Data publikacji:

7 powodów, za które kochamy serię Far Cry

Czy kiedykolwiek mówiłem Wam, jaka jest definicja miłości do serii Far Cry?

Jaki jest Ubisoft – każdy wie. W przypadku francuskiego studia nie ma mowy o aż takiej nienawiści, jak chociażby w przypadku Electronic Arts, ale nie bez powodu powstały żarty o serwerach Ubi podłączonych do ziemniaków czy porównania nowego logo studia do… ekhem, fekaliów. Mimo wszystko, w moim odczuciu, jest jedna seria od francuzów, która spotyka się ze sporą przychylnością graczy. Jest nią seria Far Cry.

Wiadomo, że początkowo marka ta należała do kogo innego – pierwsza odsłona stworzona została przez Crytek i przy okazji jej powstawania zaprezentowany został jeden z lepszych silników graficznych, czyli CryEngine. Od „dwójki” jednak Far Cry stał się własnością Yvesa Guillemota i spółki. To właśnie od tamtego momentu seria zaczęła kształtować swój charakter, z którego teraz jest znana, a ja postaram się przyjrzeć co stanęło za tym, że kolejne części cieszą się tak dużym powodzeniem u graczy. Teraz jest na to idealna okazja, gdyż już za moment na rynku pojawi się pełnoprawna, piąta odsłona serii.

 

OGROMNA ILOŚĆ SWOBODY

Seria od samego początku stawia na sandboksowy sposób zabawy i cały czas stara się rozwijać ten element. Kupując dowolną odsłonę serii Far Cry, gracz otrzymuje właściwie od samego początku ogromny teren do zwiedzania oraz sporą ilość aktywności, których można się na nim podjąć. Pomijając wątek fabularny, można przykładowo zabawić się w wyzwoliciela, eliminując posterunki wroga, w łowczego, polując na rozmaitej maści zwierzęta czy też w wyścigowca, który zaliczy pojazdem kolejne checkpointy w odpowiednio krótkim czasie.

W kontekście swobody, nie sposób wspomnieć też o sposobach na rozgrywkę, które stoją przed graczem. Można próbować robić wszystko po cichu, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Nie ma też problemu, aby postawić na głośny styl zabawy, wcielając się w jeszcze bardziej śmiertelną odmianę Johna Rambo. Czasami możliwe jest również, aby na przeciwników napuścić… zwierzęta, by w spokoju obserwować, jak – przykładowo – tygrys rozszarpuje kolejnych oponentów. A do tego dochodzi jeszcze ogromny arsenał, który można dobrać i ulepszyć zgodnie z preferencjami. Gry z serii Far Cry to zabójcze piaskownice z krwi i kości i myślę, że to ich bardzo mocny atut.

ABSOLUTNE SZALEŃSTWO

Far Cry 3 promowany był frazą „poznaj definicję szaleństwa”. I faktycznie – od tej odsłony seria postawiła na totalnie zwariowane wątki fabularne, które nie rzadko bardziej przypominały narkotyczny trip, aniżeli poważną historię. Zresztą, same dragi występują w tych produkcjach nadzwyczaj często.

Szaleństwo całej zabawy nie ogranicza się tylko do zażywania chemii – seria Far Cry pokazuje, że można się też bawić kulturalnie bez używek. To w końcu będąc trzeźwym, Jason w „trójce” zostanie zrzucony do wody będąc przywiązanym do kamienia, by już chwilę później porywać helikopter, który jeszcze chwile później zostanie strącony za pomocą RPG. To Ajay w czwórce, bez żadnych wspomagaczy, będzie przeskakiwał z mini-śmigłowca na siedzenia samochodu, zabijając przy tym jego kierowcę. To Rex Colt w Blood Dragonie, nie majac do czynienia z żadnymi narkotykami przyszłości, będzie toczył regularne boje z laserowymi smokami, strzelając do nich z neonowego łuku. I to Takkar w Far Cry Primal, przy pomocy podpalonej włóczni, polował będzie na mamuty, kilka tysięcy lat przed naszą erą, kiedy używki chyba nawet jeszcze nie raczkowały. Można? Można!

Nie każdemu oczywiście tego typu ekscentryczność serii przypadnie do gustu. Nie ma wątpliwości jednak, że w grach z serii Far Cry można uczestniczyć w rozmaitych wydarzeniach, o których innym grom nawet się nie śniło. I dla sporej części odbiorców będzie to zwyczajnie atrakcyjne.

SPECYFICZNI ANTAGONIŚCI

Jackal, Vaas, Hoyt, Pagan, Ike Sloan, Ull – każda z tych postaci napisana została w taki sposób, że posiadała swój własny, unikalny charakter. Wszystkich wymienionych łączył jeszcze fakt, że to właśnie oni stawali na czele sił, które rzucone zostają naprzeciw gracza.

