Marsjanie atakują. Recenzja Call of Duty: Infinite Warfare

1

Idealny przykład zmarnowanego potencjału.

Przeniesienie serii w kosmiczne klimaty zostało uznane przez graczy na całym świecie (oczywiście generalizuję) za czyn karygodny, z automatu skreślający najnowszą odsłonę Call of Duty. Świadczyć mogą o tym chociażby negatywne komentarze w Internecie, mizerna ocena użytkowników serwisu Metacritic oraz masa „łapek w dół” dla jednego ze zwiastunów, przez co stał się on drugim najbardziej znienawidzonym materiałem w serwisie YouTube. Osobiście uważam, że dzięki tego typu zabiegom seria próbuje iść do przodu i cały czas stara się rozwijać. Niestety, tak to wygląda tylko w teorii, ponieważ studiu Infinity Ward bliżej do pracownika taśmy produkcyjnej, aniżeli wytrawnego rzemieślnika wykonującego swoje dzieła z pasją i zaangażowaniem.

KOSMICZNE KLUCHY

Infinite Warfare oferuje całkowicie nowe uniwersum, w którym Ziemianom nie wystarczyły zasoby ich planety, dlatego postanowili skolonizować inne ciała niebieskie. W tym celu powstał sojusz United Nations Space Alliance, kontrolujący ekspansję kosmosu. Tymczasem ludzie zamieszkujący Marsa zakładają organizację Settlement Defense Front nie podzielającą polityki UNSA. Wszystko układa się całkiem dobrze, aż do ataku terrorystycznego mieszkańców czerwonej planety, co oczywiście prowadzi do międzygalaktycznej wojny. Do ogólnego zarysu fabularnego wprowadza nas krótkie intro, na podstawie którego jasno możemy określić, kto należy do „dobrych”, a kto do „złych”. Nie ma tu miejsca na jakiekolwiek głębsze przemyślenia, skomplikowaną politykę czy dokładniejsze wyjaśnienie konfliktu.

W trybie fabularnym użytkownik odgrywa postać kapitana Reyesa, profesjonalnie zdubbingowanego przez Marcina Dorocińskiego. Protagonista to dumny i waleczny żołnierz, wygłaszający przy każdej możliwej okazji patetyczne frazy oraz postępujący wbrew jakiejkolwiek logice. Rozumiem, że dzięki temu próbowano budować dramatyzm niektórych scen, ale ostatecznie wyszło niezbyt przekonująco. Praktycznie żadna z przedstawionych w grze postaci nie wzbudzała sympatii, a ich los był mi całkowicie obojętny. Plus natomiast należy zaliczyć za wykreowanie Ethana, inteligentnego bota walczącego ramię w ramię z głównym bohaterem. Jego wypowiedzi zawierały sporą dawkę humoru, ale również przemyśleń na temat człowieczeństwa, co doskonale wpisywało się w charakter Infinite Warfare. Zawiódł czarny charakter tytułu, czyli przywódca SDF. Jego występowanie na ekranie oznaczało nużące wypowiedzi, pełne banałów i nachalnej złości. W przedstawieniu postaci nie pomogło obsadzenie w jego roli Kita Haringtona (Jon Snow z „Gry o tron”), który w mojej opinii jest niezwykle drewnianym aktorem.

SYMULATOR CHODZENIA PO KORYTARZACH

Prowadzenie kosmicznej wojny miało ogromny potencjał, ale Infinity Ward kompletnie nie wykorzystało swojej szansy. Do gry wprowadzono trochę nowości, ale ostatecznie całość nie wzbudzała większych emocji. Tym razem nie przechodziliśmy z misji do misji, gdzie cele naszych zadań były tłumaczone podczas przerywników filmowych. Na wzór Mass Effecta, decyzje o kolejnych celach (dostępne są nieobowiązkowe misje poboczne) ustalaliśmy przy mostku statku kosmicznego, co prowadziło do znacznego spowolnienia rozgrywki. Uwielbiałem serię Call of Duty za jej filmowość oraz dynamikę. Tego niestety w Infinite Warfare zabrakło, choć teoretycznie na ekranie działo się całkiem sporo. Zbyt dużo jednak wprowadzono wstawek fabularnych, które i tak nic nie wnosiły do historii, a zabierały cenny czas.

