RetrON: Wizyta w Rezydencji Zła

0

Trochę zombie, trochę nie.

24 stycznia bieżącego roku do sprzedaży trafi najnowsza odsłona serii Resident Evil. Od czasów premiery pierwszej części cykl wielokrotnie ewoluował, zmieniając całkowicie podejście do rozgrywki, motywów horrorowych i elementów akcji. Odkąd pamiętam, zawsze z dużym zainteresowaniem śledziłem tę markę, ale po pewnym czasie zacząłem odczuwać zmęczenie materiałem, a także nie byłem w stanie zaakceptować wprowadzanych przez producenta zmian. W związku z tym postanowiłem przypomnieć sobie pierwszą część, od której wszystko się zaczęło. Jednocześnie uświadomiłem sobie po latach, że „jedynka” nie była produkcją nastawioną wyłącznie na walkę z żywymi trupami, tak jak to utarło się w popkulturze. Umarlaki byli co najwyżej jednym z przeciwników, utrudniającym przejście przez ciasne korytarze.

Z grą pierwszy raz miałem do czynienia w 1999 roku na konsoli PlayStation One. Czasopisma poświęcone wirtualnej rozrywce od pewnego czasu żyły premierą kontynuacji, dlatego stwierdziłem, że najwyższa pora wypożyczyć płytkę z Residentem z pobliskiego salonu gier. Najlepiej było chodzić tam w soboty, ponieważ dzięki temu, że w niedziele było nieczynne, gry można było trzymać aż do poniedziałku (szaleństwo!). Jako podrostek, byłem tym faktem tak zauroczony, że wielokrotnie wyciągałem od rodziców „piątaka”, co by stracić wolny jesienny weekend przed telewizorem. Wystarczyło dać łysemu panu zza lady jedną monetę, żeby na dobre zakochać się w marce Resident Evil. Gdy teraz patrzę na screenshoty, oprawa wizualna wywołuje u mnie drgawki oraz zawroty głowy. Pod koniec XX wieku byłem nią jednak zachwycony, choć i tak wiedziałem, że „dwójka” wygląda jeszcze lepiej.

Historię Chrisa Redfielda i Jill Valentine rozpoczynało niesamowicie klimatyczne intro, w którym wystąpili prawdziwi aktorzy. Wtedy było to dla mnie coś całkowicie nowego, dlatego czołówkę oglądałem przy każdej nadarzającej się okazji, zmuszając do tego brata, rodziców i wszystkich kolegów. Jako młody miłośnik horrorów ochoczo przystąpiłem do odkrywania tajemnicy tytułowej rezydencji. Co prawda, z dialogów i notatek wtedy praktycznie nic nie rozumiałem, ale to i tak nie przeszkadzało mi w czytaniu wszystkich dokumentów oraz oglądaniu każdej cut-scenki. Pamiętam również, że gra była okrutnie skomplikowana, dlatego w ruch poszła solucja, znaleziona w jednym z rodzimych magazynów (już nie pamiętam jego tytułu), a i nawet wtedy dotarcie do finału nie należało do najprostszych zadań. Ostatecznie, produkcji nie zaliczyłem za pierwszym razem, więc musiałem w następny weekend wyłożyć kolejne skrzętnie uzbierane pięć złotych.

Pierwsze spotkanie z truposzem było zarazem przerażające i ekscytujące.
Pierwsze spotkanie z truposzem było zarazem przerażające i ekscytujące.

Od momentu ukończenia gry, nie miałem z nią styczności przez najbliższe kilkanaście lat, aż do czasów premiery świetnego remastera. Przez ten czas w mojej głowie cały czas tkwiło przeświadczenie, jakoby pierwszy Resident był idealną grą opowiadającą o walce z żywymi trupami. Jakie było moje zdziwienie, gdy podczas ogrywania wersji HD zacząłem na nowo odkrywać wszystkie tajemnice tego tytułu. Na drodze głównych bohaterów stoją tacy przeciwnicy jak zmutowane pszczoły, wielkie rekiny, jeszcze większe pająki i über potężny wąż (to oczywiście nie koniec bestiariusza). Po pewnym czasie zrozumiałem, dlaczego praktycznie całkowicie wyrzuciłem z głowy wszystkie inne poczwary, niż zombie. Im dłużej grałem, tym bardziej uświadamiałem sobie, że wynikało to z niezrozumienia przy pierwszym podejściu większości wątków fabularnych, traktujących o nieludzkich eksperymentach, jakie miały miejsce w Rezydencji. Także jeśli chcecie zagrać w tytuł stricte związany z zombiakami, to skręćcie w inną uliczkę.

W Resident Evil 4, 5 lub 6 żeby przejść do dalszych etapów gry, jesteśmy wielokrotnie zmuszani do sięgania po broń i eliminowania kolejnych oponentów. W „jedynce” wyglądało to zgoła inaczej. Dwójka bohaterów w trakcie rozgrywki mogła natrafić na wypasiony osprzęt (strzelby, miotacze ognia, a nawet wyrzutnie rakiet), ale tak naprawdę nie było obowiązku korzystania z niego. Większość agresorów łatwo można było ominąć, przebiegając koło nich i wchodząc w najbliższe drzwi. Amunicja w pierwszej części była na wagę złota, co wzmagało poczucie walki o przetrwanie. W przeciwieństwie do późniejszych odsłon, w tej części doskonale wiedzieliśmy, że protagoniści wpadli w nie lada tarapaty, z których nie będzie tak łatwo się wykaraskać. Dlatego bardzo cieszy mnie to, że „siódemka” zmierza w podobnym kierunku, może jeszcze nawet bardziej stawiając na survival.

Drzwi, drzwi, drzwi... Ich otwieranie mogło doprowadzić do szału.
Drzwi, drzwi, drzwi… Ich otwieranie mogło doprowadzić do szału.

Resident Evil to dla mnie prawdziwy klasyk, który pod względem technologicznym nie przetrwał próby czasu. Produkcja jest już tak archaiczna, że tylko prawdziwi pasjonaci oldschoolu będą w stanie przez nią przebrnąć. Na szczęście, dla młodszych graczy, nie pamiętających czasów PlayStation One, przygotowano genialny (według mnie) remaster, pozwalający na nowo przeżyć historię Chrisa i Jill. Grafika w odświeżonej wersji wygląda naprawdę dobrze, a ponadto znacznie usprawniono sterowanie. Jeśli zatem przeraża Was toporność oraz brzydota oryginału, koniecznie sprawdźcie nowe wydanie. Istnieje szansa, że Wy też poczujecie tę magię, tak jak ja na przełomie wieków. Jedyne czego już nie nadrobicie, to wizyty w salonie gier i wyłożenia pięciu złotych na obdarty blat lady.

 
Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Zostaw komentarz