Data publikacji:

Wielkie marki, które boleśnie upadły

Iskierka zgasła.

Na przestrzeni ostatnich lat branża gier diametralnie się zmieniła. Obecną społeczność graczy cieszą kompletnie inne tytuły oraz gatunki, niż kilkanaście lat temu, a wielcy producenci, którzy dawno temu świecili triumfy, nie są w stanie odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Ponadto, w grę wchodzą przejęcia praw do kultowych marek przez inne firmy, co również bardzo często źle wpływa na jakość kontynuacji. Właśnie takim grom przyjrzę się w tym zestawieniu. Seriom, które kiedyś były na ustach wszystkich miłośników wirtualnej rozrywki, a teraz lepiej je przemilczeć.

MAFIA

Pierwsza odsłona Mafii była rewelacyjnym czeskim sandboksem, oferującym niesamowicie wciągającą historię i całkiem przyjemny gameplay, który kładł nacisk na zgoła inne elementy niż seria Grand Theft Auto. Rozgrywka była o wiele bardziej stonowana, co doskonale wpisywało się w klimat gangsterskich porachunków lat 30. ubiegłego wieku. Wydana po ośmiu latach kontynuacja również prezentowała bardzo wysoki poziom, ponownie opowiadając ciekawą historię kryminalną.

Wszystko runęło, gdy za produkcję trzeciej części wzięło się amerykańskie studio Hangar 13. O dziwo, kontrowersyjna zmiana settingu była najjaśniejszym punktem gry. Zawodziła za to cała reszta, począwszy od miernego gameplayu, a na kiepskiej historii i powtarzalnych misjach kończąc. Mafia III zebrała baty od graczy, i dobrze jej tak.

FABLE

Świat oszalał na punkcie pierwszej części Fable. Produkcja studia LionHead, na czele której stał złotousty Peter Molyneux, była dopieszczona w każdym calu. Gracze pokochali tę baśniową opowieść, która w zgrabny sposób łączyła w sobie elementy kiczu z brutalnym fantasy. Drugi epizod był sequelem idealnym, rozbudowującym markę o nowe możliwości, wprowadzającym jeszcze większy świat i znacznie ciekawsze misje do wykonania.

Dopiero przy okazji "trójki" zaczęło coś się sypać. Tytuł nie sprostał obietnicom twórców i nie osiągnął takiego sukcesu, jak poprzedniczki. Następnie markę zaczęto rozmieniać na drobne, tworząc mierną odsłonę The Journey dedykowaną Kinectowi, zapowiadając Legends, które ostatecznie zostało skasowane, a kończąc na niezbyt interesującej karciance, znanej jako Fable Fortune.

MASS EFFECT

Mass Effect był uwielbiany przez polskich graczy. Nie bez powodu użyłem słowa "był", ponieważ marka nie cieszy się już u nas takim szacunkiem, jak przed laty. Pierwsza część była bardzo przyjemną space operą, która choć nie była jakaś rewelacyjna, to jednak potrafiła wciągnąć na masę godzin. Najciekawsze przyszło, gdy do sprzedaży trafiła kontynuacja, będąca zdecydowanie najlepszą przygodą komandora Sheparda.

PRZECZYTAJ: WSPOMINAMY TRYLOGIĘ MASS EFFECT

Problemy zaczęły pojawiać się po premierze Mass Effect III. Sama gra prezentowała stosunkowo wysoki poziom, ale miała zbyt kontrowersyjne zakończenie (mi się akurat podobało), które rozjuszyło społeczność fanów. Potem to naprawiano, ale niesmak pozostał. Czarę goryczy przelała natomiast wydana po latach Andromeda, będąca mocno średnim tytułem. Na tyle średnim, że losy marki zostały prawdopodobnie policzone. Przynajmniej na najbliższe lata.

DUKE NUKEM

O serii Duke Nukem napiszę w dużym skrócie, ponieważ w przeciwnym razie musiałbym poświęcić jej cały artykuł. Powodem takiego stanu rzeczy jest aż osiemnaście odsłon, które na przestrzeni lat trafiały do sprzedaży. Skupmy się jednak na głównych cześćiach, będących klasycznymi shooterami. Na początku lat 90. ubiegłego wieku, Duke rozkochał w sobie tysiące graczy. Wynikało to m.in. ze świetnego gameplayu oraz ko(s)micznej atmosfery, jaka towarzyszyła grze - główny bohater to typowy burak z kinowych akcyjniaków, rzucający na lewo i prawo tandetnymi one linerami.

