Red Faction Guerrilla, czyli jak stworzyć absolutnie zbędny ReMARSter

0

Na lekcję zaprasza THQ Nordic.

Na temat remasterów powiedziano już bardzo wiele. Że większość z nich to odgrzewane kotlety. Że rujnują obecną generację konsol. I pewnie jest w tym sporo racji. Nie zmienia to jednak faktu, że twórcy doskonale wiedzą, że gorące tytuły wydawane na kolejne platformy, wiążą się z opróżnianiem portfeli przez fanów danej gry lub tych, którzy wcześniej nie mieli okazji zagrać.

Sam muszę się przyznać do kupowania odświeżonych wersji starych gier. Mam chociażby Skyrima na PlayStation 4, który jest niczym więcej, niż tylko portem, ale z kompletem zawartości wydanej do tej produkcji oraz obsługą modów. Z chęcią zakupiłem Modern Warfare w nowym wydaniu, gdyż akurat w tym przypadku, gra została znacznie usprawniona i hula na zupełnie nowym silniku.

Teraz jednak w moje ręce trafił remaster, którego istnienie ciężko mi zrozumieć. Bo oto na rynku znajduje się już Red Faction Guerrilla: ReMARStered. Miałem więc okazję zagrać w to wydawnictwo i w mojej głowie rodzi się tak naprawdę tylko jedno pytanie. Czy naprawdę było to potrzebne?

KROK 1 – WEŹ STARĄ GRĘ, O KTÓREJ WIELU JUŻ ZAPOMNIAŁO

Cofnijmy się 9 lat wstecz. To właśnie wtedy zadebiutowało Red Faction Guerrilla. Jeżeli chodzi o odbiór krytyków, nie było tak źle. Tytuł ten zebrał sporo pozytywnych opinii i wśród recenzji dominowały raczej pochlebne słowa na jej temat. Ale czy była to naprawdę produkcja, która zawojowała rynek gier?

Odpowiedź brzmi – nie. Rok 2009 to czas, w którym największy rozgłos zdobyła druga część Uncharted, zresztą zdecydowanie zasłużenie. Wtedy też na rynku pojawił się drugi Modern Wafare, który jeszcze bardziej wpłynął na kult tej podserii Call of Duty. Był też jeszcze chociażby Batman: Arkham Asylum, będącym po dziś dzień jedną z najlepszych gier o komiksowych superbohaterach. Jeżeli chcecie więc szukać zdobywców nagród gry roku z tamtego okresu, to znajdziecie wśród nich właśnie te produkcje. Gra od THQ nie doczekała się nawet nominacji.

Jak na dzisiejsze standardy, wymiana ognia wypada naprawdę blado.

Trzecia odsłona Red Faction nie była oczywiście produkcją złą i nie na to staram się zwrócić uwagę. Po prostu, okazało się jedną z wielu porządnych gier wydanych w 2009 roku. Sam przechodziłem ją niedługo po premierze i mimo tego, że bawiłem się przy niej całkiem dobrze, tak nie wbiła się jakoś specjalnie w moją pamięć. Stąd też ogromnie zaskoczyła informacja, że THQ zdecydowało się w tym roku na przywrócenie trupa do świata żywych.

KROK 2 – WPROWADŹ DO NIEJ NIKŁĄ ILOŚĆ ZMIAN

I okej, być może powrót do tej produkcji mógłby wypaść ciekawie. Ale wcale tak nie jest. Dlaczego? Ponieważ THQ nie włożyło jakiegokolwiek wysiłku w to, aby poczuć od tego remastera cokolwiek świeżego. Trzeba sobie wręcz powiedzieć wprost – jest praktycznie tak jak było te 9 lat temu.

Nowego silnika nie ma, zaimplementowano tylko tekstury w wyższej rozdzielczości. Przeciwnicy są tak samo głupi, jak w oryginale. System jazdy i strzelania wydaje się już być w ogóle pomyłką. I to nie dlatego, że weszły w ich przypadku niezbyt udane modyfikacje, tylko obydwie mechaniki pozostały praktycznie bez zmian. A po takim czasie, powiedzieć „nie przetrwały próby czasu”, to tak jak nie powiedzieć nic. Brak tutaj też jakichkolwiek urozmaiceń, w stosunku do pierwotnej produkcji, przez co latanie po Marsie wyjątkowo szybko staje się zarówno nudne, jak i męczące. To samo zresztą tyczy się rozgrywki sieciowej, w której i tak próżno szukać tłumów innych żywych graczy.

