Jak internet wpływa na mózg?

0

Na pytanie „jak Internet wpływa na mózg?” wyszukiwarka Google znajduje 278 000 wyników w 0,30 sekundy. Wydaje się więc, że pytanie jest ważne. Bo jeśli wpływa źle? Uciekniemy w offline? Jasne, że nie. Wtedy zadamy inne pytanie: „co zrobić, żeby Internet nam nie szkodził?”. W końcu już teraz wstukujemy w Google frazy w stylu „dlaczego Internet nie działa?”  (503 000; 0,28).

Mówi się, że współczesny mieszkaniec  dowolnej metropolii świata zachodniego odbiera dziennie tyle bodźców, ile jego praprzodek rejestrował przez lata, a może i całe życie. Z tego powodu coraz więcej naukowców zajmujących się wpływem technologii informacyjno-komunikacyjnych na człowieka bije na alarm. Wyniki badań opublikowane przez  The Sunday Times w artykule „Brain overloaded” wskazują, że moce przerobowe naszych sieci neuronowych są na wyczerpaniu.

O ile duża liczba bodźców działa stymulująco na kreatywność, pamięć wzrokową i wielozadaniowość, o tyle negatywnie odbija się na funkcjach społecznych. Mózg stara się zneutralizować stres wywołany przebodźcowaniem. Co więc robi? Przechodzi w tryb awaryjny i skraca obieg informacji. Odłącza młodszy ewolucyjnie płat przedczołowy, który odpowiada za empatię, altruizm i tolerancję, a dopuszcza do głosu starsze struktury odpowiedzialne za pierwotne reakcje. W efekcie obojętniejemy na wszystko, co nie dotyczy nas osobiście. Można więc powiedzieć, że nadmiar informacji uwstecznia nas jako ludzi [1].

Skoro uwstecznia, dlaczego zamiast jomo wybieramy wilfing (jeśli nie wiecie, co to jomo i wilfing, sprawdźcie sobie w Google, 7 050 000; 0,21 i 230 000; 0,29)? Odpowiedź jest dziecinnie prosta: otrzymujemy masę korzyści. Po pierwsze –  wiedzę. Badania czytelnictwa uparcie pokazują, że internauci czytają więcej książek od ludzi spoza sieci. Tyle tylko, że czytając coraz więcej w necie czytamy też coraz szybciej i bardziej chaotycznie. Wymusza to na nas sama natura elektronicznego medium. Pozbawiony hierarchicznej struktury Internet jest wielkim wysypiskiem błyszczących śmieci, po którym często poruszamy się bez wykrywacza metali.

Surfowanie po stronach połączonych ze sobą za pomocą linków to umysłowy aerobik – trzeba nieustannie dokonywać szybkiej oceny wszystkich linków, decydować, w który z nich warto kliknąć, szybko przestawiać się z jednego formatu na drugi – to wszystko było obce tradycyjnemu procesowi czytania. Ponieważ pociąga to za sobą zaburzenia koncentracji, takie działanie obniża nasz poziom rozumienia czytanego tekstu [2]. Ergo: czytając coraz więcej, stajemy się coraz głupsi, za to w różnorodnych dziedzinach.

Kolejnym walorem używania Internetu w wersji hard jest zmniejszenie czasu poświęcanego na pracę. Długie okresy biurowej monotonii umilamy sobie sprawdzając pocztę lub wiadomości na fejsbuniu. Wykonujemy te czynności nawet kilkadziesiąt (sic!) razy na godzinę, do czego przyznaje się również autor niniejszego tekstu. Nie dziwi więc, że media społecznościowe coraz częściej nazywamy portalami prokrastynacyjnymi.

A jednak: Błądząc po sieci bez wyraźnego celu pobudzamy szlak nagrody i antycypujemy przyjemność, licząc podświadomie, że każda następna strona WWW (informacja na Wallu – przyp. ml) będzie ciekawsza od poprzedniej [3]. W ten sposób żmudne obowiązki zamieniamy w karnawał przyjemności, wieczną zabawę. Jeśli trend się nie odwróci, wkrótce po prostu przestaniemy pracować.

Prawdziwa idylla zacznie się z chwilą, gdy utożsamimy Internet z FB i Google jako uniwersalnymi,  jedynymi na rynku wykrywaczami metali [4]. Obie firmy od dawna marzą, aby dla swych użytkowników stać się przeźroczyste. Czy ustawiając www.google.com jako stronę startową nie realizujemy właśnie tej przebiegłej strategii? Istnieją jednak bardziej wyrafinowane metody.

Facebook zakłada, poniekąd słusznie, że jeśli nie komentujesz statusu, nie klikasz w „Lubię to”, dana informacja nie interesuje Cię lub nawet nudzi. (…) W efekcie internet – zamiast nas łączyć nas – zamyka każdego w osobnej „bańce filtrów” (ang. filter bubble), z osobnymi zestawami informacji [5]. Na tym właśnie polega lansowana przez medium Zuckerberga koncepcja trending articles (85 300 000; 0,34). Podobnie działa schemat wyświetlania dopasowanych do naszych gustów i zachcianek reklam, o czym przekonał się każdy, kto choć raz szukał tanich połączeń lotniczych. Istnieje jednak ryzyko, że w pewnym momencie informacja i komunikat reklamowy stracą swoje kontury. Wtedy nasz zamknięty w bańce i zalany przeźroczystą cieczą przekazu mózg będzie wdzięcznym, bo bezbronnym, obiektem manipulacji.

Mózg ma zdumiewające zdolności adaptacyjne, jest w stanie gromadzić terabajty informacji. Teraz chodzi o to, by w tym szaleństwie był zdolny je selekcjonować, a następnie przetworzyć w kilobajty twórczej, oryginalnej myśli. Nie zrobi tego zamknięty w szczelnym słoiku. Pogódźmy się, że korzystając z Internetu uczymy się przede wszystkim tego, jak korzystać z Internetu. Dlatego raz na jakiś czas wylogujcie się, weźcie do ręki jakiś drukowany tekst i jak ludzie pierwotni czytajcie „w papierze”. A najlepiej idźcie się przewietrzyć. Jeśli jednak czytacie ten tekst w słoneczne popołudnie siedząc na trawie w parku i obracając tablet w dłoniach, wiedzcie jedno – nie ma już dla was nadziei.

Współpraca: Marek Januszewski

[1] Dawid Wiener, http://wyborcza.pl/magazyn/1,133483,6925549,Jak_przegrzewa_sie_mozg__czyli_Homo_sapiens_na_zakrecie.html
[2] Nicholas Carr, http://wyborcza.pl/1,76842,8034362,Co_internet_robi_nam_z_mozgiem.html
[3] Dawid Wiener, tamże
[4] Wojciech Orliński, http://stylzycia.newsweek.pl/wojciech-orlinski-wywiad-internet-newsweek-pl,artykuly,279861,1.html
[5] Paweł Tkaczyk, http://pl.paweltkaczyk.com/czego-nie-dowiesz-sie-z-google-i-facebooka/

Zainteresowany wszystkim tym, co dzieje się na styku technologii i ludzkości. Temat jest więc dość szeroki... ;-) Fascynat procesów i ujęć panoramicznych. W szczegółach zawsze się gubi, więcej - boi się ich panicznie, bo tkwi w nich sam Diabeł. Poza tym z góry widać lepiej!

Zostaw komentarz