Gracze pokochali takiego trepa, dlatego z ochotą kupowali kolejne epizody. Jak doskonale wiecie, na Duke Nukem Forever czekaliśmy latami z wypiekami na twarzy. O produkcji powstawały już legendy, aż w końcu ta zawitała na półki sklepowe. I to był jej największy błąd - DNF nie powinien powstać. Nigdy. Przenigdy.

CALL OF DUTY

Domyślam się, że w tym momencie podpadnę części czytelników, ale naprawdę uważam, że Call of Duty zaliczyło mocnego doła, nawet jeśli uwzględnimy COD: WWII. Dawniej byłem wielkim fanem serii, który bez zastanowienia kupował egzemplarze z nowymi odsłonami. Jarałem się każdymi przeciekami i malutkimi fragmentami gameplayów. Aż w końcu magia po prostu zniknęła. Każda kolejna odsłona oferowała dokładnie to samo, bazując na tych samych mechanikach i sposobach przedstawiania fabuły.

QUIZ: JAK DOBRZE ZNASZ SERIĘ CALL OF DUTY?

Ostatnim naprawdę dobrym COD-em był według mnie pierwszy Black Ops. Potem zaczęła się masówka, która nie miała nic wspólnego z dobrym rzemiosłem. Najnowsza odsłona serii próbowała przywrócić markę na piedestał, jednakże według mnie efekt osiągnięto jedynie połowicznie. Powrót do II Wojny Światowej cieszył, ale niestety kampania fabularna pozostawiała wiele do życzenia. Więcej w niej był z Uncharted niż poważnej gry wojennej. Jak widać, Activision nie jest już w stanie powtórzyć sukcesu Modern Warfare.

GOTHIC

Z dumą mogę stwierdzić, że przez lata byłem wielkim fanem Gothica, który z pogardą patrzył na serię The Elder Scrolls. Uwielbiałem pierwszą odsłonę, za jej niesamowity klimat, genialne wręcz dialogi i ciekawą konstrukcję świata, wyróżniającą się na tle konkurencji. Druga odsłona do dzisiaj pozostaje jedną z moich ulubionych gier, dlatego z chęcią powracam do niej raz na jakiś czas. Chociaż na chwilkę, żeby ubić kilka ścierwojadów. I wtedy na półki sklepowe trafiła część trzecia.

PRZECZYTAJ: ZA CO KOCHAMY SERIĘ GOTHIC

Ta nieszczęsna część trzecia, która sprawiła, że żałowałem wydanych pieniędzy na egzemplarz premierowy. Sama gra może nie była tragiczna, ale zdecydowanie brakowało jej klimatu dwóch poprzednich Gothiców. Ponadto, tytuł przez lata był niegrywalny, do momentu aż wkurzeni fani sami postanowili załatać błędy studia Piranha Bytes. A żeby tego było mało, firma straciła prawa do swojej produkcji, a te trafiły w ręce Nordic Games, które popełniło potwora, jakim była Arcania: A Gothic Tale. Tak więc, seria jest już martwa i patrząc na tragiczną jakość Eleksa, chyba bym nie chciał, żeby Piranie odzyskały prawa do zrobienia kolejnej części Gothica.

THIEF

Thief: The Dark Project był jedną z pierwszych gier skradankowych oferujących tak wysoki poziom. Historia Garreta była prosta w swojej konstrukcji, ale jego losy śledziło się z nieukrywaną przyjemnością, dzięki mocno satysfakcjonującemu gamaplayowi. Kontynuacje The Metal Age i Deadly Shadows mocno rozwinęły założenia pierwowzoru, wynosząc gatunek stealth game na zupełnie inny poziom. Misje były wymagające i zmuszały gracza do ciągłego kombinowania. Przy tym nie traciły na klimacie oraz kontrolowanej widowiskowości.

