RetrON: Powrót do Akademii Jedi

0

Czyli wspominki ze Star Wars Jedi Knight: Jedi Academy.

Bitewna kurzawa na Scarif jeszcze nie opadła, dlatego pierwszy artykuł na łamach Eksperta Ceneo o tematyce retro postanowiłem poświęcić właśnie Gwiezdnym Wojnom, a konkretniej grze Star Wars Jedi Knight: Jedi Academy, tytułowi, który darzę ogromnym sentymentem i który nawet teraz wspominam z rozrzewnieniem. Zapraszam w podróż do odległej galaktyki i – przynajmniej z perspektywy gracza – nie mniej odległych czasów. W 2003 roku, bo o nim właśnie mowa, znajdowaliśmy się mniej więcej tam, gdzie teraz. Gwiezdne Wojny przeżywały drugą młodość, ponieważ zaledwie rok wcześniej miała miejsce premiera Ataku Klonów, a tylko dwa lata dzieliły nas od momentu kulminacyjnego Nowej Trylogii, czyli Zemsty Sithów. W takiej oto atmosferze pojawiła się kolejna część serii Jedi Knight.

Siła przyciągania Jedi Academy wynikała z faktu, że żadna inna gra, ani wcześniej, ani też później, nie dawała tak rzeczywistej iluzji wcielenia się w Rycerza Jedi. Zapytacie pewnie: „a co z Knights of the Old Republic czy The Force Unleashed”? Zgodzę się, że zarówno pierwszy, jak i drugi z wymienionych tytułów, rozpalał wyobraźnię do czerwoności, ale „Akademia” górowała nad nimi w jednej, ale za to fundamentalnej kwestii, którą był… systemem walki! Tylko tyle i aż tyle. W Knights of the Old Republic była ona efektowna, ale udział gracza ograniczał się wyłącznie do wydawania rozkazów. The Force Unleashed oferowało z kolei widowiskowe kombinacje i odczuwalną potęgę Mocy, ale niestety zawodziło na pozostałych frontach.

Bohaterowie w komplecie
Bohaterowie w komplecie

Wyjątkowość Jedi Academy wynika z faktu, że gra naprawdę pozwala zrozumieć, dlaczego miecz świetlny był elegancką bronią na bardziej cywilizowane czasy. Walka była widowiskowa, ale finezyjna i wymagała ogromnej wprawy. W przeciwieństwie do poprzedniej części serii, czyli Star Wars Jedi Knight II: Jedi Outcast, gdzie w ręce graczy oddano tylko i wyłącznie zwykły miecz świetlny, w „Akademii” dorzucono jeszcze drugi, jak również miecz podwójny à la Darth Maul. Warto wspomnieć, że style walki wyraźnie się od siebie różniły, a opanowanie któregokolwiek z nich do perfekcji wymagało sporego wysiłku i niemałej cierpliwości. Zwycięstwa na arenach były jednak wystarczającą zapłatą za włożony w trening trud.

Pojedynki na miecze świetlne dają najwięcej frajdy
Pojedynki na miecze świetlne dają najwięcej frajdy

Walka nabierała kolorów tak naprawdę dopiero w trybie wieloosobowym. Chociaż w „Akademii” potęga Mocy była wyraźnie odczuwalna, największą satysfakcję dawały mi starcia, w których jej używanie było zabronione, a o zwycięstwie decydowało doświadczenie w fechtunku. To właśnie od Jedi Academy zaczęła się moja przygoda z amatorskimi rozgrywkami w ramach różnych klanów. Pamiętam też, że wiele z nich roztaczało wokół siebie aurę prawdziwego Zakonu Rycerzy Jedi, czego przejawem był chociażby podział na mistrzów, rycerzy i padawanów. Teraz pewnie brzmi to co najmniej pretensjonalnie, ale w 2003 roku robiło robotę i naprawdę działało na moją wyobraźnię. Jedi Academy oferowało sporo – zarówno mniej, jak i bardziej klasycznych – trybów rozgrywki wieloosobowej, ale przyznam szczerze, że w przeciwieństwie do pojedynków, niespecjalnie mnie one wtedy interesowały.

Sokół Millennium w pełnej krasie
Sokół Millennium w pełnej krasie

„Akademia” zasługuje na uwagę również ze względu na kampanię fabularną, która pozwalała wcielić się w młodego adepta rozpoczynającego trening pod okiem Kyle’a Katarna w szkole założonej przez Luke’a Skywalkera. Nie ma sensu zagłębiać się w tekst z okładki mówiący, że Jedi Academy daje możliwość odwiedzenia miejsc i spotkania bohaterów znanych z filmowej sagi. Ważne jest natomiast to, że wyłącznie gestii gracza pozostawało to, jakiej płci i rasy będzie kierowana przez niego postać, jak również to czy pozostanie po Jasnej, czy też podda się Ciemnej Stronie Mocy. Możliwość taką dawało już Star Wars Jedi Knight: Dark Forces II, ale weźcie proszę pod uwagę to, że „Akademia” była dopiero drugą albo trzecią grą osadzoną w uniwersum, z którą miałem większą styczność. Nadrabianie zaległości zacząłem dopiero później, właśnie pod wpływem Jedi Knight, Knights of the Old Republic, czy The Force Unleashed.

Tatooine nie robi już takiego wrażenia, na szczęście w sieci można znaleźć różne modyfikacje poprawiające grafikę
Tatooine nie robi już takiego wrażenia, na szczęście w sieci można znaleźć różne modyfikacje

Atutem Jedi Academy było i pozostaje to, że studio Raven Software wyposażyło grę w narzędzia dla moderów, dzięki czemu wkrótce po premierze w sieci zaroiło się od skórek i lokacji, jak również bardziej rozbudowanych modyfikacji pozwalających na przeżycie walk z filmowej sagi, takich jak pojedynek Luke’a Skywalkera i Dartha Vadera na Gwieździe Śmierci, czy Obi-Wana Kenobiego z Darthem Maulem na Naboo.

Misja w pędzącym pociągu była jedną z bardziej emocjonujących
Misja w pędzącym pociągu była jedną z bardziej emocjonujących

Na przestrzeni kilkunastu lat, które upłynęły od premiery, jak również przed napisaniem tego tekstu, wielokrotnie powracałem do „Akademii”. Chociaż wizualnie tytuł trąci myszką (w końcu powstał w oparciu o silnik id Tech 3, który już w 2003 roku był stary) nadal daje naprawdę sporo frajdy. Zawdzięcza to zarówno doskonałej mechanice walki, która według mnie nadal nie ma sobie równych, jak i doskonałej kampanii fabularnej. Mam tu na myśli nie tylko wyżej wspomnianą swobodę, ale i fakt, że Jedi Academy jest częścią dawnego Expanded Universe i prezentuje alternatywną – dla tej, którą Disney pokazał w filmie Przebudzenie Mocy – wizję przyszłości. Jeżeli nie mieliście jeszcze okazji zgłębić Jedi Academy, to wziąwszy pod uwagę kolejny boom na Gwiezdne Wojny, być może jest to ku temu najlepszy moment.


Dawid Sych

Od dziecka zapalony pecetowiec, a od niedawna konsolowy neofita. Kocha rozbudowane gry role-playing z masą statystyk i dziesiątkami okienek, najlepiej izometryczne i w klimacie science-fiction lub post-apo. Alergicznie reaguje na wszelkiej maści sandboksy oraz gry sportowe. Wielbiciel literatury klasycznej i amator dobrych seriali.

Zostaw komentarz