Hit czy kit? Trylogie growe przez pryzmat The Banner Saga 3

0

Wizja artystyczna czy skok na kasę? Jak myślicie?

Podzielenie historii na trzy lub więcej części to zabieg niezwykle popularny, nie tylko w przypadku książek czy filmów, ale także gier wideo. Zdania na temat tej formy są mocno podzielone, bo z jednej strony umożliwia ona opowiedzenie pełniejszej historii, ale z drugiej ciężko utrzymać jest rytm i poziom poszczególnych części. Przykłady można mnożyć w nieskończoność – Powrót Jedi nie sprostał Imperium Kontratakuje, a wiedźmińska saga zwalnia tempa mniej więcej w połowie. Rzadko zdarzają się perełki, takie jak Ojciec Chrzestny czy Władca Pierścieni, które trzymają w słodkim napięciu od początku do końca. Czas spędzony przy The Banner Saga 3 skłonił mnie do refleksji na temat tego, co w moim odczuciu decyduje o wielkim sukcesie lub sromotnej klęsce tytułu.

Kliknij w banner, aby przejść do recenzji gry Banner Saga 2

KRÓTKIE OPOWIADANIE CZY WIELOTOMOWA EPOPEJA?

Pomimo tego, że zdecydowanie więcej radości dają mi krótkie formy, nie stronię też od bardziej angażujących historii. Dziesiątki, a może i setki godzin spędziłem przy Baldur’s Gate, gdzie na przestrzeni dwóch gier i trzech dodatków (recenzja Baldur’s Gate: Siege of Dragonspear) śledziłem z wielkim zainteresowaniem losy słabej sieroty, która w końcu została bogiem. Cieszyło mnie zwłaszcza to, że mój bohater z gry na grę stawał się coraz potężniejszy, co w tej chwili zdarza się rzadko. Nie ma znaczenia czy weźmiemy na tapetę Dragon Age czy Wiedźmina – i tu, i tam bawimy się w „od zera do bohatera”. Mass Effect celowo przemilczałem, bo większym kozakiem od Sheparda być się nie da, więc twórcy musieli znaleźć inne wyjście z sytuacji. Wymienione wyżej tytuły w mniejszym lub większym stopniu kontynuują wątki poprzedniczek, ale brak wrażenia rosnącej potęgi, zwłaszcza w grze fabularnej, po prostu boli.

The Banner Saga 3 urzeka ręcznie rysowaną grafiką

Trylogia The Banner Saga na szczęście hołduje preferowanemu przeze mnie rozwiązaniu nieprzerwanego rozwoju. W „trójce” bohaterowie są już tak wielkimi wymiataczami, że podbijanie statystyk schodzi na drugi plan, a naszym celem staje się dotarcie do momentu, w którym heros lub heroina otrzyma przydomek. Przezwisko ma tę zaletę, że łatwiej zapamiętać je potomnym, a w The Banner Saga 3 dodatkowo wpływa na zdolności bojowe bohatera. Teraz nasi ludzie, varlowie i centaury sieją prawdziwe spustoszenie na polu bitwy – od zera do bohatera, od bohatera do boga zniszczenia!

JAK NIE WIADOMO O CO CHODZI…

Truizmem jest stwierdzenie, że przemożny wpływ na sukces gry ma wydawca i budżet. Wiadomo też, że jest to miecz obosieczny, który ściął głowę niejednej świetnej marce. Daleko nie musimy szukać – Dead Space został zarżnięty, bo z ciężkiego horroru, wydawca zrobił sieczkę dla każdego i dla nikogo. Elektronicy ucięli też łeb Dragon Age – „dwójka” została zrobiona na kolanie na fali sukcesu oryginału, a trójka, pomimo tego, że przez wiele serwisów okrzyknięta była grą roku, nie miała już w sobie tej magii, za którą pokochałem Origins. Więcej na ten temat przeczytacie w moim tekście – Quo vadis, BioWare?

