem ciekawie, ale czuć od tej produkcji trochę zbyt duże inspiracje studiem Bluehole. Gdzieś po środku stoi H1Z1, będące pierwszym przedstawicielem gatunku na papierze, ale aktualnie będące gorszą darmówką, niż Fortnite i grą znacznie uboższą w stosunku do Playerunknown’s Battlegrounds. A z drugiej strony, troszkę zbyt mocno pachnące produkcją Epic Games Realm Royale. Nie tędy droga do sukcesu, drodzy twórcy.

    Właściwą ścieżką nie nazwałbym też wciskanie trybu battle royale do każdej możliwej produkcji, co jest powodem drugim. Może w GTAV ma to jeszcze sens, przyznaję. Ale w Dying Light? Taka opcja totalnie nie pasuje mi do produkcji Techlandu, która od początku była grą czysto kooperacyjną, a nie kompetytywną. Dlaczego tak wielkie marki jak Call of Duty czy Battlefield, zamiast skupić się na zabawie, z której są znane, sięgają po tryb zabawy, który całkowicie nie komponuje się z przedstawicielami tych serii? Po jaką cholerę w ten gatunek pcha się również Ubisoft? I nie w kontekście nowych produkcji, tylko francuskich marek mających swój charakter?

    Żeby być całkowicie uczciwym, trzeba też powiedzieć, że na horyzoncie jest kilka ciekawych gier skupionych wyłącznie na battle royale. Chociażby Maelstrom, od debiutującego Gunpowder Games, który starcia do ostatniego żywego przenosi na fale morza. Albo SOS, które do gatunku wnosi powiew świeżości, umożliwiając współpracę z innymi lub zdradę swoich sojuszników. O Fear of Wolves nie wspominając, które bardzo mocno klimatem i settingiem przypominać ma legendarną serię S.T.A.L.K.E.R. Ale czy to wystarczy, by na ten odłam gier patrzono jeszcze w sposób poważny?

    JAK WRÓŻENIE Z FUSÓW, CZYLI EPILOG

    … bo niestety, ale obecnie gatunek battle royale staje się bardziej memem, niż poważnym graczem na rynku. Nie bez powodu w sieci pojawiają się obrazki typu „tryb battle royale zmierza do Fify”, co idealnie oddaje nastroje związane z wciskaniem idei Brendana Greene’a nie tam gdzie trzeba. Tylko ślepiec nie zauważyłby też zmęczenia niektórych, związanego z obecnością Fortnite i PUBG w praktycznie każdym miejscu. Wciąż też wszędzie można spotkać ludzi, którzy do koncepcji BR podchodzą ze sporym sceptyzmem, wskazując na to, że wciąż nie pojawiła się gra mogąca ich przekonać do dania szansy temu gatunkowi.

    Sytuacja może się okazać o tyle ciekawa, że próby wplatania battle royale do znanych tytułów, wciąż mogą okazać się sukcesem. Patrząc analogicznie, taki Infinite Warfare też w końcu zgarnął masę krytyki przed premierą, a wyniki sprzedażowe miał naprawdę niezłe (chociaż nie w kontekście całej serii Call of Duty). I kto wie, może kilku nowych graczy, którzy już są we wczesnym dostępie albo zadebiutują w tym roku, podniosą trochę wartość pomysłu Brendana.

    Mnie jednak bliżej do wizji, w której battle royale po prostu umiera. I sytuację przyrównałbym tutaj do tego jak potoczyły się losy gier MOBA. W pewnym momencie był na nie ogromny boom, jednak teraz gatunek zdaje się topić w powolnej agonii. Gdzieś tam jest jeszcze League of Legends, ktoś zdecyduje się odpalić Heroes of the Storm albo Dotę 2, ale w ogólnym rozrachunku wygląda to miernie. Podobny los czeka zapewne i Fortnite i Playerunknown’s Battleground, jeżeli jeszcze ktoś nie zdecyduje się rzucić tym produkcjom rękawicy. A na razie, stety lub niestety, na to się nie zanosi.

    Autor: Tomasz Mendyka