Recenzja: Killzone Shadow Fall

0

Killzone: Shadow Fall

Każda nowa konsola w momencie premiery potrzebuje tytułów, które zwyczajnie będą napędzać jej sprzedaż. Jednym z nich miała być nowa odsłona Killzone’a.

Wybór kolejnej części popularnej serii wydawał się oczywisty. Guerrilla Games, jedno z wewnętrznych studiów Sony, zasłynęło w poprzedniej generacji jednymi z najpiękniejszych technologicznie tytułów na PlayStation 3. Dlatego też właśnie ci specjaliści mieli wprowadzić japońskiego giganta w nową generację konsol. Jak studio poradziło sobie z niewątpliwą presją, jaka spoczęła na ich barkach? Czy Killzone: Shadow Fall jest shooterem następnej generacji?

Killzone: Shadow Fall

Wprowadzenie do fabuły

Najnowsza odsłona serii kontynuuje wątki znane jeszcze z PlayStation 3. Znajomość historii poprzednich części nie jest jednak wymagana. Tyran Visari został obalony, a zagrożenie ze strony Helghastów, przynajmniej tymczasowo, zażegnane. Po zakończeniu działań wojennych mieszkańców nieprzyjaznej planety zaczęto sprowadzać na ziemię (Vektan), aby zapewnić im schronienie. Różnice wśród społeczeństw dwóch planet okazały się jednak zbyt silne i niektóre z miast zostały ogrodzone murem. Dodatkowo sytuacja uchodźców przez ostatnie kilka lat pobytu na ziemi znacznie się pogorszyła, co pogłębiało poczucie separacji i sprzyjało rozwojowi rządów twardej ręki. Nie trzeba było długo czekać, by napięcie pomiędzy dwoma nacjami sięgnęło zenitu.

To właściwie wszystkie informacje, jakich potrzebujemy, by sprawnie wejść w meandry fabularne świata przedstawionego. I jak już nie trudno się domyślić, gracz, jako młody żołnierz po przejściach, znajdzie się w samym centrum eskalującego konfliktu. Niestety, pomimo całkiem intrygującego zarysu historii mającego potencjał na ciekawe odniesienia do problemów na tle rasowym czy narodowościowym, cały potencjał pęka jak bańka mydlana, ustępując miejsca mocno oklepanej hollywoodzkiej epopei o ideałach, poświęceniu i tym podobnych kliszach.

Killzone: Shadow Fall

Mechanika

Szczęśliwie Killzone nigdy nie był grą, do której siadało się dla fabuły. Rdzeniem rozgrywki była zawsze mechanika strzelania. Seria jest też jedną z tych, które obok Halo spopularyzowały gatunek FPS na konsolach. Nagle okazało się, że pecety nie są jedynymi maszynami, na których komfortowo można grać w pierwszoosobowe strzelanki. Co więcej: szósta generacja konsol oferowała już możliwość wieloosobowej rozgrywki sieciowej. Killzone: Shadow Fall nie próbuje wynaleźć koła na nowo. Podręcznikowo adaptuje rozwiązania od lat sprawdzające się w shooterach wydawanych na konsole, a przy tym dodaje własne szlify, czyniąc rozgrywkę jeszcze bardziej komfortową.

Każdy weteran konsolowych FPS’ów poczuje się w najnowszej grze Holendrów, jak ryba w wodzie. Próg płynnego wejścia do gry jest wyjątkowo niski. Momentalnie wiemy jak wycelować i strzelić. Podobnie jednak, jak w poprzednich częściach serii, czujemy charakterystyczny „ciężar” noszonej broni oraz niejednokrotnie musimy brać poprawkę na prowadzony przez nas ogień. O ile w przypadku rozgrywki dla pojedynczego gracza i walki z oskryptowanymi przeciwnikami szybko załapiemy wszystkie niuanse, tak rozgrywka wieloosobowa, to już zupełnie inna para kaloszy.

Killzone: Shadow Fall

Grafika

Cytując klasyka: jaki koń jest, każdy widzi. Najnowsza odsłona Killzone zachwyca wizualnie, a ogrom detali atakuje nas praktycznie na każdym kroku. Od razu wiemy, że mamy do czynienia z tytułem stworzonym specjalnie z myślą o nowej generacji konsol zorientowanym na to, by jak najlepiej zaprezentował graficzne możliwości sprzętu. Cała reszta, nawet fabuła czy mechanika, mogłyby kuleć, ale plan był taki, aby graficznie tytuł był produktem pierwszego sortu.