Mamy więc zimnego handlarza bronią, którego intencje pozostają niezbyt jasne, socjopatę z irokezem na głowie, który lubuje się w sprzedaży żywego towaru i narkotykach czy totalny szaleniec, który ma obsesję na punkcie władzy oraz… mody – to właśnie takie persony będą starały się uprzykrzyć życie gracza. Brak schematyczności w tej kwestii jest ogromnym atutem i za każdym razem twórcy serwują w tym temacie coś nowego. Myślę, że podobnie będzie też z Josephem Seedem, który będzie głównym antagonistą w nadchodzącej piątej części serii, a który już na trailerach rysuje się jako postać co najmniej ciekawa.

Często w parze z głównym złym danej odsłony idzie też jego niejednoznaczność. Bo mimo tego, że każda z wyżej wymienionych postaci jest przedstawiona jako „zła”, to często można się w jej działaniach doszukać więcej dobrego, niż wśród sojuszników. Niech za przykład posłuży zwieńczenie historii opowiadanej w części drugiej lub sekretne zakończenie z tej, opatrzonej numerkiem cztery. Nie będę tutaj rzucał spojlerami, natomiast wspomnę tylko, że w tych dwóch przypadkach okazuje się, że plany głównych złych wcale nie są tak absolutnie złe, a wręcz mogą wydać się lepsze, niż w przypadku ludzi, z którymi przyszło nam w tych grach współpracować.

EKSPERYMENTY Z TEMATYKĄ

Oprócz odsłon, których akcja dzieje się w czasach współczesnych, twórcy serii często stawiali też na wrzucenie rozgrywki w zupełnie inny setting. Mówię tutaj oczywiście o Far Cry 3: Blood Dragon oraz Far Cry Primal. Obydwa tytuły wydane zostały po premierach kolejno trzeciego i czwartego Far Cry’a, co można traktować jako chwilę oddechu, przed każdą kolejną pełnoprawną odsłoną.

Pierwsza z wymienionych produkcji postawiła na totalnie odjechany cyberpunk, który przepełniony był ogromną dawką humoru oraz równie wielką ilością odniesień do innych dzieł reprezentujących ten właśnie gatunek. Akcja osadzona została więc w przyszłości (znaczy, w fikcyjnym roku 2007), gracz otrzymywał efekciarski arsenał, oddający hołd różnej maści filmom i wrzucony zostawał w świat przesadnie wypełniony różem oraz neonem. No, a wspomnieć też należy, że głównym bohaterem był mechanicznie usprawniony super-żołnierz, a wśród oponentów znajdowały się wcześniej wspomniane smoki strzelające laserami czy cyber-krokodyle.

Z drugiej strony – Far Cry Primal. Akcja tej produkcji przerzucała gracza w okres na 10 tysięcy lat przed naszą erą i oferowała sprawdzenie plemiennego trybu życia, w świecie przepełnionym mamutami, tygrysami szablozębnymi i… szczepem lubującym się w ludzkim mięsie. Broń palna poszła totalnie w odstawkę. W zamian, zaoferowano włócznie, maczugi, noże czy bomby z rojów pszczelnych. Większa prymitywność zaczęła się też objawiać w dialogach, gdyż na potrzeby gry stworzone zostały trzy dialekty, nawiązujące do czasów prehistorycznych.

Aż ciekaw na jaki pomysł wpadnie Ubisoft po premierze „piątki”. Bo akurat co do tego nie mam wątpliwości – zanim doczekamy się części szóstej, znów zaserwowane zostanie coś nowego i specyficznego. Może Far Cry osadzony na dzikim zachodzie?

ZAPIERAJĄCE DECH W PIERSIACH KRAJOBRAZY

Dżungla, pustynia Afryki, fikcyjna, dzika wyspa na Pacyfiku i Himalaje – w takie miejsca mogliśmy udać się w kolejnych odsłonach serii. I w każdej z nich znalazło się coś, co spodobać się może każdemu, kto lubi od czasu do czasu zatrzymać się w grach, aby zwyczajnie podziwiać widoki. W każdej części Far Cry’a widać, że projektanci map włożyli w swoją robotę dużo serca. Nie mała zresztą w tym zasługa CryEngine (a właściwie Dunia Engine, czyli zmodyfikowanej wersji tego silnika), który idzie w parze z serią od samego początku, a który już od pierwszej odsłony serii oferuje bardzo wiele w kontekście tworzenia krajobrazów.

Są więc dzikie i piaszczyste tereny, są tajemnicze i bogate w faunę oraz florę lasy deszczowe, a także cudowne górskie tereny, zatopione w śniegu. Ogromne wrażenie robi też żyjąca fauna, na którą seria kładzie spory nacisk. Przemierzając świat gry niejednokrotnie można się natknąć na obrazki typu wilki polujące na owce czy dwa niedźwiedzie, toczące między sobą bój o pożywienie.

