Recenzja Avengers: Wojna bez granic

0

Komiksowy event na wielką skalę.

Uwielbiam filmowe uniwersum Marvela. W przeciwieństwie do wydumanych Gwiezdnych Wojen, uważam, że jest to jeden z lepszych projektów, jaki kiedykolwiek miał miejsce w historii kina. Kompletnie nie przeszkadza mi to, że jaram się filmami z facetami w trykotach i walczącymi w kosmosie szopami. Każdy z filmów, nawet jeśli jest słabszy, i tak daje mi masę satysfakcji. Dlatego nie trudno zgadnąć, że na „Wojnę bez granic” czekałem z wywieszonym jęzorem. Bez zbędnej kokieterii, od razu napiszę wam, że otrzymałem dokładnie to, czego się spodziewałem. Jasne, parę rzeczy w filmie mi nie pasowało, niektóre decyzje bohaterów były głupie, a kilka motywów niewykorzystanych, ale to i tak nie miało większego znaczenia dla odbioru filmu. Z sali kinowej wyszedłem pełen pozytywnej energii i w tamtym momencie ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, żeby zastanawiać się nad wadami nowych Avengersów.

PRZECZYTAJ: TOP 10 FILMÓW MARVELA

Jest to jednak produkcja, którą będą w stanie docenić przede wszystkim widzowie, którzy mają obcykane wszystkie filmy z Marvel Cinematic Universe. O dziwo, nie chodzi mi o fabułę (ta jest prosta i odpowiednio wytłumaczona), tylko o przywiązanie do postaci występujących na ekranie. Przez te dziesięć lat, pomiędzy widzami a superbohaterami wykreowano tak dużą więź emocjonalną, że jest to właściwie samograj. Każda z ważniejszych postaci dostała odpowiednią ilość czasu antenowego, dzięki czemu miłośnicy konkretnych herosów powinni być usatysfakcjonowani. Aczkolwiek, Steve Rogers nie miał zbyt wielu kwestii do odegrania. Ale w sumie, kogo obchodziłby najnudniejszy z nudziarzy. Zamiast zbędnego ględzenia, solidnie prał po ryjach przeciwników, więc mi to pasuje.

Nie wiem jak bracia Russo byli w stanie to zrobić, ale faktycznie udało im się upchnąć do jednej produkcji tyle postaci. A przy tym wszystkim, całość ma ręce i nogi. Historia jest spójna, kompletnie nie chaotyczna – pomimo wielu wątków, łatwo było mi się w tym wszystkim połapać i ani przez moment nie czułem natłoku informacji lub zmęczenia zwrotami akcji. Twórcom filmu udało się także zgrabnie wymieszać sceny dramatyczne z tymi bardziej komediowymi. Łatwo było przy takiej skali produkcji popełnić błąd, psując poważny moment głupkowatą wstawką, ale producenci na szczęście wybrnęli z sytuacji obronną ręką. Dlatego na przemian czujemy wzruszenie, ekscytację i płaczemy ze śmiechu. Poziom niektórych żartów był momentami o wiele wyższy niż w niejednej współczesnej amerykańskiej komedii.

Staram się jak mogę, żeby uniknąć jakichkolwiek opisów fabuły, dlatego piszę trochę ogólnikowo. Chcę żebyście cieszyli się tym filmem tak jak ja i żebyście zbierali szczękę z podłogi po ostatniej scenie. Ten film nie jest oczywisty, bracia Russo umiejętnie bawią się konwencją kina superbohaterskiego, nadużywając niektórych schematów, tylko po to, żeby je za chwilę przełamać. Nowi Avengersi są więc odświeżeniem dla całego uniwersum, ponieważ dają całkowicie inne spojrzenie na komiksową historię, niż wszystkie dotychczasowe filmy z uniwersum. Poza tym, w końcu doczekaliśmy się prawdziwego antagonisty z krwi i kości. Thanos został na tyle dobrze rozpisany i zagrany przez Josha Brolina, że autentycznie w pewnym momencie zacząłem mu kibicować. W moim odczuciu, mieszkaniec planety Tytan miał więcej oleju w głowie niż grupka tytułowych herosów, a jego racje wcale nie były pozbawione sensu. Radykalne i brutalne, owszem. Ale czy głupie? Na to pytanie będzie musiał odpowiedzieć sobie każdy z widzów.

Mocno obawiałem się o końcową jakość „Avengers: Wojna bez granic”. Na szczęście, seans już za mną, w końcu mogę odetchnąć z ulgą i stwierdzić, że… uff, udało się. Miłośnicy kinowych adaptacji komiksów powinni być w pełni usatysfakcjonowani, gdyż tak dużej hollywoodzkiej produkcji jeszcze nigdy nie było i pewnie prędko nie będzie. Zazwyczaj tego nie robię, ale na film z pewnością pójdę jeszcze raz do kina, żeby teraz na spokojnie chłonąć każdą scenę oraz bardziej skupić się na dialogach, w których skrywają się wskazówki dotyczące przyszłych projektów Marvela. Cieszę się, że doczekałem takich czasów, w których superbohaterowie mogą pokazać swoją potęgę na wielkim ekranie, w mega widowiskowym, a przy tym niegłupim blockbusterze. Dwadzieścia lat temu, jako mały chłopiec czytający jeden z zeszytów The Amazing Spider-Man nie sądziłem, że kiedykolwiek będzie mi dane takie coś zobaczyć.

Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Zostaw komentarz