TOP 5 moich największych rozczarowań

0

Nie tak to miało wyglądać…

Do każdej nowo zapowiedzianej gry podchodzę na spokojnie i raczej nie ulegam nakręcającemu się hype’owi. Są jednak produkcje powiązane z bardzo znaną i dobrą marką lub kontynuują przygodę ulubionego bohatera, przez co ciężko nie ekscytować się nadchodzącą premierą. Niestety, nie zawsze wszystko idzie po myśli twórców gier, przez co w ciągu wieloletniej kariery gracza, kilkukrotnie zbytnio zaufałem producentom. Postanowiłem wybrać pięć pozycji, co do których miałem największe oczekiwania, ale ostatecznie żałowałem, że w ogóle ujrzały światło dzienne. Kolejność przykładów jest losowa.

Gothic 3

Z niecierpliwością wyczekiwałem premiery trzeciej odsłony Gothica. Z uporem maniaka śledziłem portale branżowe oraz czytałem czasopisma poświęcone grom wideo, żeby tylko nie przegapić jakiejś ciekawej informacji dotyczącej tej produkcji. Pierwszą i drugą część serii zaliczyłem kilkukrotnie, co zdarza mi się niezwykle rzadko. Pokochałem świat wykreowany przez Piranha Bytes, stworzone przez nich postacie oraz historię. Gothic 3 miał być prawdziwym objawieniem dla serii. Z zapowiedzi wynikało, że gra zaoferuje ogromny, otwarty świat, spektakularne pojedynki z przeciwnikami, śliczną oprawę wizualną i wciągającą fabułę. Twórcy gry dotrzymali słowa tylko połowicznie.

Dzieło niemieckiego studia faktycznie prezentowało się bardzo okazale, a dostępna mapa zachwycała rozmiarami. Niestety, ojcowie serii nigdy nie zrozumieli pojęcia „dobra optymalizacja”, przez co w dniu premiery Gothic 3 nawet na dobrych komputerach potrafił szwankować. Gdy jednak jakimś cudem uruchomiłem grę, szybko uświadomiłem sobie, że nowa historia jest mało angażująca, a zlecane przez NPC-ów zadania zazwyczaj sprowadzają się do tego samego. Nowy system walki kompletnie spłycił rozgrywkę, a sama produkcja po kilku godzinach zaczynała wiać nudą. Szkoda, ponieważ aspiracje były ogromne, ale wyszło co najwyżej przeciętnie.

Aliens: Colonial Marines

Uwielbiam filmowa trylogię „Obcego” (czwartej części nie liczę, bo była licha), dlatego tym bardziej wyczekiwałem premiery Colonial Marines. Gra miała być prawdziwym zbawieniem dla miłośników ksenomorfa, producent obiecywał gruszki na wierzbie, a wyszło, jak wyszło. Największą bolączką dzieła studia Gearbox Software było oparcie kampanii promocyjnej na bezczelnym kłamstwie. Zaprezentowane przez dewelopera fragmenty gameplayu prezentowały się rewelacyjnie, zarówno pod względem rozgrywki, jak i oprawy wizualnej.

Gdy w końcu nadszedł czas premiery gry, wyszło na jaw, że wszystkie obietnic producenta nie miały pokrycia w rzeczywistości – produkcja była niemiłosiernie zabugowana i posiadała średnich lotów grafikę. Ze względu na niedopracowaną sztuczną inteligencję, walka z kosmicznym przeciwnikiem nie dawała żadnej satysfakcji. Porażka na całej linii… Na szczęście wydany jakiś czas później Obcy: Izolacja zatarł złe wspomnienia po tragicznym Colonial Marines.

Crash of the Titans

Zapoczątkowana przez studio Naughty Dog seria Crash Bandicoot była jednym z lepszych cyklów, jakie oferowało pierwsze PlayStation. Choć edycje na kolejną konsolę Sony tworzył inny producent, to jednak nadal przygody pokręconego jamraja śledziło się z wypiekami na twarzy. Zabawa dobiegła końca, gdy prawa do marki przejął Activision i zlecił produkcję następnej części firmie Radical Entertainment. Nowy deweloper stwierdził, że oryginalna formuła paltformówek jest skostniała i wprowadził do serii sporo modyfikacji.

Pierwszą z nich było nastawianie na bezpośrednią walkę z przeciwnikami poprzez dosiadanie potężnych potworów. Nie dosyć, że wprowadzone przez producenta zmiany zepsuły klimat radosnych i głupkowatych poprzednich części, to jeszcze sprawiły, że gra nawet jako oddzielny produkt nie do końca dobrze sobie radziła. Crash of the Titans był toporny i nieprzyjazny w użytkowaniu, głównie przez niewygodne sterowanie tytułowymi tytanami. Activision widocznie nie widziało żadnego problemu, ponieważ rok później do sprzedaży trafił Crash Mind over Mutant korzystający z rozwiązań użytych w poprzedniej części.

Fighting Force 2

Ile to ja się zagrywałem w pierwszą część Fighting Force… Beat ‚em up studia Core Design oferował fenomenalny gameplay, ciekawych bohaterów oraz świetnie zaprojektowane poziomy. Styl gry przywodził na myśl oldschoolowe Double Dragon lub inne tego typu produkcje, tyle, że tym razem akcję obserwowaliśmy w trzech wymiarach. Siłą napędową tytułu była możliwość grania w kooperacji, dzięki czemu pojedynki z przeciwnikami były jeszcze bardziej widowiskowe.

Producent idąc za ciosem postanowił przygotować bezpośrednią kontynuację gry. Niestety odebrał wszystko to, z czego słynęła „jedynka”. W sequelu zamiast beztrosko naparzać się po pyskach na mieście, więcej czasu spędzaliśmy na strzelaniu do bad guy’ów pewnej korporacji. Z produkcji usunięto również opcję grania w dwie osoby, co dodatkowo wbiło jej gwóźdź do trumny. Nie było także wyboru głównego bohatera – przez cały czas musieliśmy męczyć się z nudnym komandosem Hawkem Mansonem.

Star Wars: Battlefront (2015)

Pierwsze Battlefronty były przyjemnymi produkcjami, ale jakoś specjalnie się nimi nie ekscytowałem. Z najnowszą odsłoną wyglądało to jednak zgoła inaczej. Hype nakręcony na dzieło studia DICE, napędzany premierą filmu „Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy”, był wręcz niesamowity. Producent co i rusz udostępniał nowe materiały promocyjne, zachwycając poziomem grafiki i dbałością o detale. Star Wars: Battlefront faktycznie wyglądał nieziemsko, ale to właściwie jedyna zaleta tego tytułu.

Strzelanie blasterami zostało znacząco ułatwione, żeby gra była odpowiednia nawet dla najmłodszych graczy, co już na starcie sugerowało, że mamy do czynienia z niezbyt poważnym dziełem. Poza tym, Battlefront oferował bardzo mało zawartości, przez co gra po kilkunastu godzinach zaczynała niesamowicie męczyć. Sytuację uratowały nieznacznie płatne rozszerzenia, ale i tak nadal liczba dostępnych broni i perków pozostawia wiele do życzenia. Gdyby chociaż deweloper przygotował kampanię dla pojedynczego gracza, wtedy pewnie byłbym zachwycony. Niestety, terminy goniły, a DICE musiało wyrobić się przed premierą filmu.

Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Zostaw komentarz