Mój pierwszy raz. Czy drony są spoko?

0

Każdy latać może. Ja akurat gorzej.

Jak każdy facet jaram się wszystkimi urządzeniami podatnymi na kontrolę. Dlatego lubię gierki, jazdę samochodem, a w windzie to zawsze ja wduszam odpowiedni przycisk. Nigdy jednak nie miałem do czynienia z dronami, wymagającymi od użytkownika perfekcyjnego opanowania, gdyż tylko wtedy można w pełni czerpać z nich przyjemność. Możliwość przetestowania tego rodzaju zabawek umożliwiła mi firma Hama, podsyłając dwa modele kwadrokopterów. Polatałem trochę, pobawiłem się i pod wieloma względami byłem zachwycony. Niestety, jak to zwykle w życiu bywa, musiało być jakieś „ale”.

fot. Paweł Malanowski (PAV)
fot. Paweł Malanowski (PAV)

TO LATA!

Pierwszy problem po rozpakowaniu dronów, pojawił się w momencie, gdy uświadomiłem sobie, że mieszkam praktycznie w centrum miasta. A jak wiadomo, śmiganie ludziom nad głowami nie byłoby zbyt dobrym rozwiązaniem. Pojechałem więc do teściów i u nich na ogródku rozłożyłem cały swój mandżur. Koniecznie pamiętajcie o tym podczas kupna dronów. Nie, żeby jechać do moich teściów, tylko, że drony zostały uregulowane przez prawo. Nawet jeśli nie wyrządzicie nikomu żadnej krzywdy, to mogą was czekać nieprzyjemności, kiedy zostaniecie złapani na korzystaniu z kwadrokopterów w miejscach niedozwolonych. W sumie, bardzo dobrze, że tak to wygląda. Sam szybko uświadomiłem sobie, jak mogą to być niebezpieczne urządzenia w rękach amatora.

Jak pisałem wcześniej Hama podesłała mi dwa modele – Racemachine (większy) i  Looptastic (mniejszy). Tak więc, mały przeznaczony jest głównie do latania w zamkniętych pomieszczeniach, ponieważ jego waga wynosi zaledwie 70g. Spróbowałem wziąć go na świeże powietrze, ale wystarczył większy podmuch wiatru i całkowicie straciłem kontrolę nad pojazdem. Dlatego z troski o meble, ściany i małżonkę postanowiłem, że odłożę zabawkę do kartonu i skupię się na dużym wariancie. Tutaj zaczęła się prawdziwa zabawa – wersja ta jest o wiele masywniejsza, lepiej się nią operuje, a ponadto w każdej chwili możną ją zamienić w zdalnie sterowany samochodzik. Do zestawu dołączane są koła, które podmieniamy ze śmigłami. Bajeranckie rozwiązanie.

fot. Paweł Malanowski (PAV)
fot. Paweł Malanowski (PAV)

Pierwsza próba uniesienia maszyny okazała się niepowodzeniem, tak samo druga i trzecia. W tym przypadku warto więc skorzystać z instrukcji obsługi (najgorzej!), żeby ogarnąć jak należy skalibrować drona. Na szczęście jest to banalne zadanie, a całość została dobrze i klarownie wyjaśniona przez producenta. Kiedy w końcu udało mi się utrzymać w powietrzu, wtedy dopiero poczułem, czemu ludzie tak bardzo się tym jarają. Śmiganie „po przestworzach” to rewelacyjne uczucie – nie potrzebowałem zbyt dużo czasu, żeby się w to na maksa wkręcić. Obsługa kwadrokoptera nie należy do najprostszych, ale to właśnie nauka kontrolowania lotu daje najwięcej satysfakcji. Dawno nie czułem takiej frajdy, jak w momencie, gdy udało mi się bezbłędnie przelecieć pomiędzy kilkoma drzewami, a następnie wylądować w wyznaczonym wcześniej punkcie. Niestety, hulanka nie trwała zbyt długo… Dosłownie.

KRÓTKODYSTANSOWCE

Największym problemem testowanych przeze mnie dronów rekreacyjnych (domyślam się, że tak jest z większością sprzętów z tej kategorii cenowej) był niesamowicie krótki czas użytkowania. Po pełnym naładowaniu baterii, zarówno z Looptastic, jak i Racemachine mogłem korzystać maksymalnie od ośmiu, do dziesięciu minut. Jest to zdecydowanie zbyt mało, zwłaszcza, że akumulator potrzebuje co najmniej godziny, żeby osiągnąć pełną moc. Trochę średnio mi się to kalkuluje, zwłaszcza, że z dronów powinniśmy korzystać na terenach wiejskich bądź niezagospodarowanych przez ludzi. Jakoś nie jara mnie wizja jechania ponad godzinę za miasto, tylko po to, aby przez kilka minut polatać plastikowym samolocikiem. Ponadto, większy model może rozładować się jeszcze szybciej, kiedy skorzystamy z umieszczonej pod pokładem kamery. Jakość obrazu nie jest najgorsza (720p), ale to i tak ma niewielkie znaczenie, gdy weźmiemy pod uwagę to, że właściwie w tak krótkim czasie nie zdążymy nagrać porządnego materiału.

Jestem wdzięczny Hamie, ponieważ w końcu, po tylu latach rozważań, miałem okazję przekonać się na własnej skórze, jak to jest polatać dronem. Z żalem muszę jednak stwierdzić, że jestem delikatnie rozczarowany. Nie zmienia to jednak faktu, że od tej pory praktycznie cały czas wożę ze sobą Racemachine, ponieważ nigdy nie wiem, kiedy najdzie mnie ochota na odrobinę lataniea. Nawet jeśli miałoby to trwać zaledwie małą chwileńką – to w pełni wystarcza, żeby poczuć się jak as przestworzy. Chyba, że nie umiemy latać… Wtedy można chociaż popatrzeć, jak kwadrokopter fikuśnie odbija się od pobliskiego drzewa. Zabawa to zabawa.

Sprzęt do testów dostarczyła firma Hama, za co serdecznie dziękujemy!

Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Zostaw komentarz