Kompania braci w klimatach Uncharted. Recenzja trybu fabularnego Call of Duty: WWII

0

Jest dobrze?

Poprzednia odsłona Call of Duty była według mnie prawdziwym koszmarem. Problemem Infinite Warfare nie było jednak przeniesienie akcji w kosmos (to akurat było ciekawe rozwiązanie), ale miałka fabuła i kompletnie nieciekawe, monotonne misje. Zapowiedź WWII zwiastowała pewną zmianę w myśleniu Activision oraz trochę innym podejściu do marki. Dzięki beta testom trybu multiplayer, szybko przekonaliśmy się, że są to czcze życzenia – gra nadal pozostaje mega dynamiczną, mocno przerysowaną strzelanką rodem z amerykańskiego kina akcji. Nie mam nic przeciwko temu, wszakże za „hollywoodzkość” Modern Warfare tak bardzo pokochałem tę odsłonę. Po ukończeniu kampanii fabularnej najnowszej części, mam niezły mętlik w głowie. Z jednej strony, sporo rzeczy zadziałało na plus, natomiast z drugiej, podobnie jak w ubiegłorocznym wydaniu, brakuje tutaj tej iskry, która była widoczna w pierwszych odsłonach cyklu.

VIVE LA RÉVOLUTION

Powrót do czasów II Wojny Światowej był według mnie strzałem w dziesiątkę. Nie dosyć, że Activision zyskało tym ruchem w oczach graczy, to na dodatek ułatwiło pracę studiu Sledgehammer Games, które nie musiało wymyślać całej fabuły i lokacji od nowa, tylko mogło bazować na historycznych faktach. Przedstawienie konfliktu zostało zrealizowane w naprawdę solidny sposób. Producent nie boi się poruszać trudnych tematów, pokazując ksenofobię i rasizm wśród amerykańskich żołnierzy oraz wyraźnie wskazując, z kim mierzą się wojacy zza oceanu – czy to za pomocą niemieckiego języka czy nazistowskich symboli, takich jak chociażby kontrowersyjna swastyka. Całkiem zgrabnie rozpisano scenariusz, w którym śledzimy losy młodego żołnierza Danielsa i jego plutonu. Relacje pomiędzy bohaterami bywają autentyczne, dzięki czemu łatwo niektórych polubić lub znienawidzić. Fabuła może jest oklepana i pełna starych klisz, ale śledziłem ją z nieukrywaną ciekawością.

Największym problemem nowego Call of Duty jest to, że zbyt wolno się rozkręca. Grę można spokojnie ukończyć w sześć godzin i tak naprawdę dopiero w drugiej połowie pojawiają się prawdziwie ekscytujące misje, przy których autentycznie miałem ciarki na plecach. Zdecydowanie najlepiej wspominał będę przedostatni etap, nakręcany przez świetny utwór muzyczny. Gdyby wszystkie misje trzymały taki poziom, wtedy mielibyśmy do czynienia z najlepszą odsłoną w historii. Niestety, Sledgehammer Games momentami trochę zbyt bardzo poszło w kierunku Uncharted – scena z pociągiem była tak przerysowana, że aż bolało patrzenie na nią. Takie sceny idealnie pasują do przygód Nathana Drake’a, w przypadku COD-a wyglądają trochę komicznie. Może gdyby były zrealizowane lepiej (tekturowe wagony fruwające w powietrzu), wtedy ich odbiór też byłby korzystniejszy.

DREAM TEAM

Zdecydowanie największym zaskoczeniem dla wielu graczy będzie powrót do klasycznego paska życia i apteczek. Koniec z automatycznym regenerowaniem życia, teraz wszystkie swoje ruchy musimy planować mając na uwadze posiadaną liczbę medykamentów. Wpływa to dosyć mocno na przebieg rozgrywki, ponieważ na wyższych poziomach trudności zmusza do zrezygnowania z brawury i postawienia na powolne przesuwanie się do przodu. Całkowitą nowością jest natomiast wspieranie głównego bohatera przez członków drużyny. Każda z postaci posiada „specjalne umiejętności” mające nam pomóc na polu bitwy. Przykładowo, Zussman zawsze chętnie podzieli się apteczką, a Pierson sprawi, że wszyscy przeciwnicy zostaną podświetleni na biało, co sprawi, że łatwiej będzie ich znaleźć poukrywanych na mapie. Ponadto, możemy wtedy delikatnie spowolnić czas, ułatwiając sobie tym samym celne trafienia. Trochę science-fiction (zdecydowanie najgłupszy perk, nie pasujący do gry), ale przydaje się podczas odpierania zmasowanych ataków przeciwnika.

Kampania w Call of Duty: WWII to przykład zmarnowanego potencjału. Twórcy mieli ogromne pole do popisu, ale niestety zabrakło ciekawszych pomysłów oraz znacznie lepszej realizacji. Świetnie zapowiadała się misja, w której jako członkini francuskiego ruchu oporu (tak, przez chwilę gramy kobietą!) musimy podłożyć ładunki wybuchowe w niemieckim posterunku. Niestety, efekt końcowy pozostawia wiele do życzenia, całość jest niezwykle sztuczna i monotonna. Twórcy próbowali stworzyć trochę bardziej otwartą misję, jednakże kompletnie sobie z tym nie poradzili. Postacie występujące na mapie to zwykłe manekiny, które nawet nie potrafią ze sobą rozmawiać – jedynie machają rękami i poruszają ustami, bez wydawania żadnych dźwięków. Zawodzi także lądowanie na plaży „Omaha”, które zostało zrealizowane bez większego polotu i emocji.

TYLKO PO ANGIELSKU

Całościową notę końcową wystawię dopiero po dłuższym ograniu trybu wieloosobowego i zombie mode. Gdybym miał jednak oceniać wyłącznie kampanię dla pojedynczego gracza (bez uwzględnienia warstwy technicznej), to wystawiłbym maksymalnie 70/100, a i tak uważam, że byłby to nieco naciągany wynik. Activision nie wyciągnęło wniosków po artystycznych porażkach poprzednich odsłon (nie mówię o finansach, bo te zgadzają się aż nadto), ale tym razem im się upiecze, ponieważ gracze kochają gry osadzone w czasach II Wojny Światowej. Sam również zaliczam się do tego grona, a mimo to przy Call of Duty: WWII bawiłem się średnio. Bywały momenty świetne, lecz zbyt często przeplatały się z nijakością. Mimo to, kampanię warto sprawdzić, na upartego można spędzić z nią miły wieczór. Pamiętajcie tylko, żeby przed pierwszym uruchomieniem zmienić język na angielski – polski dubbing to prawdziwa potwarz dla graczy.

Grę do testów dostarczyła firma Kool Things, za co serdecznie dziękujemy!

 
Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Zostaw komentarz