Od gracza zależy, w jakiej kolejności chce zaliczać misje.
Od gracza zależy, w jakiej kolejności chce zaliczać misje.

Zdecydowanie największym novum było latanie małym pojazdem kosmicznych, wyposażonym w potężne działa i karabiny plazmowe. Początkowe misje polegające na walkach w przestworzach dawały dużo frajdy, ale producent zapomniał o umiarze. Po pewnym czasie praktycznie każde zadanie albo zaczynało się od sekwencji kosmicznej, albo na niej kończyło, co szybko doprowadziło do uczucia przesytu. Starcia powietrzne nie należą do zbytnio skomplikowanych, a jedynym ich atutem są ciekawie zaprojektowane lokacje. Gdyby wykorzystano ten motyw maksymalnie dwa/trzy razy w ciągu gry, to prawdopodobnie piałbym z zachwytu, a tak, czułem jakbym wpadł do fabryki czekolady i został zmuszony do zjedzenia całej jej zawartości.

HAK ZAWSZE W MODZIE

Świetną robotę robiły natomiast misje, w których kierowaliśmy Reyesem przy zerowej grawitacji. Postać lata bezwiednie, a gracz ma jedynie delikatny wpływ na jej poruszanie. Do szybkiego przemieszczania służy hak z liną, pozwalający na szybkie dolatywanie do innych obiektów. Z narzędzia możemy korzystać także podczas walk z przeciwnikami, co wygląda niezwykle efektownie. Podobało mi się również dodanie urządzenia pozwalającego na hakowanie robotów wroga. Obserwowaliśmy wtedy akcję z „oczu” maszyny, co umożliwiało nam zaatakowanie żołnierzy od tyłu i wprowadzenia w ich szeregach sporego zamętu.

Starcia powietrzne bywają spektakularne, ale są zbyt powtarzalne.
Starcia powietrzne bywają spektakularne, ale są zbyt powtarzalne.

Wielka szkoda, że producent postanowił przenieść grę w przyszłość. Nie dlatego, że to zły pomysł, ale z powodu kompletnego nie zrozumienia poruszanej tematyki. Paradoksalnie, najciekawiej zaprojektowane misje i poziomy rozgrywane były w Genewie na Ziemi, co doskonale pokazuje w czym Infinity Ward czuje się najlepiej. Kosmicznym eskapadom brakowało „tego czegoś”, co w jakiś sposób mogłoby mnie zaangażować. Gdyby tylko fabuła została lepiej przedstawiona, to pewnie inaczej podchodziłbym do całości. Ostatecznie otrzymaliśmy grupkę irytujących wojaków, podróżujących po nudnych, kosmicznych lokacjach i walczących z wrogimi jednostkami, cały czas w ten sam oskryptowany sposób. Warto jednak wyróżnić tutaj misję, w której badaliśmy bazę opanowaną przez zbuntowane maszyny. Ten przykład udowadnia, że Infinity Ward stać na coś więcej, trzeba tylko spróbować.

NAWET SONIC NIE NADĄŻA

W serii Call of Duty, gdy zawodziła kampania fabularna, z pomocą przychodził tryb wieloosobowy. W tym przypadku nie wiem, czy sieciowe rozgrywki prezentują wyższy poziom od perypetii kapitana Reyesa. Twórcy gry w tym przypadku nie pokusili się o wprowadzenie większych zmian, a zamiast tego wymieszali motywy z poprzednich odsłon. Muszę przyznać, że tak jak dawniej regularnie grywałem chociażby w Modern Warfare 2, tak tym razem multiplayer w ogóle nie przypadł mi do gustu. Starcia są zbyt dynamiczne, przez co na ekranie zamiast rozsądnej (żeby nie mówić taktycznej) wymiany ognia, występuje chaotyczne prucie z karabinów na ślepo. Mapy w większości albo są nudne, albo pochodzą z innych części cyklu.