Far Cry 5 też stawia na nowy fragment mapy świata – tym razem będą to poza miejskie tereny fikcyjnego hrabstwa w Stanach Zjednoczonych, opatrzone nazwą Hope County. Będzie więc już znacznie mniej dziko i egzotycznie, ale wciąż jest tu potencjał na stworzenie przepięknych krajobrazów, które będą w stanie zrobić ogromne wrażenie na odbiorcy.

MISJE GŁÓWNEGO WĄTKU Z CHARAKTEREM

Dużym atutem serii są misje, w których gracz będzie miał okazję wziąć udział podczas zapoznawania się z głównym wątkiem każdej z odsłon. Praktycznie w każdej części znajdą się zadania, będące niezwykle satysfakcjonującym kawałkiem rozgrywki. Podczas mojej przygody z serią, to właśnie ten element wywoływał u mnie największy opad szczęki.

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest to, że historie przedstawiane w Far Cry’ach cechuje ogromna dawka ekscentryzmu i wcześniej wspomnianego szaleństwa. Twórcy niejednokrotnie korzystają z motywów, o których inni nawet nie pomyśleliby w kontekście swoich produkcji. Walka z bossem, będąca jedną wielką narkotyczną wizją? Jest. Zadanie, w którym wrzuceni zostajemy na arenę, wypełnioną przeciwnikami oraz dzikimi zwierzętami? Check. Totalna rozwałka na grzbiecie smoka przy użyciu jego laserowych mocy? Jasne, czemu nie. Fabuła praktycznie każdej części funduje momenty, w których gracz aż łapie się za głowę, próbując zrozumieć co właśnie stało się na ekranie.

Scenarzyści bardzo zgrabnie korzystają też z utworów muzycznych, które potęgują wrażenia odbiorcy. I mowa tutaj zarówno o tych komponowanych na potrzeby gry, jak i licencjonowanych kawałków znanych artystów. W końcu to w „trójce” równamy z ziemią pola marihuany, słuchając efektu współpracy Damiana Marleya ze Skrillexem pod tytułem „Make It Bun Dem”. To w „czwórce” przejmujemy laboratorium chemiczne, w którym unosi się opium, podczas gdy z głośników leci „Jogi” Panjabiego MC. I to w Blood Dragonie doświadczymy epickiego wstępniaka, wspieranego przez Little Richarda i jego „Long Tall Sally, który zresztą jest jednym wielkim ukłonem w stronę „Predatora” Johna McTiernana.

ŁATWE I PRZYJEMNE "CALAKOWANIE"

Ten punkt umieszczam tutaj pół żartem, pół serio. Faktem jednak jest, że zdobycie wszystkich trofeów/achievementów w grach z serii Far Cry nie są jakoś szczególnie trudne. Nie ma też co ukrywać, że zabawa przy tym wszystkim jest przednia. Od razu zaznaczam jednak, że ten fragment tekstu nie tyczy się pierwszej i drugiej części – jedynka nie doczekała się systemu osiągnięć na żadnej platformie, a Far Cry 2 zaoferował wyjątkowo trudną platynę, wymagającą między innymi dwóch przejść gry oraz dużej ilości czasu poświęconego zabawie sieciowej.

Praktycznie wszystkie wyzwania rzucane przez twórców nie wymagają grindu, ani specjalnie dużej gimnastyki. Zdobywanie posterunków, rozwijanie drzewka umiejętności, polowanie na zwierzęta czy też branie udziału w aktywnościach na mapie – wszystko to jest nagradzane na pewnym etapie stosownym osiągnięciem. Co prawda od czasu do czasu zdarzy się wyzwanie, które wymagać będzie troszkę „skilla”, jednak – umówmy się – chociażby takie trafienie w głowę z łuku z dalszej odległości nie jest jakimś wyczynem spędzającym sen z powiek. A, gdy już uda się to zaliczyć – satysfakcja jest gwarantowana. Jedynym wyjątkiem są wyzwania, które związane są z sieciowym trybem zabawy, bo niestety trybom multi twórcy ewidentnie nie poświęcili większej uwagi. Wiadomo jednak, że nie ma rzeczy idealnych.

Jeżeli więc lubujecie się w platynowaniu gier na PlayStation lub zdobywaniu punktów na Xbox Live, to gry z serii są fantastyczną okazją na poszerzenie kolekcji pucharków lub achievementów. Ci, którzy nie lubią być zmuszani do powtarzania gier, również będą tutaj zadowoleni, bo wszystkie osiągnięcia można zdobyć podczas jednej przygody z głównym wątkiem fabularnym. Wiem co mówię, bo udało mi się scalakować „trójkę”, „czwórkę”, Blood Dragona, a jestem też w trakcie dokonywania tej sztuki w Far Cry Primal. Podobne podejście będę miał też do piątej odsłony, która jest już widoczna na horyzoncie.

Autor: Tomasz Mendyka