[FELIETON] Mikrotransakcje to rak gier wideo czy ich zbawiciel?

0

Płać, albo wypad.

Początkowo, gdy myślałem o tym tekście, planowałem napisać obszerny artykuł, w którym dzieliłbym się z wami rozbudowanymi danymi sprzedażowymi, licznymi tabelkami lub cytatami prezesów wielkich firm. Zbierając jednak materiały, czytałem jednocześnie komentarze graczy, które w tej sprawie są dla mnie najważniejsze. Zwykłych ludzi, którzy chcą po prostu pograć w najnowsze tytuły kompletnie nie obchodzą statystyki – dla nich najważniejsza jest przyjemność z rozgrywki i to, czy aby wydawca nie robi im czegoś w okolicach dolnej części pleców bez ich zgody. Sam też jestem zapalonym graczem i nie podoba mi się to, co w ostatnim czasie dzieje się w ukochanej przeze mnie branży. Dlatego zamiast naukowego wywodu, postawiłem na luźny felieton, pisany emocjami, a nie danymi z Excela.

W ostatnich dniach mikrotransakcje dołączyły również do Call of Duty: WWII
W ostatnich dniach mikrotransakcje dołączyły również do Call of Duty: WWII

Może w tym miejscu mnie zlinczujecie, ale tak naprawdę nie mam nic przeciwko mikrotransakcjom. Twórcy gier to firmy jak każde inne, chcące zarobić jak najwięcej na swojej robocie. Utrzymanie dużego zespołu, zapewnienie im wysokich standardów w miejscu pracy, pokrycie innych kosztów produkcji lub reklamy – to wszystko wymaga kolosalnych zasobów. Wymagania pracowników z każdym rokiem coraz bardziej wzrastają, ceny billboardów czy spotów telewizyjnych drożeją, trzeba więc znaleźć na to wszystko pieniądze. Nie chcę stawiać się w roli adwokata diabła, ale rzeczy, które piszę są oczywistością. Mimo wszystko, biznes można prowadzić na optymalnym poziomie zachowując resztki godności lub być skur******, wspinającym się na szczyt sukcesu po drabince zrobionej z innych ludzi. Może zabrzmiało to trochę zbyt dramatycznie, ale tak widzę obecnie niektórych wydawców tworzących gry.

NA CZYMŚ TRZEBA ZARABIAĆ

Wróćmy jednak do tych nieszczęsnych mikrotransakcji – tak jak mówiłem, nic przeciwko nim nie mam, gdy są zrobione z głową. Weźmy na to popularne gry free to play, jak chociażby World of Tanks. W tym przypadku produkcje możemy pobrać całkowicie za darmo i nawet bez wydawania złotówki czerpać jakąś tam frajdę z zabawy. Baza ludzi cisnących regularnie w WoT jest naprawdę duża, a przecież w jakiś sposób trzeba utrzymać serwery, plus przygotować kasę na wszystkie elementy, które wymieniłem wcześniej. Z pomocą przychodzą mikrotransakcje, które są najważniejszym źródłem dochodów gry Wargamingu – oczywiście nie jedynym, ale tych kosztów nie pokrywają gracze, tylko sponsorzy, partnerzy biznesowi, itp. W takich sytuacjach jestem wręcz zwolennikiem mikrotransakcji, ponieważ wykupując wirtualną walutę, pokazujemy twórcom, że cenimy sobie ich tytuł i doceniamy ciężką pracę. Jak widać, takie podejście bywa opłacalne, ponieważ od wielu lat otrzymujemy regularne aktualizacje, znacząco usprawniające grę. Gdyby to była zwykła darmówka, bez możliwości opłacania twórców, o World of Tanks zapomnielibyśmy już dawno.

Skrzynki ze złotem w World of Tanks
Skrzynki ze złotem w World of Tanks

Jest jeszcze drugi rodzaj mikrotransakcji, który jestem w stanie względnie zaakceptować. Chodzi o płatne bonusy mające wyłącznie wpływ na kosmetykę w grach AAA, czyli wysokobudżetowych tytułach, za które musimy zapłacić sporo kasy. Dobrze, tutaj sprawa leży wyłącznie w graczach, ponieważ to on decyduje, czy chce wydać pieniądze na nowy strój dla swojego bohatera czy skórkę do karabinu. System ten był wykorzystywany chociażby w Uncharted 4, gdzie był kompletnie opcjonalny. Ja świetnie bawiłem się strojąc swoje postacie w rzeczy, które wypadły mi za darmo ze skrzynek, natomiast inni gracze wyróżniali się z tłumu ciuszkami, na które wydali wirtualną walutę, kupioną wcześniej za realne pieniądze. I nic do tego nie mam, każdy wydaje kasę na to co chce. Wszakże po to właśnie pracujemy. Naughty Dog z pewnością zarobiło na tym krocie, ale przy tym nie zraziło do siebie graczy, ponieważ cały czas zachowywało się fair play w stosunku do swoich fanów.

