RetrON: Pierwsza przygoda Linka

0

Wspominamy pierwszą część serii The Legend of Zelda.

Wraz z premierą najnowszej konsoli Nintendo Switch, do sklepów trafiła kolejna odsłona przygód dzielnego Linka. Breath of the Wild z miejsca został okrzyknięty hitem, a średnia ocen w serwisie Metacritic sugeruje, że mamy do czynienia z jedną z lepszych gier w historii branży. Jest to o tyle fascynujące, że cykl cały czas utrzymuje tak wysoki poziom, choć swój debiut zaliczył dobre trzydzieści jeden lat temu. Osobiście uważam, że to właśnie odziany w zielone szaty wojak powinien być główną maskotką firmy, a nie jakiś tam wąsaty Marian czyszczący na lewo rury.

1

Wspominam o hydrauliku nie bez powodu, ponieważ wielki japoński wizjoner Shigeru Miyamoto pracował nad Super Mario Bros. w tym samym czasie, kiedy tworzył The Legend of Zelda. I choć ten pierwszy tytuł został popkulturowym fenomenem, znanym nawet przez osoby nie grające w gry, to druga produkcja oferowała znacznie bardziej skomplikowaną rozgrywkę i opcje wyprzedzające swoje czasy. Dzięki temu tytułowi, w 1986 roku ludzie na całym świecie dowiedzieli się, że istnieje coś takiego jak możliwość zapisywania stanu gry, bez konieczności wpisywania skomplikowanych kodów czy haseł. Takie rozwiązanie było wręcz konieczne w grze, gdyż ta była tak wielka, że ukończenie jej za jednym podejściem było wręcz niemożliwe.

Obecnie dostępność do pierwszej odsłony Zeldy jest znacznie ułatwiona, ale polscy gracze jeszcze w latach 90-tych ubiegłego wieku mieli problem z jakimkolwiek dotarciem do tej pozycji. Wynikało to głównie z tego, że produkcja nigdy nie trafiła na pirackiego Pegasusa (przynajmniej nigdy do takiej informacji nie dotarłem), święcącego wtedy triumfy we wszystkich domach w kraju nad Wisłą. Osobiście miałem to szczęście, że dużo starszy kuzyn miał dostęp do Nintendo Entertainment System, na którym bez problemu można było towarzyszyć Linkowi w niebezpiecznych wojażach. Podobnie jak w przypadku Super Mario Bros., tutaj również rozchodziło się o piękną księżniczkę, tyle, że tym razem sytuacja była znacznie bardziej dramatyczna. Zadaniem głównego bohatera było odnalezienie mitycznego przedmiotu zwanego Triforce of Wisdom, mającego pomóc mu w obudzeniu Zeldy ze śpiączki. W tym celu, chłopak przemierzał liczne lasy, pustynie, plaże, a nawet podziemia, żeby uratować swoją ukochaną.

2

W przypadku Mariana zadanie było stosunkowo proste – leciał przed siebie, omijał przeszkody, aż w końcu udawało mu się dotrzeć do wybranki serca. Link z kolei został rzucony do potężnego otwartego świata, pozbawiony jakiejkolwiek pomocy od producentów gry. W grze brakowało samouczków oraz bardziej rozbudowanych map, przez co od razu byliśmy rzucani na głęboką wodę. Ponadto, przygodę zaczynaliśmy bez żadnego uzbrojenia, lecz na szczęście dosyć szybko mogliśmy je zdobyć u pewnego kupca. Mniej spostrzegawczy gracze ruszali przed siebie kompletnie bezbronni, co szybko prowadziło ich do śmierci. Jak widać, From Software nie było pierwsze w tworzeniu tak skomplikowanych światów. Warto jeszcze wspomnieć, że w The Legend of Zelda musieliśmy odwiedzić osiem lochów, z czego kilka było otwartych już od początku gry. To zdecydowanie nie ułatwiało zadania.

O wysokim poziomie trudności świadczy także sposób korzystania z broni przez protagonistę. Gdy posiadaliśmy pełnię życia, Link atakował przeciwników z daleka, rzucając w nich bumerangiem lub wypuszczając z miecza magiczny pocisk. W momencie, gdy stracił choć jedno serce (nie było standardowego paska życia) tracił tę niezwykle przydatną umiejętność i był zmuszony atakować wrogów w tradycyjny sposób. Zmuszało to użytkownika do jak najbliższego podchodzenia do potworów, dodatkowo narażając go na obrażenia. Jak widać, w grze lepiej było nie popełniać błędów, bo byliśmy za nie dosyć mocno karani. W większości współczesnych tytułów działa to zdecydowanie w drugą stronę. Zapaleni gracze nie przejmowali się jednak wysokim poziomem trudności i brakiem jakichkolwiek „ułatwiaczy”, tylko brali sprawy w swoje ręce, próbując rozwiązać wszystkie problemy. Do dzisiaj pamiętam zeszyt kuzyna, w którym dokładnie rozrysowywał mapy, żeby podczas kolejnego podejścia wiedzieć dokładnie w jakie miejsca ma najpierw pójść i jakich zagrożeń ma unikać.

3

Wspominając o The Legend of Zelda nie można pominąć warstwy dźwiękowej, a zwłaszcza motywu przewodniego. Ten pomimo trzydziestu lat na karku nadal brzmi bardzo dobrze w oryginalnej wersji, dlatego z ochotą słucham go przy każdej możliwej okazji, nawet podczas pisania tego tekstu. Mam co do tej gry ogromny sentyment, zwłaszcza, że był to chyba mój pierwszy tytuł, jaki ogrywałem na NES-ie. Breath of the Wild może i jest wybitne, ale i tak nie ma startu do pierwszych przygód Linka, wyznaczających nowe standardy w branży gier. Na dobrą sprawę, gra nie zestarzała się jakoś bardzo, i obecnie wygląda bardziej jak jeden ze współczesnych indyków, aniżeli produkcja sprzed trzech dekad (pod warunkiem, że bardziej przymrużymy oczy). Co tu więcej pisać, The Legend of Zelda to istny majstersztyk.

Ciekawostka na koniec: Wiecie, że Shigeru Miyamoto planował umieścić w grze podróże w czasie? Futurystyczny Link – to mogłoby być ciekawe…

 
Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Zostaw komentarz