Recenzja Yakuza 6: The Song of Life

0

Kazuma is back!

Europejska i amerykańska premiera najnowszej Yakuzy była dosyć niefortunna, ponieważ zbiegła się z wydaniem God of Wara, który, jak wiadomo, sprzedaje się niczym ciepłe bułeczki. Mam jednak nadzieję, że część graczy nie zrezygnuje z tego powodu z Kiryu Kazumy, ponieważ The Song of Life to godny reprezentant serii. Podejścia do gry nie powinny obawiać się również osoby nie mające nigdy wcześniej do czynienia z tym cyklem. Fabuła w dużej mierze to zamknięta całość, a wszystkie wątki z poprzednich epizodów zostały odpowiednio wyjaśnione za pomocą retrospekcji lub krótkich streszczeń dostępnych w menu głównym. Sam również nie jestem specjalistą od tej serii, a mimo to nie czułem się zagubiony naporem informacji. Co prawda, pewnie nie zauważyłem przy tym niektórych smaczków, ale i nie miało to wpływu na odbiór historii.

SKROMNIE, ALE Z PRZYTUPEM

Główny bohater po trzyletniej odsiadce z więzienia, zostaje ponownie wplątany w niemałą aferkę, w której ścierają się siły tytułowej yakuzy, chińskiej triady i koreańskiej mafii. Mimo to, odniosłem wrażenie, że opowieść jest dosyć mocno intymna, ponieważ dotyczy w dużej mierze relacji rodzicielskich, a nie wielkich interesów, czy walki o kawałek ziemi jak to miało chociażby miejsce w Yakuza 0. Nie sposób porównać tej sytuacji do najnowszych losów Kratosa – obie historie są skromniejsze niż w poprzednich częściach, ale nie brakuje im przy tym pazura i widowiskowości. Tym razem Kiryu musi zaopiekować się rocznym chłopcem Haruto, synem Haruki, młodej dziewczyny, którą wziął pod swoje skrzydła lata temu. Nastolatka została potrącona przez samochód, pozostawiając za sobą masę pytań. Czy był to tylko wypadek? Kto jest ojcem dziecka? I jaki do licha sekret skrywa miejscowość Onomichi znajdujące się w prefekturze Hiroszimy? Odpowiedzi na te pytania poznajemy w ciągu dwunastu rozdziałów, których ukończenie zajmuje mniej więcej dwadzieścia godzin.

Onomichi to spokojna mieścina, pozbawiona neonów i wielkich tłumów, którymi jesteśmy zalewani w Kamurocho
Onomichi to spokojna mieścina, pozbawiona neonów i wielkich tłumów, którymi jesteśmy zalewani w Kamurocho

To oczywiście tylko czubek góry lodowej, ponieważ SEGA ponownie zadbała o to, żebyśmy mogli spędzić czas na setkach dodatkowych aktywności. Samych misji pobocznych jest ponad pięćdziesiąt, a każda z nich oferuje unikatową, zazwyczaj zabawną, mini historyjkę. Ponadto możemy wstąpić do salonu gier, żeby pograć w takie tytuły jak kultowy Out Run, Phantasy Zero czy Space Harrier, wziąć udział w meczach baseballa, poflirtować z dziewczynami na seks-czacie lub zwiększyć masę mięśniową na siłowni. To oczywiście tylko część przykładów, zaledwie wycinek tego, co znajdziemy w Yakuza 6. Dosyć ważnym elementem są również wojny klanów, będące całkowitą nowością w serii. Polegają one na tym, że w trakcie rozgrywki zbieramy kolejnych członków ekipy i toczymy uliczne boje z grupą zwaną Justis. Przez pierwsze potyczki nawet mi się to podobało, ale dosyć szybko zacząłem odczuwać znużenie, ostatecznie kompletnie porzucając swój gang. Wojenki są zbyt mało zróżnicowane i niesamowicie powtarzalne, dlatego nie warto tracić na nie czasu. No chyba, że zależy nam na wielkiej kasie, a tej można się w ten sposób dorobić.

KROK WSTECZ

Nie spodobało mi się też to, co SEGA zrobiła z systemem walki, który jest krokiem wstecz względem świetnej Yakuzy 0 (recenzja) oraz Kiwami. Twórcy zrezygnowali z różnych stylów, noszenia przy sobie broni i paru innych ciekawych mechanik. Zamiast tego, otrzymaliśmy stosunkowo proste pojedynki, w których cały czas wykonujemy te same czynności. Niby jest tu sporo efekciarskich finiszerów, ale to i tak za mało, żeby ze starć czerpać tak duą przyjemność, jak w poprzednich odsłonach, które wcześniej wymieniłem. Plusem jest natomiast to, że zdecydowanie poszerzono pole walki, rezygnując całkowicie z jakichkolwiek barier. Oznacza to, że po spotkaniu oponentów nie jesteśmy zmuszeni do szarpania się w wyznaczonym polu – zamiast tego, możemy np. przenieść akcję do lokalnego baru, żeby skorzystać z tamtejszych krzesełek. Możliwość interakcji z otoczeniem jest niesamowita, praktycznie wszystkie mniejsze elementy można wziąć do ręki i wykorzystać do zmasakrowania twarzy przeciwników.

Jest klimacik!
Jest klimacik!

Yakuza 6: The Song of Life pomimo kilku nietrafionych decyzji, nadal jest świetną propozycją do zagrania. Drugiej takiej serii raczej nie znajdziecie – wieloletni cykl SEGI jest kwintesencją tego, co dobre w japońskich grach. Tytuł nie tylko zapewnia świetną rozgrywkę, wciągającą historię, to na dodatek jest prawdziwą wizytówką krajów azjatyckich, przybliżając nam ich kulturę o wiele lepiej niż nudne broszury lub poradniki. Osobiście, bardziej cenię sobie Yakuzę 0, ale i przy najnowszym epizodzie bawiłem się doskonale. Powrót do Kamurocho zapewnił mi takie emocje, jakich się spodziewałem. Momentami śmiałem się do rozpuku, żeby za chwilę wycierać łzę z oka. Świetnie wyreżyserowane przerywniki filmowe po raz kolejny udowadniają, że nikt nie potrafi tak bardzo lawirować emocjami jak Japończycy, i właśnie za to cenię sobie tę serię oraz jej szóstą odsłonę.

OCENA KOŃCOWA: 83/100

PLUSY:
+ wciągająca historia
+ masa zadań pobocznych
+ klimat Kamurocho i Onomichi
+ interakcja z otoczeniem
+ długi czas rozgrywki
MINUSY:
 ograniczenia systemu walki
 nudne wojny klanów
 silnik graficzny do wymiany

Grę do testów dostarczyła firma Cenga, za co serdecznie dziękujemy!

Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Zostaw komentarz