Podczas gry odniosłem wrażenie, że twórcy wręcz do przesady chcieli zwrócić na ten aspekt uwagę. Podczas rozgrywki gra regularnie karmiła mnie charakterystycznymi najazdami kamery mającymi na celu ukazanie wszystkich detali otoczenia. Nie zabrakło też częstych, karykaturalnych najazdów na twarze bohaterów, tak że mogłem policzyć wszystkie stróżki potu spływające po skroniach wirtualnych postaci. O ile za pierwszym razem faktycznie wszystkie wymienione elementy robią wrażenie, to za którymś kolejnym razem zwyczajnie to męczy. Myślę że każdy gracz, także bez tego typu nachalnych zabiegów, będzie w stanie docenić piękno nowego Killzone’a.

Killzone: Shadow Fall

Multiplayer

O ile w rozgrywce singleplayer możemy przebijać się przez kampanię w sposób względnie dowolny, tak już tryb sieciowy wymusi na nas odgrywanie konkretnej roli. Nie jest to jednak minus. W przypadku gry dla wieloosobowej, co mecz przyjdzie nam wcielać się w jedną z trzech dostępnych klas postaci: zwiadowcy, wsparcia i szturmowca, którymi, w zależności od sytuacji na polu bitwy, przyjdzie nam żonglować. Na graczu zostaje bowiem wymuszona potrzeba adaptacji do zmieniających się warunków rozgrywki za sprawą znanego już z wcześniejszej części trybu Warzone (dłuższa rozgrywka składająca się z pięciu rodzajów meczy). Czyni to tryb multiplayer znacznie bardziej angażującym w stosunku do kampanii singlowej. Jeśli jednak nie jesteśmy zainteresowani taką karuzelą, zawsze możemy skupić się na pojedynczych, klasycznych trybach rozgrywki.

Rozgrywka sieciowa w Killzone znacznie odbiega od tego, co znamy chociażby z Battlefielda czy Call of Duty. Pomimo tego, że pozornie jest to ten sam gatunek, multiplayer od Guerrilla Games rządzi się własnymi, specyficznymi prawami. Pierwsze skrzypce gra tu wspomniany już wcześniej nietypowy, ociężały model strzelania, raczej rzadko spotykany w innych tego typu tytułach. Jednak jako jeden z wiodących tytułów sieciowych dla PlayStation 4, nowy Killzone sprawdza się znakomicie. Rozmachem może nie jest w stanie konkurować chociażby z wydanym niedawno Destiny, jednak posiada swoją oddaną niszę.

Killzone: Shadow Fall

Podsumowanie

Killzone: Shadow Fall to gra ze sporym potencjałem, który jednak nieco ulotnił się pod wpływem presji, jaka ciążyła na twórcach na starcie nowej generacji. Guerrilla Games skupiło się praktycznie wyłącznie na oprawie wizualnej, zapominając jednocześnie o tym, jak ciekawe historie potrafią opowiadać gry wideo. Szczęśliwie charakterystyczny, dopracowany model strzelania skutecznie wypełnia tę lukę. Wciąż jednak trochę boli fakt, że gry holenderskiego studia zawsze służą jako swoiste demo technologiczne obrazujące możliwości poszczególnych konsol Sony. Życzę twórcom, aby przy okazji swojej następnej swojej gry wyrwali się z tej szuflady.

pro2

 

 

  • Przepiękna oprawa graficzna,
  • Angażujący multiplayer,
  • Unikalna mechanika strzelania

kosa2

 

 

  • Wyjątkowo mierna warstwa fabularna.


Adam Szymański

Gracz od piątego roku życia, gdy brat pozwalał mu pogrywać na Commodore 64 oraz Amidze. Przez lwią część życia zagorzały pecetowiec, niestroniący jednak od konsol. Miłośnik otwartych światów i rozwiązań społecznościowych w grach wideo. Obecnie zakochany w marce Nintendo.

Zostaw komentarz