The Banner Saga nie musiała borykać się z tym problemem, ponieważ od początku do końca trylogia tworzona była przez fanów i dla fanów. Dodatkowo pierwsza i trzecia część zostały sfinansowana z pieniędzy zebranych w platformie crowdfundingowej Kickstarter. Dzięki temu studio Stoic, mimo wyraźnie niższego budżetu niż wymienione wyżej hity, od początku do końca mogło być wierne artystycznej wizji twórców, a nie muszę chyba tłumaczyć, jak ważny jest to czynnik w przypadku trylogii. Malkontenci będą narzekali, że na dobrą sprawę mamy do czynienia z grą na sześćdziesiąt godzin, która została pocięta na trzy części. Z drugiej strony, jaka gra fabularna może pochwalić się tym, że każda minuta, ba… sekunda, tego czasu poświęcona jest opowiadanej historii, a nie spożytkowana na zbędne wypełniacze czasu, z których słyną dzisiejsze erpegi, a przynajmniej ich zdecydowana część? Wisienką na torcie są wybory, które mają realny wpływ na fabułę – od początku do końca!

TO COŚ, CZYLI CO?

Kluczem do sukcesu jest też oczywiście „to coś”, bez czego żaden hit nie byłby hitem. W przypadku gier fabularnych jest to kreacja świata i bohaterów. Niedoścignionym wzorem pozostaje dla mnie Planescape Torment – ciekawy świat, nietuzinkowi bohaterowie i doskonała ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Marka Morgana wbijają się w mózg głębiej niż ciężki topór i tkwią w czaszce znacznie mocniej, nawet dzisiaj, po prawie dwudziestu latach od premiery.

Każdy wybór ma znaczenie

Nie da się ukryć, że The Banner Saga to seria niszowa, która nie przebije się raczej do świadomości zbiorowej, ale trudno jej odmówić „tego czegoś”, za co amatorzy gier fabularnych pokochają ją od pierwszego wejrzenia. Na pierwszy plan wybija się przepiękna, ręcznie rysowana grafika, która na myśl przywodzi ilustracje z książek fantasy. Przekaz dodatkowo wzmacnia świetna ścieżka dźwiękowa gry. Przemawia do mnie też – i to już od pierwszej części – turowy system walki, w którym życie tożsame jest z siłą bohaterów, a co za tym idzie, zadawane obrażenia. Mocno taktyczny charakter rozgrywki skłania do myślenia, a to stanowi dla mnie największą siłę każdej gry wideo.

FINAŁ NA MEDAL

Przy The Banner Saga czułem się trochę, jak podczas lektury lub seansu Władcy Pierścieni. Trudno się dziwić, w końcu w obu trylogiach mamy wiele podobnych wątków, vide podróż pełna przygód i niebezpieczeństw, podzielona drużyna, której członkowie różnymi drogami dążą do wspólnego celu czy zdawać by się mogło beznadziejna walka z wielką ciemnością. Napięcie narastało stopniowo przez wszystkie trzy części, a historia znalazła w końcu swój wielki finał, który budził nie mniejsze emocje od finału Władcy Pierścieni. Równie ważna była wspomniana przeze mnie wyżej spójność wizji artystycznej czy prosty, ale satysfakcjonujący sposób prowadzenia rozgrywki. Jeżeli nie mieliście jeszcze okazji zagrać w The Banner Saga, to doskonały moment, aby nadrobić zaległości.

Grę do testów dostarczyła firma Stoic, za co serdecznie dziękujemy!

Dawid Sych

Od dziecka zapalony pecetowiec, a od niedawna konsolowy neofita. Kocha rozbudowane gry role-playing z masą statystyk i dziesiątkami okienek, najlepiej izometryczne i w klimacie science-fiction lub post-apo. Alergicznie reaguje na wszelkiej maści sandboksy oraz gry sportowe. Wielbiciel literatury klasycznej i amator dobrych seriali.

Zostaw komentarz