„Zimna wojna” nic nie wygrała, za to „Bohemian Rhapsody” niestety tak. Jak wypadła tegoroczna gala Oscarów?

0

Spoiler – w tekście nie wspomnę nic o prowadzącym, bo w tym roku takowego nie było. I w sumie dobrze.

Do tegorocznych Oscarów podchodziłem ze sporą rezerwą, ponieważ w poszczególnych kategoriach nominowanych było kilka filmów, którym bardzo nie kibicowałem, a te miały ogromne szanse na wygraną. Oczywiście, moje obawy się sprawdziły, przez co kilkukrotnie musiałem oglądać na scenie twórców „Bohemian Rhapsody” – beznadziejnego, samozachowawczego filmu biograficznego, który nie tylko kompletnie nie wykorzystał potencjału drzemiącego w życiorysie Freddiego Mercurego, to na dodatek zawodził pod względem realizacji. Jedynie muzyka w tym filmie była świetna, ale to akurat zasługa legendarnego zespołu Queen.

Źródło: Oscars.org
Źródło: Oscars.org

Na szczęście, to jednak nie „Bohemian Rhapsody” okazało się być najważniejszą produkcją na gali. Ten zaszczyt przypadł filmowi „Green Book” w reżyserii Petera Farrelly’ego, który otrzymał najważniejszą statuetkę imprezy. Była to trochę nagroda pocieszenia, lecz kompletnie mi to nie przeszkadza. Bardzo cieszy mnie taki obrót sprawy, ponieważ opowieść o rodzącej się przyjaźni dwóch mężczyzn pochodzących z kompletnie innych światów, była niezwykle poruszająca, ale i przy tym bardzo zabawna. Cieszy mnie także wyróżnienie Mahershala Aliego jako najlepszego aktora drugoplanowego. Kreacja doktora Dona Shirleya może nie była szczytem jego aktorskich umiejętności, jednakże przykuwała uwagę i zapadała mi w pamięć. Szkoda tylko, że Vigo Mortensen musiał obejść się smakiem – jego statuetkę zgarnął Rami Malek za wypasioną sztuczną szczękę Mercurego. A dodam jeszcze tylko, że akademia miała również do wyboru Christiana Bale’a, Williama Dafoe i Bradleya Coopera. Trochę siara.

Jak wielu Polaków, mocno kibicowałem „Zimnej Wojnie”, choć samego filmu jakoś szczególnie nie udało mi się pokochać. Prawda, jest to cudownie wykonana technicznie produkcja, ze świetnie nakreślonym tłem historycznym, lecz opowieść nie wgniotła mnie w fotel. Dzieło Pawła Pawlikowskiego miałoby jednak szansę przynajmniej na jednego Oscara (tytuł był nominowany w trzech kategoriach), jednakże pech chciał, że w tych samych kategoriach pod uwagę była brana „Roma”, za którą odpowiada niezwykle utalentowany Alfonso Cuarón. Jak już pewnie wiecie, Meksykanin zgarnął naszym rodakom sprzed nosa wszystkie statuetki, pokazując jednocześnie, jak ogromna siła drzemie w platformach streamingowych. Włodarze Netfliksa mają powody do dumy.

Radość zagościła także wśród twórców „Czarnej Pantery”. Produkcja otrzymała aż trzy statuetki i właściwie z każdą jestem w stanie się zgodzić. Może jedynie nagrodę za najlepszą scenografię przełożyłbym w ręce „Pierwszego człowieka”, ale na szczęście historia Neila Armstronga została doceniona przynajmniej za efekty specjalne. Swoją drogą, w pełni zasłużenie, gdyż film prezentował się obłędnie. Sztuką jest stworzyć klaustrofobiczną opowieść o podróżach w przestrzeń kosmiczną. Zrealizowana bez żadnego rozmachu scena z lądowaniem na księżycu, to prawdziwa poezja i magia kina w najczystszej postaci. Taką magię można również było zauważyć w kreacji świata „Czarnej Pantery”, dlatego statuetki za scenografię i kostiumy w tym przypadku musiały iść w kolektywie.

Specjalnie w tekście nie poruszam tematu „poprawności politycznej” (czego?), czy innych obecnie aktualnych nurtów społecznych. Oscary praktycznie zawsze miały polityczny wydźwięk, dlatego nie powinno nikogo dziwić to, że promowane są filmy poruszające tematykę istotną dla współczesnego świata. Osobiście, cieszę się, że tak jest, ponieważ w ten sposób dowiedziałem się o wielu produkcjach, którymi prawdopodobnie nigdy wcześniej bym się nie zainteresował. Możliwe, że olałbym całkowicie „Green Book”, gdyż kampania promocyjna w Polsce była na tyle słaba, że prawie przegapiłem tę premierę w kinie. Spróbujcie zrozumieć też, że są to amerykańskie nagrody, więc przyznawane są według ich punktu widzenia. Dla nich „Czarna Pantera” była niezwykle istotnym dziełem, dla nas średnim filmem komiksowym, ze świetnie przedstawioną Wakandą i jej kulturą. Aczkolwiek nie mogę zrozumieć jednego…

Źródło: Oscars.org
Źródło: Oscars.org

… dlaczego do licha „Bohemian Rhapsody” wygrało aż tyle statuetek? Na szczęście, to tylko zabawa… Prawda?

PS. Oczywiście mam też mega podjarkę, że „Spider-Man: Uniwersum” zostało okrzyknięte najlepszą animacją, a utwór Shallow z filmu „Narodziny gwiazdy” doceniono jako najlepszą piosenkę. Bradley Cooper i Lady Gaga dali czadu! Pozostałe wyniki znajdziecie na głównej stronie Oscarów.

Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Zostaw komentarz