PRZYKŁAD, JAK TEGO NIE ROBIĆ

Co innego można niestety powiedzieć o firmie Electronic Arts, którą przez lata starałem się bronić, ponieważ (bez względu na politykę) zawsze dostarczała świetne tytuły. Pech chciał, że w ostatnim czasie do sprzedaży trafił Need for Speed: Payback oraz Star Wars: Battlefront II, które przelały czarę goryczy – zarówno moją, jak i wielu graczy z całego świata. Sytuacja była już tak zaogniona, że Elektronicy w końcu wycofali mikrotransakcje z najnowszej gry bazującej na marce Gwiezdnych Wojen. Te z pewnością za jakiś czas powrócą, ale już w zmienionej formie. Jakiej? Tego jeszcze nie wiadomo. Mikrotransakcje w grach EA to jedyny przykład tego procederu, który wręcz mnie obrzydza, ponieważ niszczy całą ideę grania.

Komunikat DICE w sprawie tymczasowego wyłączenie mikrotransakcji w SW: Battlefront II
Komunikat DICE w sprawie tymczasowego wyłączenie mikrotransakcji w SW: Battlefront II

Bo co innego można powiedzieć o mikrotransakcjach w wysokobudżetowych produkcjach kosztujących ponad 250 zł, w których żeby być lepszym od innych wystarczy wyłożyć „trochę siana”. Gracze szybko obliczyli, że do odblokowania pełnej zawartości gry potrzeba raptem czterech i pół tysiąca godzin. Proces ten można przyspieszyć, dopłacając zaledwie siedem i pół tysiąca złotych. Obie liczby to prawdziwy kosmos, pokazujący jak bardzo Electronic Arts ma w du*** dobrą zabawę swoich fanów. Jeszcze gorzej według mnie wygląda sytuacja w najnowszym Need for Speedzie, który działa na zasadzie pay to win w trybie dla pojedynczego gracza. Oczywiście, grę można przejść nie dopłacając żadnych pieniędzy, ale wiąże się to z irytującym i monotonnym grindowaniem wcześniej zaliczonych misji, co skutecznie psuje frajdę z zabawy. Byłoby to jeszcze do zniesienia, gdyby nie jawne oszukiwanie przez grę, poprzez teleportację samochodów przeciwników lub ich gwałtowne przyspieszanie wykraczające poza możliwości pojazdu. Na szczęście, studio Ghost Games w ostatniej aktualizacji znacząco przyspieszyło zdobywanie doświadczenia, dzięki czemu gra jest o wiele bardziej grywalna.

MASZYNKA DO ROBIENIA PIENIĘDZY

Mikrotransakcje na dobre weszły do branży gier i już nie ma z tego odwrotu. Wydawcy zarabiają na tym zbyt dużo pieniędzy, dlatego nie ma siły, żeby zrezygnowali z regularnego przypływu gotówki. To chociażby z tego powodu nie powstał fabularny dodatek do Gran Theft Auto V, ponieważ Rockstarowi kompletnie się to nie opłacało. Zamiast tego, zainwestowano czas i pieniądze w GTA Online, który dosyć pokaźnie zapełnił sakwę twórców gry. Najważniejsze jest to, żeby w całej tej sytuacji odnaleźli się gracze i zrozumieli pewne mechanizmy.

Śródziemie: Cień Wojny również zasłynęło nadmiernym grindowaniem lub kupowaniem skrzynek z orkami.
Śródziemie: Cień Wojny również zasłynęło nadmiernym grindowaniem lub kupowaniem skrzynek z orkami.

Mikrotransakcje jako takie nie są diabłem wcielonym, ponieważ – wbrew pozorom – pozwalają na rozwój branży i utrzymanie przy życiu całej masy producentów. Należy natomiast piętnować zachowania takich firm jak Electronic Arts, którzy we wcześniej płatnych tytułach wymuszają na nas ponoszenie dodatkowych kosztów, bo inaczej nie będziemy mieli szans na ukończenie gry lub poradzenie sobie z innymi graczami w rozgrywkach multiplayer. Na szczęście istnieje jeszcze jakaś sprawiedliwość, o czym przekonało się EA odnotowując miliardowe straty. Czy firma wyciągnie wnioski i zrezygnuje z najgorszego wariantu wyłudzania kasy od graczy? Oby tak było.

 
Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Zostaw komentarz