Data publikacji:

Gołębie pokoju, jastrzębie wojny

Powiedzieć, że są to statki wielozadaniowe, to nie powiedzieć nic. Już teraz mierzą grubość warstwy ozonowej, zliczają populację fok. Ludziom przynoszą kolorowe ślubne fotografie, a czasem czarno-białą śmierć.

Potencjał ich zastosowań przekracza granice wyobraźni. Może właśnie dlatego nigdy nie dowiemy się, jak wyglądałby świat zdominowany przez drony. Gdyby jednak do tego doszło:

  • Całą kulę ziemską oplotłyby niewidzialną siecią Internetu. Nad projektem napędzanych solarną energią urządzeń pracuje właśnie sztab ekspertów w laboratorium Facebooka. Za jakiś czas każde dziecko w Afryce mogłoby, przynajmniej teoretycznie, lajkować to, co inni lajkują od dawna. Czad.
  • Zyskałoby na tym światowe rolnictwo, bo naszpikowane elektroniką drony idealnie sprawdzają się przy monitoringu upraw. Tworzą tak precyzyjne ortofotomapy, że Polsce powiatowej szczęka opada do samej gleby.
  • Last but not least – skorzystalibyśmy my, konsumenci i sybaryci. Jak dotąd kupowalibyśmy na Allegro, zamawiali podwójną pepperoni w Domino’s. Tyle że przesyłkę po 20 minutach dostarczałby kurier, który nie chce ani złotówki napiwku.
  • Uziemienie

    Zejdźmy na ziemię. W Stanach Zjednoczonych trwa właśnie debata, która może wytyczyć kierunek komercyjnego wykorzystania dronów na wiele lat naprzód. Ujawniony przez Federalną Administrację Lotnictwa (FAA) szkic nowych regulacji podcina skrzydła entuzjastom tej technologii. Projekt zakłada m.in. zakaz wykonywania lotów małymi urządzeniami nad głowami ludzi. Co to oznacza w praktyce? Mrożoną pizzę z piekarnika, bo trasy musiałyby być wytyczane w terenie niezabudowanym. Dodatkowo loty miałyby odbywać się w ciągu dnia i w stałym polu widzenia certyfikowanego operatora.

    Nowe przepisy zagoszczą też w Polsce. Nic dziwnego – rynek rośnie w najlepsze, znajdując klientów wśród nowożeńców, filmowców-amatorów i miłośników sportów ekstremalnych. Ceny profesjonalnych urządzeń zaczynają się już od kilku tysięcy złotych, więc dostępność jest duża. W wywiadzie dla gazeta.pl Tomasz Szymanek (polskazdrona.pl) mówi wprost: Ludzie traktują drony jak zabawki, a one tylko tak wyglądają. Jest takie powiedzenie, że „każdy dron kiedyś spadnie”. Dziś do komercyjnej obsługi dronów wystarczy świadectwo kwalifikacji UAVO wydawane po państwowym egzaminie. Wariant docelowy zakłada obowiązkowe szkolenie teoretyczne i praktyczne. Coś jak kurs prawa jazdy, tyle że przy chęci uzyskania maksymalnych uprawnień nawet dziesięć razy droższy.

    Cienie szpiegowskiego potencjału

    W tym sensie drony padają ofiarą własnego sukcesu. Wydaje się, że ich rosnąca popularność będzie proporcjonalnie tonowana przez regulacje ustawodawców. Trudno się temu dziwić. Przypadek Louisa Van Gaala, trenera Manchesteru United wynajmującego firmę ochroniarską po tym, jak w pobliżu ośrodka treningowego zauważono drona, nie wykracza poza ramy sportowej anegdoty. Co innego, jeśli wyobrazimy sobie zakrojone na wielką skalę szpiegostwo gospodarcze. Postępująca miniaturyzacja urządzeń jest nie tylko zagrożeniem dla tajemnic korporacji i państw, ale także dla prywatności jednostek. Czy chcielibyśmy, aby „zabawki” wielkości kolibra zbierały nasze dane biometryczne? Raczej nie.

    Nie zapominajmy też, że drony oryginalnie są technologią wojskową. Być może cywilne ograniczenia będą sygnałem dla całej branży, że czas wrócić do macierzy. Dopiero tam możliwości rozwoju są nieograniczone. Badania nad technologią UAV prowadzi obecnie kilkadziesiąt światowych armii. Pentagon, który od lat dysponuje tysiącami zaawansowanych maszyn, planuje przeznaczyć potężne środki na stworzenie „much szpiegowskich” do 2030 roku. Tymczasem wykorzystuje drony do celów militarnych w Afganistanie, Pakistanie i punktach zapalnych na Bliskim Wschodzie. Budzi to uzasadniony sprzeciw światowej opinii (zdalne zabijanie ze stanowiska oddalonego o tysiące kilometrów, ofiary cywilne), ale i w tym przypadku cel, zwłaszcza naziemny, uświęca środki.

    Dzisiejszy świat może postawić albo na obarczony wielkimi ryzykami rozwój technologii, albo na bezpieczeństwo za cenę wielu straconych szans. Która ścieżka jest właściwa – nie bardzo wiadomo. Trudno zjeść pizzę i ją mieć. Można też zjeść za dużo i nabawić się niestrawności. Póki co statki opuściły port i czeka je jeszcze długi rejs.

    Autor: Mariusz Leśniowski