Data publikacji:

Yakuza dla PCtowców – warto po nią sięgać?

Bardzo japońska seria wkracza powoli na PC, ale co z tego?

Dla zagorzałego PCtowca informacja o tym, że seria Yakuza wreszcie zacznie się pojawiać na komputerach była jedną z fajniejszych z tegorocznego E3 – miałem już z nią styczność, ale nigdy na „własnym terenie”. W samym zaledwie sierpniu dostajemy dwa tytuły – Yakuzę 0 i Yakuzę Kiwami 2, co z chronologicznego punktu widzenia nie ma trochę sensu (o tym za chwilę), ale informacje od Segi sugerują, że to dopiero początek. Jako, że dwie najnowsze produkcje – Yakuzę 0 i Yakuzę 6 już recenzowaliśmy, porozmawiajmy o tym, dlaczego warto sięgać do wiekowej już serii i o tym, jak się ona zestarzała.

  • Kup grę Yakuza 0 (PS4) na Ceneo.pl
  • Krótka odpowiedź brzmi: bardzo dobrze. Siedmioczęściowa saga rozpoczęła się relatywnie niedawno, bo w 2005 roku, więc w porównaniu z takimi antykami jak niedawno odświeżony Crash Bandicoot ma tę przewagę, że tak naprawdę wychodziła na przestrzeni dwóch (lub na upartego: trzech, bo „jedynka” wyszła na PS2 i PS3) generacji konsol. Jeśli doliczyć do tego jeszcze fakt, że Sega przygotowała remaki starych gier (z podtytułem Kiwami), dostajemy siedem tytułów (nie licząc spin-offów) na jednej konsolowej platformie, a z dużym prawdopodobieństwem, niedługo także na PC.

    Powodem, dla którego Yakuza po latach trzyma się dobrze, jest także spójność. Podczas gdy seria GTA, do której czasem (choć  raczej błędnie) przyrównywana jest Yakuza od 2005 roku do dziś przebiła się przez klimaty czarnych gangsterów, słowiańskich gangsterów i trzech przypałów próbujących razem przeżyć w trudnym, ale bardzo ładnym świecie,  Japończycy poszli w nieco innym kierunku. Yakuza to bardziej Ojciec Chrzestny, niż GTA, bo pokazuje szereg znanych postaci przez lata, pochylając się nad zmianami ich w życiach i czasem dziwnymi decyzjami.

    To najlepsze, co gry komputerowe dostały w kategorii „opera mydlana” i to w wersji dla facetów – spotykamy dość dużą grupę bardzo twardzielskich Japończyków, którzy, ze względu na kwestie honorowe i niechęć do strzelanin nie mogą się pozabijać, więc swoje problemy rozwiązują albo dyskutując, albo tłukąc się po pyskach od spotkania do spotkania. Jest tu miłość, nienawiść, krzyczący faceci, płaczące kobiety i kupa, kupa emocji dość ciasno opakowanych w kulturę, która dla polskiego, czy w ogóle zachodniego gracza jest dość obca.

    Spójność wspomniana wcześniej sprawia, że gry z serii Yakuza naprawdę chcemy przechodzić po kolei, najlepiej właśnie od Yakuzy 0, pierwszej chronologicznie i przedostatniej w kolejności wydawania, a potem przechodzić przez kolejne odsłony śledząc zmiany w postaciach, ich postawach i celach życiowych, bo choć Kazuma Kiryu, nasz główny bohater pozostaje śmiertelnie poważnym gościem, przez połowę czasu wyglądającym jak ofiara dość poważnych problemów żołądkowych, to nawet on potrafi zaserwować nam trochę rozrywki swoimi przemyśleniami i pomysłami.

