Data publikacji:

6 powodów, za które kochamy Rockstar Games i Naughty Dog

Okazując zasłużony szacunek.

Naughty Dog i Rockstar Games. Jeżeli zadać sobie pytanie – „jakie studio praktycznie nigdy nie zawodzi?” – na myśl od razu przychodzą obydwie te firmy. Kiedy na jakimś trailerze pojawia się logo tych deweloperów, czuć ciarki na plecach i w głowie panuje przekonanie, że „to będzie hit”. Kiedy na pudełku z grą widać te same grafiki, tak naprawdę nie trzeba się zastanawiać czy warto. Bo najpewniej warto.

Słodzę za bardzo? Cóż, być może. Jednak obydwie te marki bez wątpienia zasłużyły sobie swoją pracą na tego typu uznanie. W czasach, gdy co drugi twórca lub wydawca strzela sobie serię z pistoletu we własną stopę, warto docenić jeszcze takie studia, które ciężko pracują na uznanie.

Jaki jest jednak sekret „Niegrzecznych Psów” i „Gwiazd Rocka”? Warto by się nad tym pochylić. Tym bardziej, że zastanawiając się dłużej, jest w tej kwestii wiele wspólnych mianowników, łączących te obydwie amerykańskie firmy. I ja postaram się je wam przybliżyć. Oto sześć powodów, dzięki którym gry od Rockstar Games oraz Naughty Dog zwyczajnie rządzą.

ZATRUDNIANIE PORZĄDNYCH SCENARZYSTÓW

Gry dla pojedynczego gracza przechodzą do lamusa? Wątpię! Do takiego stanu rzeczy nie dojdzie, dopóki obydwa studia pełnią swoją wartę. W końcu to produkcje tych amerykańskich producentów oferują właściwie za każdym razem naprawdę ciekawą kampanię do solowej rozgrywki. I jest tak właśnie dlatego, że bardzo duży nacisk położony zostaje na warstwę fabularną.

  • Kup grę The Last of Us: Part II (PS4) na Ceneo.pl
  • Oczywiście, są w tym temacie różnice między Rockstar Games i Naughty Dog. Ci pierwsi opowiadają często historie, które w krzywym zwierciadle przedstawiają dawną lub obecną rzeczywistość, podczas gdy drudzy to typ gawędziarza, chcącego przedstawić odbiorcom ciekawą i wciągającą opowieść, niekoniecznie związaną z obowiązującymi realiami.

    To co jednak najważniejsze, to fakt że obydwie firmy osiągnęły mistrzostwo w wybranych przez siebie kategoriach. Jeżeli sięgnęliście po którekolwiek Grand Theft Auto, po dowolną odsłonę Uncharted albo dostaliście w swoje ręce The Last of Us, to mieliście gwarancję, że fabuła nie zawiedzie. Czy jest ktokolwiek kto się ze mną nie zgodzi i trafnie to uargumentuje? Nie sądzę.

    UMIEJĘTNOŚĆ TWORZENIA CIEKAWYCH POSTACI

    Jeżeli zapytałbym się was o ulubioną postać z uniwersum Grand Theft Auto, bylibyście w stanie szybko udzielić odpowiedzi, której byście nie żałowali? Myślę, że byłoby o to naprawdę trudno, gdyż do serii GTA zawitało naprawdę dużo fenomenalnie napisanych sylwetek i widać to praktycznie na każdym planie. Ba, ja miałbym nawet problem, aby wybrać ulubionego protagonistę. Niko? A może Franklin? Nie mogę zapomnieć też o Panie Vercettim… Cholera, no nie wiem!

    Trochę inaczej było w przypadku takich gier jak Red Dead Redemption, Max Payne 3 czy Bully, gdzie największy nacisk położono na postaci pierwszoplanowe, a reszta zdawała się być tłem. Chyba każdy zgodzi się ze mną jednak, że przypadku wymienionych produkcji był to strzał w dziesiątkę. Kreacje Johna Marstona, Jimmiego Hopkinsa czy podstarzałej wersji Maksa Payne’a to takie zapadające na długo w pamięć.

    A jak się ma sprawa po drugiej stronie barykady? Dokładnie tak samo! Mamy wyrazistych protagonistów. Mamy ich towarzyszy, wzbudzających sympatię u odbiorcy. Mamy antybohaterów, zaopatrzonych w żelazne charaktery. A jako, że Naughty Dog stawia trochę mocniej na liniowe prowadzenie fabuły, nie sposób nie wspomnieć, że nawet epizodyczne postaci coś wprowadzają i ani trochę nie pojawia się myśl o tym jak zbędna jest ich obecność.

