Czy chcemy więcej izometrycznych cRPG?

0

Pathfinder: Kingmaker jest odpowiedzią na to pytanie.

Moja przygoda z komputerowymi grami role-playing rozpoczęła się w 1999 roku, kiedy CD Projekt wydał na polskim rynku Baldur’s Gate (recenzja Baldur’s Gate Siege of Dragonspear). Wkrótce sięgnąłem też po Icewind Dale i Planescape Torment (recenzja Planescape Torment Enhanced Edition).  Niestety, początek nowego tysiąclecia był czasem, kiedy to nieuchronnie zbliżał się zmierzch izometrycznych cRPG, które ustępowały pola coraz piękniejszym grom 3D. Kilka lat temu moda na izometryczne erpegi wróciła; Pillars of Etertnity I i II (zobacz recenzję)Tyranny (zobacz recenzję), Torment: Tides of Numenera (zobacz recenzję) czy Divinity: Original Sin II (zobacz recenzję) to tylko kilka najgłośniejszych tytułów. Teraz do tego grona dołączył Pathfinder: Kingmaker. Zatrzęsienie izometrycznych cRPG skłania do zadania sobie pytania: czy chcemy ich więcej? Debiutanckie dzieło Owlcat Games daje jasną odpowiedź na to pytanie.

NICZYM KSIĄŻKA

Wspomniane wyżej zachłyśnięcie się grafiką 3D na początku XX wieku wynikało z faktu, że dostarczała ona lepszych doznań i umożliwiała większą od rzutu izometrycznego immersję. Teraz, prawie dwie dekady później, producenci układów graficznych są u progu przełomu, który wyposaży twórców gier wideo w narzędzia niezbędne do kreowania hiperrealistycznych światów. Żadna karta graficzna nigdy nie będzie jednak lepsza od naszej wyobraźni, a to właśnie ona gra w izometrycznych cRPG pierwsze skrzypce i to dzięki niej przygody przeżywane w Baldur’s Gate, Falloucie czy Arcanum zapadały w pamięć.

W końcu gra, w której mogę być leworęczny!

Głównym filarem tych tytułów była warstwa tekstowa – dialogi i opisy. Dzięki nim czuliśmy gryzący zapach fajkowego dymu i gorzki smak piwa wychylanego z kufla w przydrożnej karczmie przy wtórze dźwięków wydobywanych z lutni przez lekko podpitego barda. Kiedy widzę dialogi w większości współczesnych komputerowych gier role-playing, zalewa mnie krew. Zadaję sobie też pytanie: co poszło nie tak? Niestety, odpowiedź nie ma zbyt optymistycznego wydźwięku, bo okazuje się, że… wszystko. Dopiero tytuły, takie jak Divinity: Original Sin czy Pillars of Eternity czy właśnie Pathfinder: Kingmaker, przypomniały nam o starej szkole i tym, co straciliśmy w pogoni za hiperrealistyczną grafiką. Zdarzają się oczywiście produkcje przegadane i przepakowane – często zbędnym – tekstem, vide Torment: Tides of Numenera, ale i tak lepsze to od wypowiedzi, które składały się z pięciu słów i przyozdobione były emotkami, żeby głupi gracz przypadkiem nie wybrał tej „błędnej”. Wiecie o kim mowa?

TAKTYKA KLUCZEM DO ZWYCIĘSTWA

Kiedy stawiałem swoje pierwsze kroki w komputerowych grach role-playing, znajdowałem się pod silnym wpływem strategii czasu rzeczywistego studiów Blizzard i Westwood. Erpegi przekonały mnie do siebie tym, że rozgrywka toczy się na mniejszą skalę, a do tego jej taktyczny wymiar jest znacznie głębszy. Nie mówię, że tytuły, takie jak Wiedźmin czy Dark Souls nie wymagają strategicznego myślenia, ale nijak się to ma do dziesiątek statystyk i zmiennych, jakie oferowały wyżej wspomniane Baldur’s Gate, Fallout i Arcanum, o niemal nieograniczonej swobodzie w tworzeniu postaci już nie wspomnę.

Świat gry jest naprawdę rozległy

Niekwestionowanym mistrzem w projektowaniu taktycznej rozgrywki jest Larian Studios, które w Divinity: Original Sin II wspięło się na prawdziwe wyżyny. Liczba czynników, jakie wpływają na walkę, potrafi przyprawić o zawrót głowy. Wynik potyczki jest sumą m.in. statystyk postaci, efektów środowiskowych i ukształtowania terenu. Dzięki tym wszystkim zmiennym, każde starcie dostarcza emocji. Pathfinder: Kingmaker ustępuje pod tym względem Divinity: Original Sin II, ale bynajmniej nie ma się czego wstydzić, ponieważ plasuje się gdzieś obok Pillars of Eternity II.

BALDUR’S GATE III?

Masa produkcji pretenduje do tytułu następcy kultowego Baldur’s Gate, ale przyznam szczerze, że do tej pory żadna w moich oczach nie była tak blisko, jak Pathfinder: Kingmaker. Być może wynika to z tego, że system Pathfinder bazuje na Dungeons & Dragons 3.5, a być może dlatego, że wiele elementów interfejsu jest mocno inspirowanych kultowym Baldurem. Nie można też negować roli Chrisa Avellone’a, który maczał palce w najważniejszych komputerowych grach role-playing minionych dwóch dekad, czy klimatycznej ścieżki dźwiękowej skomponowanej przez Inona Zura.

Dobra strategia to podstawa sukcesu

Siła Pathfinder: Kingmaker tkwi nie tylko w tym, że twórcy zręcznie zagrali na sentymentach fanów klasycznych izometrycznych gier role-playing. Tytuł wprowadza też oryginalne mechaniki. Najważniejsza to oczywiście możliwość stworzenia i zarządzania własnym królestwem, którego kształt sprzężony jest z decyzjami podjętymi przez gracza w toku gry. Na tym szkle pojawia się niestety rysa w postaci słabego balansu rozgrywki, ale nie jest to nic, czego nie będzie dało się załatać. Pathfinder: Kingmaker to doskonały przykład na to, że izometryczne cRPG są nie tylko potrzebne, ale i pożądane. Dlatego uciekam kontynuować swoją przygodę, a was zachęcam do sięgnięcia po debiutanckie dzieło studia Owlcat Games.

Grę do testów dostarczyły firmy Techland Wydawnictwo i GOG.com, za co serdecznie dziękuję!

Dawid Sych

Od dziecka zapalony pecetowiec, a od niedawna konsolowy neofita. Kocha rozbudowane gry role-playing z masą statystyk i dziesiątkami okienek, najlepiej izometryczne i w klimacie science-fiction lub post-apo. Alergicznie reaguje na wszelkiej maści sandboksy oraz gry sportowe. Wielbiciel literatury klasycznej i amator dobrych seriali.

Zostaw komentarz