Misja: odnaleźć Ziemię. Recenzja The Long Journey Home

0

Nudna podróż w nieznane.

The Long Journey Home jest pierwszą grą Deadalic West, będącego oddziałem studia Daedalic Entertainment, które znane jest szerszej publiczności z przygodówek z serii Deponia czy produkcji na licencji Das Schwarze Auge. TLJH to coś zupełnie innego – wariacja na temat kosmicznej piaskownicy z elementami roguelike i strategii. W teorii brzmi całkiem nieźle, a jak prezentuje się w rzeczywistości?

Ludzie w końcu wyrwali się z okowów Układu Słonecznego. Nie wszystko poszło jednak zgodnie z planem, ponieważ dziewiczy lot pierwszego ziemskiego statku załogowego zdolnego do międzygalaktycznych podróży zakończył się nie na pobliskiej Alpha Centauri, ale kilkadziesiąt tysięcy parseków dalej. Teraz załoga musi znaleźć drogę powrotną do domu. Przed rozpoczęciem podróży wybiera się statek kosmiczny, lądownik i czterech członków załogi. Ostatnim krokiem jest wylosowanie wszechświata, naszej własnej piaskownicy. Losowanie polega na wpisaniu w specjalnym generatorze kilku liter. Ma to tę zaletę, że po wstukaniu tej samej frazy inny gracz będzie mógł odwiedzić ten sam wszechświat.

Opanowanie sterowania statkiem to podstawa

Proceduralnie generowany świat gry jest bez wątpienia największą atrakcją The Long Journey Home. Rozwiązanie to sprawia, że każda kolejna przygoda różni się od poprzedniej. Na różnorodność rozgrywki wpływ mają też statystyki statku kosmicznego i lądownika oraz charaktery i umiejętności załogi. Zabawa polega na podróżowaniu od układu do układu, zbieraniu surowców, wykonywaniu prostych zadań oraz kupowaniu sprzętu i uzupełnianiu zapasów. Brzmi ciekawie, ale według mnie pozbawione jest dostatecznej głębi i po stosunkowo krótkim czasie do zabawy wkrada się nieznośna monotonia. Co z tego, że we wszechświecie roi się od obcych cywilizacji i planet do odkrycia, skoro brakuje temu wszystkim polotu? W teorii członkowie załogi posiadają odmienne charaktery i zdolności specjalne. W praktyce nie jest to prawie w ogóle odczuwalne. Od czasu do czasu na ekranie wyświetlane są wypowiedzi bohaterów, a pewnych przedmiotów mogą używać tylko i wyłącznie wybrane postaci, ale to wszystko. Znacznie lepiej wypadają kosmici, którzy rzeczywiście są różnorodni. Co więcej, być albo nie być naszej załogi w dużej mierze zależy od poznania zwyczajów i charakterów przedstawicieli obcych cywilizacji. Cieszy, że twórcy podeszli do tematu z przymrużeniem oka i kontakty z kosmitami zabarwione są humorem.

Wszechświat pełen jest obcych cywilizacji

Drażni nie tylko mało rozbudowana mechanika rozgrywki, ale także przeciętne sterowanie. Przemieszczanie się w obrębie układów planetarnych z wykorzystaniem silników statku oraz grawitacji ciał niebieskich daje sporo frajdy. Gorzej wypada sterowanie w trakcie walk w kosmosie czy lądowania na planetach – jest toporne i frustrujące, zwłaszcza w sytuacji, kiedy na co dzień korzysta się z klawiatury i myszy, a nie kontrolera. Sterowanie bywa uciążliwe na planetach z normalną grawitacją i sprzyjającymi warunkami pogodowymi, tam gdzie klimat jest gorszy, zmienia się w prawdziwy koszmar. Dodam, że zarówno statek matkę, jaki i lądownik, łatwo jest uszkodzić, a naprawy tanie nie są. Członkowie załogi też nie są nieśmiertelni, a nie ma nigdy gwarancji, że stacja kosmiczna, która oferuje stosowne usługi, znajduje się w zasięgu naszego statku kosmicznego. Na szczęście paliwo i egzotyczną materię, która potrzeba jest do podróży międzygalaktycznych, można uzupełnić surowcami pozyskanymi z powierzchni planet. W ten sam sposób da się naprawić też poszycie statku. Zdobyte podczas podróży surowce znacznie lepiej sprzedać po korzystnej cenie na jednej ze stacji kosmicznych, które rozsiane są po różnych układach planetarnych, czasami jednak nie ma innego wyjścia z trudnej sytuacji niż skorzystanie z tego, co akurat znajduje się pod ręką. Problem pojawia się, kiedy każda z pobliskich planet cechuje się ciężkimi warunkami i nie ma za bardzo jak uzupełnić zapasów – misja zwykle kończy się wtedy niepowodzeniem i zniszczeniem statku/śmiercią załogi.

Planety są źródłem różnych surowców niezbędnych do przeżycia

Atutami The Long Journey Home – poza proceduralnie generowanym wszechświatem – są z pewnością szata graficzna i ścieżka dźwiękowa. Planety, zarówno widziane z kosmosu, jak i z bliska są miłe dla oka. Przyjemnie patrzy się też na różnorodne modele statków i stacji kosmicznych. Jeżeli chodzi o ścieżkę dźwiękową, to bardzo dobrze podkreśla ona atmosferę gry. Zaimponowało mi to, że galaktyki w grze generowane są w oparciu o obrazy pozyskane z teleskopu Hubble’a, a część dźwięków to oryginalne nagrania NASA. Bardzo lubię, kiedy twórcy gier czerpią z dorobku nauki i uważam, że należy im się za to pochwała. Wielka szkoda, że zmarnowali potencjał innych, wymienionych wyżej, elementów rozgrywki.

Każda planeta ma inny klimat

The Long Journey Home to bez wątpienia gra trudna, w której każdy nieprzemyślany krok może skończyć się śmiercią załogi i kompletną porażką. Losowość wszechświata zachęca do powrotów i gwarantuje pewną różnorodność. Ekipie Daedalic West pochwały należą się też za szatę graficzną i ścieżkę dźwiękową. Niestety, TLJH niesie też ze sobą bagaż większości sandboksów i roguelike – rozgrywka jest powtarzalna i bywa do bólu monotonna. Mnie po kilku próbach zabawa zwyczajnie się przejadła.

Grę do testów dostarczyła firma Techland Wydawnictwo, za co serdecznie dziękujemy!

 

Werdykt

  • Fabuła i klimat
    6
  • Grafika
    7
  • Dźwięk
    8
  • Dopracowanie
    6
  • Grywalność
    6
  • Ocena użytkowników (0 głosów)
    0
    Your Rating:
Podsumowanie

Ciekawy pomysł nie wytrzymał zderzenia z rzeczywistością. Zbyt płytka mechanika i powtarzalna rozgrywka sprawiają, że do zabawy szybko wkrada się monotonia. Nie pomaga też zbyt wygórowany poziom trudności.

66%
66
Dobra
Dawid Sych

Indiana Jones i nerd w jednym. Zawsze wszystko wie i zawsze we wszystkim ma rację, więc lepiej nie wchodzić z nim w polemikę. Amator nowych technologii, dobrych książek i seriali.

Zostaw komentarz