    Warto pamiętać też, że Naughty Dog w nie gorszy sposób radzi sobie też z nieco większą abstrakcją przy pisaniu postaci. To przecież właśnie to studio wprowadziło na rynek jamraja pasiastego o imieniu Crash. To oni również stworzyli od podstaw abstrakcyjny duet Jaka oraz Daxtera. I te trzy postaci już zdążyły się zapisać w historii gier wideo.

    ROZSĄDNE PLANOWANIE CYKLU WYDAWNICZEGO

    Niektórzy twórcy są w stanie wydawać po kilka gier na przestrzeni jednego roku. Są też serie, takie jak Assassin’s Creed czy Call of Duty, które zamieniają się w tasiemce i otrzymują nowe odsłony co chwilę. Z dużo większym szacunkiem do swoich marek zdają się podchodzić dwaj bohaterowie tego tekstu.

  • Kup grę Grand Theft Auto V (XONE) na Ceneo.pl
  • Weźmy na tapetę takie Grand Theft Auto. Ostatnia, piąta odsłona, zadebiutowała jeszcze na poprzedniej generacji, w 2013 roku. Od tamtej pory wyszły wyłącznie porty tej produkcji na kolejne platformy, a następna część jeszcze nie została zapowiedziana. Czwórka zadebiutowała w 2008, czyli pięć lat przed swoim następcą, a w między czasie znalazł się jeszcze czas na Red Dead Redemption (dokładniej, w 2010). Podobnie było z San Andreas, które na kolejnego członka swojej serii czekało cztery lata. Rockstar poświęcał więc bardzo dużo czasu, aby każda kolejna odsłona stała pod znakiem prawdziwego rozwoju.

    Naughty Dog początkowo szło inną drogą, bo trzy części Crasha ukazywały się na przestrzeni trzech lat. Trylogia Jak i Daxter została skompletowana w latach 2001-2004. Dalej było już podobnie, jak w przypadku „Gwiazd Rocka”. Między premierami trzech pierwszych części Uncharted, za każdym razem były dwa lata przerwy. The Last of Us zadebiutowało dwa lata po Oszustwie Drake’a. Uncharted 4 natomiast trafiło na półki sklepowe trzy lata po zaprezentowaniu przygód Joela oraz Ellie.

    W obydwu przypadkach skutkuje to tym, że naprawdę czuć, iż każda kolejna produkcja ze stajni tych amerykańskich firm, to coś wyjątkowego. Czekamy więc stosunkowo długo, ale mamy gwarancje, że to co trafi na rynek, będzie warte naszej cierpliwości i pieniędzy.

    GRY NAPAKOWANE SENSOWNĄ ZAWARTOŚCIĄ

    Ile to już razy na rynku pojawiały się gry, które za pełną cenę oferowały mało zawartości albo sporo takiej, sprawiającej wrażenie absolutnie zbędnej. Znowu jednak, zarówno Rockstar, jak i Naughty Dog nie zdają się mieć z tym problemu. Dzieła amerykanów pozwalają się nasycić, bez poczucia zmęczenia tematu.

    Uncharted i The Last of Us to serie dosyć podobne do siebie. W obydwu przypadkach, mówimy o grach, które opowiadaną przez siebie historię prowadzą w sposób liniowy. Przy tym wszystkim jednak, oferują długą kampanię, prowadzoną w odpowiednim tempie i żonglującą mechanikami w taki sposób, aby żadna z nich się nie przejadła. Na deser dorzucany jest jeszcze tryb multiplayer, który ciężko nazwać główną atrakcją, ale będący odpowiednim uzupełnieniem i przyjemnym zapełniaczem pustki po ukończonym singlu.

    A teraz rzut okiem na Red Dead Redemption oraz Grand Theft Auto, czyli również serie reprezentujące ten sam gatunek. Przedstawiciele obydwu serii oferują przede wszystkim otwarty świat, w którym znaleźć można sporo pobocznych atrakcji, a także główną opowieść, do której jednak podchodzić możemy w wybranym przez siebie momencie. Rockstar w ostatnich latach w końcu decydował się też umieszczać sieciowe tryby rozgrywki, które być może jeszcze w GTA IV ciężko nazwać wciągającymi, ale zarówno w Red Dead Redemption oraz GTA V, były to elementy znacząco przedłużające żywotność obydwu produkcji. GTA Online zresztą po dziś dzień cieszy się OGROMNĄ popularnością.