    Zresztą właśnie aspekt rozrywkowy jest tym, co najbardziej przyciąga do gry (poza filmową wręcz fabułą, poważnie, pierwsza godzina Yakuzy 0 to praktycznie ciągłe przerywniki filmowe z niewielkimi, mało znaczącymi akcjami gracza, a nie jest to wyjątek), jest właśnie aspekt rozrywkowy. Japońska seria traktuje bijatyki tak, jak GTA jazdę samochodem – ma być dynamicznie, widowiskowo i fajnie. I choć zmiany między kolejnymi odsłonami trochę zaburzają to poczucie spójności, a nie wszystkie muszą nas zachwycić (Łukasz narzekał na przykład na brak stylów walki i broni do noszenia w Yakuzie 6), to tłuczenie się po pyskach pozostaje praktycznie uniwersalnie przyjemne przez całą zabawę.

    A to dopiero wierzchołek góry atrakcji, jakie Sega przygotowała dla nas pomiędzy kolejnymi mordobiciami. Przeskakując przez kolejne dekady Yakuza daje nam możliwość zakosztowania niemal każdej rozrywki, jaka przyszła twórcom do głowy, od banalnych rzeczy, takich jak granie na automatach (z prawdziwymi tytułami!) czy konkursy tańca, przez automaty, gry rytmiczne czy granie w mahjonga, które trudno nazwać banalnie prostym, nawet jeśli wcześniej mieliśmy jakiekolwiek pojęcie o hazardowej grze z płytkami i dziwnymi znaczkami.

    Yakuza jest serią do głębi japońską, która zresztą chwali się, że jako jedyna duża produkcja stara się odwzorować kulturę Kraju Kwitnącej Wiśni. Przez siedem części głównej serii oglądamy więc nie tylko zmieniających się bohaterów, ale także otaczający ich świat. Przechodząc przez te same miasta i alejki w kolejnych częściach widzimy, jak zarastają neonami reklamami, a kontrast między Yakuzą 0, gdzie drzewa wydają się być znacznie częstszym elementem krajobrazu, a „szóstką” jest bardzo wyraźny. Jednocześnie cały czas czujemy, że odwiedzane lokacje są znajome, lecz inne.

    Japońskość serii widać też w dość specyficznym, czasem wręcz memicznym humorze. Wiele dialogów wygląda, jakby pisano je tylko po to, by brzmiały głupio i bawiły gracza – całe wątki poboczne budowane są na absurdach, a teksty równie często są zabawne, jak potwornie suche, co nie zmienia faktu, że całość chce się zachłannie chłonąć po prostu by przeżyć wszystkie głupie sytuacje, jakie wymyślili scenarzyści Segi.

    Ma to też jednak wadę i to dość odczuwalną – to seria o facetach i głównie dla facetów. Sposób, w jaki traktuje się przez całą historię babki przywodzi raczej na myśl napakowane testosteronem kino lat osiemdziesiątych, niż współczesne produkcje, a gry naprawdę lubią traktować kobiety jako ozdóbki i lalki. Choć przewija się tu parę twardzielek, są one prezentowane jako kuriozum – co zresztą nie dziwi, zważywszy że w prawdziwym świecie należące do Yakuzy kobiety są raczej rzadkością. Jeśli więc mówimy o odwzorowaniu dalekowschodniej kultury, jest to odwzorowanie boleśnie wręcz dokładne.

    Jak więc zestarzała się Yakuza i czy, podobnie jak w przypadku Crasha Bandicoota (poczytaj o grze) warto po nią sięgnąć i dziś? Cóż, prawda jest taka, że nie zestarzała się w ogóle, ale TAK, zdecydowanie warto zasiąść do serii spędzić z nią dziesiątki godzin, bo to fantastyczna mieszanka filmu i rozgrywki. Warto jednak poczekać na właściwą, chronologiczną kolejność przygód Kazumy, albo po prostu złapać za pada, bo ten komputerowy Ojciec Chrzestny nagradza nas za oglądanie swojej historii w możliwie kompletnej formie. A jeśli mamy PS3 i trochę wolnego czasu między odsłonami, Yakuza Dead Souls to całkiem fajna zabawa w wypełnionej zombiakami wersji Japonii.

    Grę do testów dostarczyła firma Cosmocover, za co serdecznie dziękujemy!

    Autor: Artur Cnotalski