Recenzja A Way Out. Poszukiwacze drugiej szansy

0

Życie na krawędzi.

  NASTĘPNA 

Czasami rozmawiam z redakcyjnymi kolegami, o tym, że gry coraz rzadziej oferują unikatowe doznania, że zima powinna dawno się skończyć, a także o tym, że się nie chce, a trzeba. Na szczęście, przynajmniej w jednej z tych trzech spraw nie mamy racji i skoro kliknęliście w te recenzję, to wiecie już o co chodzi. Nigdy mi się nie będzie chciało, śnieg pewnie skończy sypać w połowie sierpnia, ale na szczęście na dysku mojej konsoli zawitała tak dobra gra, że na chwilę zapomniałem o marazmie w jaki wpada branża growa. A Way Out to produkcja niesamowicie odświeżająca, dająca nadzieję na to, że jeszcze nie wszystko stracone.

SKAZANI NA SPOILERY

Napisanie tego tekstu wiele mnie kosztuje, ponieważ chciałbym się z wami podzielić pełnymi wrażeniami, ale niestety nie chcę psuć nikomu zabawy. Szczegółowe opisanie A Way Out wiązałoby się z przeokrutnymi spoilerami, dlatego musicie mi wybaczyć, ale będę rzucał głównie ogólnikami. Żeby jednak przybliżyć wam, z czym mamy do czynienia, nakreślę pokrótce główny wątek fabularny. Historia splata losy dwóch bohaterów, którzy z różnych przyczyn trafiają do tego samego więzienia. Dosyć szybko wychodzi na jaw, że mężczyzn łączy wspólny cel, ale żeby go osiągnąć, muszą wyrwać się wpierw z pierdla. W trakcie rozgrywki jednocześnie śledzimy losy obu bohaterów.

Kadry są dynamiczne - zmieniają swoje kształty, dodają dodatkowe okienka i wyświetlają letter boksy. Oznacza to, że jeden z graczy może mieć przerywnik filmowy, kiedy drugi w tym czasie wykonuje cele misji.
Kadry są dynamiczne – zmieniają swoje kształty, dodają dodatkowe okienka i wyświetlają letter boksy. Oznacza to, że jeden z graczy może mieć przerywnik filmowy, kiedy drugi w tym czasie wykonuje cele misji.

Na tym polega cały myk produkcji studia Hazelight. Tytułu nie można ukończyć w pojedynkę, jedyną opcją jest gra w kooperacji. Zapytacie, „Jak to? Chwila! Dlaczego?”, a ja wam odpowiem „Tak”. Ta informacja może odstraszyć część graczy, ponieważ w takiej sytuacji często pojawia się problem z namówieniem kumpla do kupienia swojego egzemplarza, żeby można było wspólnie naparzać online. Na szczęście, producent poszedł graczom na rękę, umożliwiając im zabawę w Sieci bez konieczności kupowania dwóch kopii. Wystarczy, że jeden z użytkowników zainstaluje grę na dysku i zaprosi do zabawy kompana. Wtedy automatycznie drugiej osobie pobiorą się odpowiednie pliki i można startować. Oczywiście, dostępna jest także kooperacja kanapowa, która moim zdaniem sprawdza się o wiele lepiej, ale do tego przejdę za chwilę.

JAK BRAT Z BRATEM

Rozłożenie historii na dwie postacie okazało się strzałem w dziesiątkę. Fabuła może nie należy do najbardziej oryginalnych, ale właśnie dzięki sposobowi jej przedstawienia nie zwracamy uwagi na wszelakie klisze czy zapożyczenia z innych dzieł popkultury. Ogromną siłą jest także kreacja protagonistów, którzy zdecydowanie nie należą do najbardziej krystalicznych postaci, jakimi mieliśmy przyjemność sterować w grach. Ponadto, każdy z bohaterów został świetnie rozpisany, dzięki czemu już po kilkunastu minutach doskonale wiemy, z jakimi typami przyjdzie nam obcować. Vincent pełni funkcję tego rozsądnego, działającego metodycznie, bez większego ryzyka, natomiast Leo to prawdziwy ogień, idealny przykład gościa, który wcześniej coś zrobi, a potem ma to w du… gdzieś.

  NASTĘPNA 

WERDYKT

  • OCENA KOŃCOWA
    8.7
  • Ocena użytkowników (0 głosów)
    0
    Your Rating:
Podsumowanie

Na A Way out czekałem z niecierpliwością, ale nie sądziłem, że aż tak bardzo mnie oczaruję. Twórca świetnego tytułu Brothers: A Tale of Two Sons ponownie udowodnił, że wie jak grać na emocje oraz jak bawić się konwencją i mechanikami z gier.

87%
87
Bardzo dobra
1 2
Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Zostaw komentarz