    ZDROWE PODEJŚCIE DO TEMATU ROZSZERZEŃ

    Aktualnie żyjemy w czasach, gdzie wydawanie rozszerzeń do gier to najczęściej rozbój w biały dzień. Season Passy kosztujące tyle co sama gra, dodatki starczające na trzy godziny zabawy. Tutaj znowu na Białym Koniu wjeżdżają obydwa studia, o których traktuje ten tekst.

  • Kup grę Grand Theft Auto IV: Episodes from Liberty City (PC) na Ceneo.pl
  • Weźmy sobie na pierwszy ogień Rockstar Games. Kupując którekolwiek GTA albo pierwsze RDR towarzyszy nam uczucie, że zapłaciliśmy za pełny produkt. Tak naprawdę, pierwszą odsłoną traktującą o rozbojach złodziei samochodów otrzymującą jakiekolwiek DLC, była czwórka. Ale jakie to były dodatki… The Ballad of Gay Tony oraz The Lost and Damned mogłyby być samodzielnymi produkcjami. Zresztą daleko im do tego nie było, bo obydwa rozszerzenia były samodzielne (chociaż początkowo wymagały "podstawki") i oferowały ogromną ilość contentu. Analogiczna sytuacja miała miejsce przy Undead Nightmare, w przypadku Red Dead Redemption.

    Nie można oczywiście nie wspomnieć o tym, że w sieciowych trybach do wyżej wspomnianych gier były pomniejsze DLC. Różnica jest jednak taka, że w głównej mierze były to rzeczy kosmetyczne albo wprowadzające nowe aktywności, a reszta umieszczana była w grach jako darmowy update. Taki system jest obecny chociażby w gorącym wciąż GTA Online – większe rozszerzenia dostępne są bez opłat, podczas gdy prawdziwe pieniądze można przeznaczyć, przykładowo, na zakup wirtualnej waluty.

    A Naughty Dog? Wydało dwa samodzielne dodatki (The Last of Us: Left Behind oraz Uncharted: Zaginione Dziedzictwo), oferujące ciekawe historię i naprawdę sporo zawartości, za naprawdę rozsądną cenę. Było też kilka płatnych mini-rozszerzeń zawierających skróki oraz mapy… W ogólnym rozrachunku jednak, „Niegrzeczne Psy” nie poszły wraz z modnym teraz nurtem i raczej stronią od zabaw w przepustki sezonowe. I chwała im za to.

    OSTROŻNE STĄPANIE PO RYNKU GIER

    Co chyba najważniejsze, to fakt, że Rockstar Games i Naughty Dog nie szaleją na rynku gier. Nie zapowiadają co chwilę nowych produkcji. Nie zalewają mediów masą zbędnych wieści, dotyczących swoich pomysłów i planów. Zamiast tego w rozsądny i rozważny sposób zapowiadają swoje dzieła, w odpowiednim tempie podkręcając atmosferę przed ich premierą.

    Co więcej szlifują swoje marki i podchodzą do nich z należytą miłością. Można oczywiście zarzucać, że amerykanie zbyt rzadko podejmują ryzyko tworzenia nowych IP, ale czy to właśnie nie dzięki temu ich znane już marki są tak mocno cenione? Czy to nie dlatego takie serie jak Grand Theft Auto czy Uncharted, wyłamały się ze schematu i są w stanie z odsłony na odsłonę być coraz lepsze?

    Myślę, że to wszystko doprowadziło do tego, że tak mocno czekamy na premiery sequeli dla The Last of Us oraz Red Dead Redemption. Twórcy tych gier po prostu bardzo ciężko zapracowali sobie na swoją opinię i nic nie zwiastuje jakichkolwiek zmian na tej płaszczyźnie. Wszyscy możemy po prostu spać spokojnie i odliczać dni do premiery, bo prawdopodobieństwo tego, że coś może pójść nie tak, praktycznie nie istnieje. Cieszmy się więc tym, że wciąż istnieją tacy deweloperzy i trzymajmy kciuki, aby dalej trzymali klasę, bo tacy ludzie w tej branży to już gatunek praktycznie wymarły.

    Autor: Tomasz Mendyka