Data publikacji:

Greed is good

Znacie reguły gry na giełdzie. Kierujecie się racjonalną oceną wartości spółki – patrzycie na jej wskaźniki i otoczenie makro. Więcej! Poznaliście już arkana analizy technicznej. Ciąg martwy nie myli Wam się z ciągiem Fibonacciego, przy piwie dyskutujecie o średnich kroczących i dywergencjach na oscylatorze. Nic to. W starciu z komputerami nie macie szans. Komputery są szybsze.

1 sierpnia 2012 r. firma brokerska Knight Capital z New Jersey, obracająca prawie 10 proc. akcji na giełdzie w Nowym Jorku, w wyniku błędu programu zaczęła nagle wysyłać miliony zleceń kupna i sprzedaży. Dopiero po 40 minutach technicy zauważyli, co się dzieje. W tym czasie na kontach firmy znalazły się walory kilkudziesięciu spółek o wartości ponad 6,5 mld dolarów – wspomina tamte wydarzenia Grzegorz Sadowski z „Wprost”. Co nastąpiło dalej? Firma była oczywiście zmuszona wyprzedawać aktywa, w których posiadaniu znalazła się nieintencjonalnie. Ostatecznie błąd systemu komputerowego kosztował ją, bagatela, 440 mln dolarów, a w wyniku tych perturbacji jej kurs spadł o jedną trzecią. W konsekwencji Knight Capital został przejęty przez konkurencyjnego brokera, firmę Getco.

Podobna sytuacja miała miejsce w Indiach. W ciągu zaledwie kwadransa wartość akcji 50 największych spółek na giełdzie w New Delhi spadła o ok. 60 mld dolarów. To więcej niż dziesiąta część rocznego PKB Polski. W końcu zorientowano się, że winę za całe zamieszanie ponoszą komputery. W giełdowym systemie naczyń połączonych pomyłka tylko jednego ogniwa wywołuje lawinę błędów. Następnie do wyprzedaży dołączają spanikowani inwestorzy indywidualni. Do gry wchodzą w końcu tzw. stop-lossy, automatycznie realizowane zlecenia sprzedaży po określonej niskiej cenie. To się nazywa podaż! Co prawda niezawodna i niewidzialna ręka rynku dość szybko koryguje kursy absurdalnie przecenionych akcji. Tak się też stało w Indiach, gdzie rynek wrócił do status quo. Tyle, że ktoś na tym stracił. A ktoś zyskał. Loteria.

Gdzie ci maklerzy?

Spytacie – jak to w ogóle jest możliwe? Dla przeciętnego człowieka giełda kojarzy się z miejscem, gdzie młodzi, spoceni mężczyźni w białych koszulach i czerwonych szelkach przekrzykują się, by złożyć jak najkorzystniejsze zlecenia. Każdy widział kultowy (pierwszy) „Wall Street” z Michaelem Douglasem, wiadomo, greed is good. Sentencja Gordona Gekko jest nadal aktualna, poza tym wszystko się zmieniło. Dziś większość transakcji zawierają komputerowe roboty, a tendencja stale się nasila. Wg szacunków badawczo-doradczej firmy Tabb Group odpowiadają one za 56 proc. wszystkich operacji giełdowych w USA i 38 proc. w Europie. Działają w trybie HTF (High Frequency Trading, dosł. Handel Wysokich Częstotliwości – przyp. ml), zwanym też handlem algorytmicznym. Jak to wygląda w praktyce? Bardzo czytelnie opisuje ten proces Paweł Różyński z forsal.pl: Inwestor wysyła zlecenie na zakup akcji danej spółki po aktualnej cenie 10 dol. Zanim trafi do arkusza zleceń, specjalny program namierza je i skupuje inne zlecenia po 10 dol. Potem wystawia ofertę po 10,01 dol. Zysk niby niewielki, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że takich operacji są miliony...

Tak więc handel algorytmiczny pozwala zarobić, przykładowo, równowartość 1 centa na każdej akcji. Tylko dlatego, że jest szybszy, trudno tu bowiem mówić o jakiejkolwiek strategii inwestycyjnej. Liczy się czas. Wyobraźcie sobie bieg na 100 metrów, w którym dwóch sprinterów finiszuje jednocześnie. Ludzkie oko nie jest w stanie wychwycić, kto biegł szybciej o 0,01 sekundy, potrzebuje zapisu z fotokomórki. W przypadku giełdy i zleceń HTF mamy do czynienia z różnicami nieporównywalnie mniejszymi. Dla przykładu: niemiecka giełda derywatów Eurex już w 2008 r. informowała, że czas realizacji zlecenia wynosi 1 milisekundę, jeśli zostało złożone w samym budynku giełdy.

Im krótszy, tym lepszy

O szybkości decyduje odległość, czy też długość światłowodu łączącego komputer zlecający z komputerem „matką”. Zasada jest prosta: im dalej, tym mniejszy zysk. Nie dziwi więc rozmach realizowanych inwestycji telekomunikacyjnych. Jedną z nich, dla całego zagadnienia emblematyczną, opisuje komentator „Obserwatora finansowego” Roman Swiderek: Standardowym podmorskim kablem światłowodowym informacja z Nowego Jorku do Londynu dociera w ciągu niespełna 65 ms. Tyle samo czasu zajmuje dostarczenie zlecenia z londyńskiego City na nowojorską giełdę. Budowany kosztem 400 mln dol. podmorski kabel, nazwany Project Express, ma skrócić ten czas do niespełna 60 ms. Kładziony jest na dnie Atlantyku głównie z myślą o inwestorach instytucjonalnych – bankach, funduszach inwestycyjnych – którzy chcą handlować na rynkach po obu stronach oceanu. To musi się opłacać, skoro wspomniana na początku firma Knight Capital umoczyła w ciągu jednego dnia o 40 mln dolarów więcej.

Zamiast puenty: mało kto wie, że kryzys na rynku amerykańskich nieruchomości z 2008 roku częściowo wywołali… matematycy. To oni stworzyli skomplikowane algorytmy jako podstawę derywatów – nie wdając się w szczegóły – złożonych instrumentów finansowych opartych na kredytach. Analogia nie jest pełna, a jednak znów za kurtyną wielkich operacji i zawirowań finansowych stoją umysły w sensie ścisłym ścisłe. Jak w książce Roberta Harrisa (m.in. „Autor Widmo”), której głównym bohaterem jest Alex Hoffmann, fizyk, matematyk i właściciel funduszu hedgingowego. Wymyślony przez niego algorytm to, jak pisze Maria Rajca w „Uważam Rze”, bezwzględna sztuczna inteligencja, która wybija się na niepodległość i zaczyna siać zniszczenie nie tylko na rynkach, ale również w życiu swego twórcy. Fikcję wymyślają humaniści, ludzie od cyferek decydują o kształcie rzeczywistości.

Autor: Mariusz Leśniowski