Każda aktywność w trybie wieloosobowym jest nagradzana punktami, dzięki którym odblokujemy nowe umiejętności, gadżety oraz bronie.
Każda aktywność w trybie wieloosobowym jest nagradzana punktami, dzięki którym odblokujemy nowe umiejętności, gadżety oraz bronie.

Dosyć interesującym patentem jest wykorzystanie w rozgrywkach internetowych specjalnych kombinezonów bojowych. Te dobieramy w zależności od naszego stylu gry i preferencji dotyczących uzbrojenia. Jeśli interesuje nas szybki atak, powinniśmy wybrać strój szturmowca. Gdy natomiast preferujemy bardziej pokaźny arsenał, wtedy naturalnym wyborem wydaje się być Najemnik oraz jego Stalowy Smok (potężna broń strzelająca wiązką energii). Na początku mamy dostępne wyłącznie trzy kombinezony – dwa wymienione wcześniej oraz Synaptyczny. Wraz z postępami, otrzymujemy dostęp do Nadświetlnego, Agresora i Ducha.

POZYTYWNY AKCENT

W tegorocznej edycji Call of Duty pozytywnie zaskoczył mnie tryb Zombies. Tym razem twórcy zrezygnowali z kreowania strasznego horroru z Nazistami w roli głównej, a zamiast tego stworzyli groteskową historyjkę osadzoną w latach 80-tych ubiegłego wieku. Gdy przystąpimy do rozgrywki, co chwilę jesteśmy zalewani klimatem tamtych czasów, począwszy od muzyki, poprzez projekty postaci, a na lokacjach kończąc. W Zombies występuje sporo humoru, zaprezentowanego poprzez zabawne wypowiedzi bohaterów oraz najróżniejsze easter eggi. Autentycznie uwielbiam, gdy kierowany przeze mnie nerd, zamiast ciachać truposzy nożem, wymierza im solidnego „liścia”.

Zombies - zdecydowanie najciekawszy element Infinite Warfare.
Zombies – zdecydowanie najciekawszy element Infinite Warfare.

Call of Duty: Infinite Warfare sprawił mi ogromny zawód. Liczyłem, że postawienie na strzelankę science-fiction okaże się być ostatecznie dobrym pomysłem, ale niestety przeceniłem umiejętności producenta. Seria coraz bardziej idzie na dno i nie jest to spowodowane czasami, w jakich rozgrywane są poszczególne odsłony. Niska ocena najnowszego dzieła Infinity Ward wynika tylko i wyłącznie z jakości gry, która pozostawia wiele do życzenia. Produkcja Infinity Ward nie ma w sobie ani grama oryginalności – jest to zlepek pomysłów z Gwiezdnych Wojen, serii Killzone oraz Titanfall. Na szczęście tytuł posiada dosyć ładną (ale nierówną) oprawę wizualną, co powinno umilić nudne walki z niezbyt inteligentnym przeciwnikiem.

Do edycji specjalnych Infinite Warfare (Legacy Edition, Deluxe Edition i Legacy Pro Edition) dołączana jest gra Call of Duty: Modern Warfare Remastered. Na tę chwilę produkcję można nabyć wyłącznie w ten sposób i nie wiadomo czy kiedykolwiek sytuacja ulegnie zmianie. Recenzja odświeżonego tytułu już niebawem dostępna będzie na Ekspert Ceneo.

Grę do testów dostarczyła firma Activision, za co serdecznie dziękujemy!

 

Werdykt

  • Fabuła i klimat
    3
  • Grafika
    8
  • Udźwiękowienie
    8
  • Dopracowanie
    5
  • Grywalnośc
    5
Podsumowanie

Miałem nadzieję, że Call of Duty: Infinite Warfare udowodni graczom, że Infinity Ward trzyma rękę na pulsie i kontroluje sytuację. Niestety, klimat science fiction to kompletnie nie ich bajka, przez co zmarnowano potencjał na naprawdę dobrą grę.

58%
58
Średnia
Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Dyskusja1 komentarz

Zostaw komentarz