Najczęstszy widok przy próbie wyszukania rozgrywki sieciowej.

Żeby być całkowicie uczciwym, muszę przyznać, że system zniszczeń zachował swoją atrakcyjność. Był imponujący już w okresie premiery i taki stan rzeczy utrzymał się do dziś. Jest to też chyba jeden z najprzyjemniejszych elementów rozgrywki, gdyż podniszczenie fundamentów ogromnej budowli i oglądanie jak efektownie zamienia się w ruinę potrafi dać dużą ilość satysfakcji. Powiedzmy sobie jednak szczerze – ile czasu można spędzić w ten sposób w świecie gry? Godzinę? Dwie? No właśnie.

KROK 3 – WYDAJ JĄ ZA POŁOWĘ CENY NOWEJ PRODUKCJI

W ogólnym rozrachunku wychodzi więc, że jest to ta sama gra, tylko w Full HD i 60 klatkach na sekundę. Taki stan rzeczy nie gwarantuje jej nic innego, jak porażkę na rynku gier, który i tak w ostatnim czasie stroni od prawdziwie wystrzałowych produkcji. Tym bardziej nie zrozumiała jest cena, którą trzeba za ReMARStera zapłacić.

Jest to niecała połowa kwoty, za którą dostać można świeżutką pozycję z półek sklepowych. W tym momencie za „nowe” Red Faction wyłożyć trzeba nieco ponad stówę. Więcej, niż 100 złotych. Za, dosłownie, odgrzany, stary kotlet o smaku podeszwy. Nie ma chyba innego remastera, który bardziej zasługiwałby na takie miano. Jest to totalna kpina i porażka. Nie potrafię inaczej tego nazwać.

Kierowanie Mechami to jedna z niewielu rzeczy, które po 9 latach potrafią sprawiać satysfakcję.

Naprawdę, za takie pieniądze można wejść w posiadanie znacznie lepszych sandboksów, które również nie są nowościami, ale biją Red Faction na głowę. Saints Row IV, obydwie części Watch Dogs, nawet Mafię 3, tak mocno krytykowaną, a jednak wciąż znacznie konkretniejszą. Dokładając kilka złotych można wręcz wejść w posiadanie rewelacyjnego Grand Theft Auto V. Każda z tych propozycji będzie o niebo lepszym spożytkowaniem pieniędzy, niż przeznaczenie go na ten twór.

WARTO? OCZYWIŚCIE, ŻE NIE

Red Faction Guerilla: ReMARStered jest więc idealnym przykładem próby wzbogacenia się przy minimalnym wkładzie wysiłku. Jedyną kartą przetargową odświeżonej wersji tej produkcji, jest system zniszczeń i nic więcej. Cała reszta nie jest godna uwagi i nie warta swojej sklepowej ceny. Można się zainteresować, gdy będzie do nabycia za jakieś 20-30 złotych. W innym przypadku absolutnie odradzam, bo najbardziej błyskotliwa w tym całym przedsięwzięciu jest gra słów zawarta w tytule.

Nie są to wizualne fajerwerki, prawda?

Tego typu remasterom trzeba powiedzieć zdecydowane ‘nie!’. W innym wypadku doczekamy się w końcu momentu, w którym rozmaite studia będą wypuszczać jedynie odświeżone wersje swoich starych gier. I to takie, w które nie będzie włożony żaden większy wysiłek. Tak, moja przygoda z ReMARSterem doprowadziła mnie do takich przemyśleń. Wymowne, co?

Nie kupujcie. Serio, nie warto. Za taką kwotę można znaleźć już coś znacznie ciekawszego i bardziej godnego uwagi. Albo schowajcie te pieniądze do portfela, aby przygotowywać go na nadejście hitów drugiej połowy tego roku. Zresztą, zróbcie z tą kasą cokolwiek chcecie. Nie zachęcajcie jednak twórców do takich procederów i po prostu nie kupujcie Red Faction Guerrilla: ReMARStered.

Grę do testów dostarczyła firma Cenega, za co serdecznie dziękujemy!

Gracz od 12 roku życia. Częściej z padem, rzadziej z myszką. Bliżej mu do niebieskiego, niż do zielonego. Zakochany w pudełkowych wersjach gier. Kolekcjoner steelbooków. W wolnych chwilach - kinoman.

Zostaw komentarz