Recenzja pierwszego odcinka Life is Strange 2

0

Tak to się robi!

Do dzisiaj czuję ogromny żal do studia DONTNOD za to, co zrobiło ze świetnie zapowiadającym się Vampyrem. Francuski producent próbował stworzyć grę o wiele większą, z bardziej rozbudowaną rozgrywkę i mniej liniową fabułą. Efekt końcowy był naprawdę mizerny, o czym pisałem swego czasu w recenzji. Zdaję sobie sprawę, że każdemu zdarzają się błędy, dlatego nie przekreślałem pracy tej ekipy, ze względu na jednego średniaka. Aczkolwiek Remember Me też borykało się z wieloma problemami, ale to temat na inny artykuł. Skupmy się na tym, że studio doskonale poradziło sobie z pierwszym sezonem Life is Strange (zobacz reckę), którego kontynuacja niedawno trafiła do sprzedaży.

OD EFEKTU MOTYLA DO KINA DROGI

Nie jestem zwolennikiem gier będących w rzeczywistości interaktywnymi filmami, ponieważ często mają problem z utrzymaniem zainteresowania u użytkownika. Tak chociażby miałem z niedawnym Detroit: Become Human (sprawdź recenzję), pustą wydmuszką, próbującą nieudolnie uderzać w filozoficzne tony. Historia Max Caulfield w Life is Strange również nie była pozbawiona banałów, jednakże poruszyła mnie do reszty. Przez te kilka odcinków, niesamowicie zżyłem się z bohaterką oraz jej przyjaciółką Chloe Price. Śledzenie losów dziewczyn niekiedy przyprawiało o dreszcze, ale potrafiło też dawać mnóstwo radości. Twórcom udało się stworzyć tytuł pozbawiony szalonej akcji, który potrafił przykuć do ekranu na kilka wieczorów.

Pod koniec ubiegłego miesiąca do sprzedaży trafił pierwszy odcinek drugiej serii, poruszający całkowicie inną historię. Dlatego jeśli nie mieliście okazji sprawdzić poprzedniczki, to i tak śmiało możecie sięgać po „dwójkę”. Co najwyżej nie wyłapiecie drobnych nawiązań do oryginału – są one jednak na tyle subtelne, że tak naprawdę nie mają żadnego wpływu na fabułę lub rozgrywkę. Twórcy zrezygnowali z miasteczka Arcadia Bay i na chwilę przenieśli się do Seattle, gdzie zaczyna się opowieść. Historia opowiada o losach dwójki osieroconych braci, którzy w wyniku niesamowitego zbiegu okoliczności, wplątują się w nie lada aferę. Rodzeństwo ze strachu przed konsekwencjami, postanawia opuścić rodzinny dom i wyruszyć w niebezpieczną podróż przez Stany Zjednoczone. Ich celem jest Puerto Lobos w Meksyku.

BRATERSTWO WILKÓW

Początkowo miałem obawy, że ciężko będzie mi się zżyć z nowymi bohaterami, ale po uruchomieniu gry szybko zrozumiałem, że niepotrzebnie. Przez cały pierwszy epizod sterujemy poczynaniami kilkunastoletniego Seana, który musi opiekować się dziewięcioletnim Danielem. Na początku, jedynymi problemami nastolatka, było to, żeby skołować na imprezę prezerwatywy oraz lufkę do zioła. Szybko jednak musiał przejąć rolę „ojca” i zapomnieć o swoim dotychczasowym, jak się okazało, beztroskim życiu. Chłopak za wszelką cenę próbuje uchronić swojego brata, lecz sam tak naprawdę jest zagubionym dzieciakiem potrzebującym ukrycia się w bezpiecznych ramionach dorosłego człowieka. Na tym poprzestanę, ponieważ fabuła jest na tyle ciekawa, że warto ją odkryć samemu.

Pierwszy epizod rozpoczyna się od trzęsienia ziemi, ale w przeciwieństwie do Hitchcocka, napięcie potem nie wzrasta jeszcze mocniej. Zamiast tego, opowieść mocno spowalnia, a my mamy czas na lepsze poznanie bohaterów i oswojenie się z ich obecną sytuacją. Dialogi pomiędzy braćmi są przecudowne – czuć w nich dużo naturalności. Twórcy nie silą się na patetyczne wymiany zdań, tylko operują najprostszymi środkami, nie popadając dzięki temu w śmieszność. Podobało mi się również to, że to ja musiałem decydować o relacjach Seana z Danielem. Dzieciak potrafi nieraz dać w kość, i tylko ode mnie zależało, czy go opierniczyć czy przyklasnąć. Mam nadzieję, że podjęte przeze mnie decyzje będą miały ogromne znaczenie w kolejnych rozdziałach. Już teraz muszę przyznać, że działa to całkiem nieźle, gdyż wielokrotnie złapałem się na tym, że po dłuższym czasie wyszły na jaw konsekwencje moich wcześniejszych czynów.

CHCĘ WIĘCEJ!

Przed nami jeszcze kilka odcinków, na które czekam z niecierpliwością. Dlatego tak bardzo nie lubię epizodycznej formy dystrybucji, ponieważ zbyt mocno odrywam się od fabuły. Bez względu na to, warto zainteresować się drugim sezonem Life is Strange. Wszystko wskazuje na to, że DONTNOD wie co robi i ma naprawdę mocny pomysł na poprowadzenie fabuły. Trzymam mocno kciuki, żeby historia była jeszcze lepsza niż w pierwszej serii. Sean i Daniel na to zasługują.

Grę do testów dostarczyła firma CENEGA, za co serdecznie dziękuję!

Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Zostaw komentarz