Po dziesięciu latach od premiery "trójki", zdecydowano się na reebot serii, który ostatecznie zakończono wyłącznie na jednym epizodzie. Twórcy nowego Thiefa nie rozumieli ducha oryginału, kładąc nacisk na kompletnie inne elementy, znacząco ograniczając swobodę działania, a wysuwając na pierwszy plan opowieść. Gdyby ta była jednak dobra, to tytuł może by się obronił. Tak niestety się nie stało, a marka Thief musi pozostać w cieniu.

STAR WARS: BATTLEFRONT

Nie jestem wielkim wielbicielem Gwiezdnych Wojen, dlatego potrafię z dystansem patrzeć na kolejne produkcje sygnowane tą marką. Kinowy "Ostatni Jedi" to według mnie prawdziwa szmira, czego nie mogę powiedzieć o grze Star Wars: Battlefront II. Dlaczego więc umieściłem tę serię na liście? Ponieważ jestem zły na Electronic Arts, że z tak fantastycznego cyklu gier sieciowych próbowało zrobić chamską maszynkę do robienia pieniędzy, wmawiając graczom, że to dla zapewniania lepszych doznań z rozgrywki.

PRZECZYTAJ: MIKROTRANSAKCJE TO RAK GIER WIDEO CZY ICH ZBAWICIEL?

Mikrotransakcje co prawda zostały czasowo usunięte i przemodelowane, ale niesmak pozostał. Mimo to, i tak uważam, że stare wersje Battlefrontów z 2004 i 2005 roku miały w sobie więcej gwiezdno wojennego ducha, niż nowe twory DICE. Ich wersja z 2015 roku była zwykłą wydmuszką, grą pustą z braku zawartości. Głównym celem tytułu było wyłącznie podpięcie się pod premierę filmowego "Przebudzenia mocy", co zresztą się udało. Sukces komercyjny nie oznacza jednak, że warstwa artystyczna stoi na wysokim poziomie. W przypadku "dwójki", EA mogło już zapomnieć o jakimkolwiek sukcesie.

NEED FOR SPEED

Kolejna marka, która w brutalny sposób została zarżnięta przez Electronic Arts. Pierwsze odsłony cyklu były prawdziwymi fenomenami w branży gier, tytułami, które zmieniały podejście do produkcji gier wyścigowych. Każda kolejna część niosła ze sobą pewną świeżość, trafiając w gusta konkretnych grup graczy. Później jednak zaczęto podejmować podejmować dziwne decyzje, a nowsze części nie jarały już tak bardzo, jak te wcześniejsze.

PRZECZYTAJ: MIKROTRANSAKCJE TO RAK GIER WIDEO CZY ICH ZBAWICIEL?

Czara goryczy została natomiast przelana podczas premiery Need for Speed: Payback, czyli gry, której skandaliczne mikrotransakcje przeszły bez większego echa, ponieważ wszyscy skupili swoją uwagę na Battlefroncie II. Osobiście, grając w Payback czułem się oszukiwany przez twórców, którzy na każdym kroku wyraźnie sugerowali mi, że powinienem tracić czas na bezsensownym grindzie, albo zabulić parę groszy. Jest to przykład, jak z idealnej samochodówki wyznaczającej trendy, osiąść na mieliźnie.

HALF-LIFE

Spokojnie, spokojnie, ugaście pochodnie! Half-Life nie trafił na tę listę ze względu na słabą jakość. Druga część serii wraz z dwoma epizodami to przykład świetnych strzelanek, które wnosiły do życia graczy coś więcej, niż tylko naparzanie ze spluwy do przeciwników. Powodem umieszczenia tej marki w zestawieniu jest jej dosłowna martwota. Valve w pewnym momencie stwierdziło, że dokończenie historii Gordona Freemana nie jest na tyle opłacalne, żeby przeznaczyć na to fundusze.

Firma skupiła się bardziej na rozwijaniu platformy Steam oraz tworzeniu gier-usług, które przynoszą regularne zyski. W związku z tym, nie dosyć, że możemy zapomnieć o pełnoprawnej trzeciej części, to na dodatek nie będzie nam nawet dane poznać dalszych losów głównego bohatera w trzecim epizodzie. Plusem tej sytuacji jest jedynie to, że Half-Life'a będziemy wspominać zawsze w superlatywach. I niech tak zostanie, nie chcemy powtórki z Duke Nukem Forever.

Autor: Łukasz Morawski