Historia o tym, jak pokochałem PESa kosztem FIFY

0

Burzliwa opowieść miłosna, o szczęśliwym zakończeniu.

FIFA od zawsze była moim pierwszym wyborem, jeżeli chodziło o gry piłkarskie. Pierwszą produkcją z tej kategorii, która trafiła w moje chłopięce jeszcze ręce, była ta opatrzona numerkiem 2002. Od tamtej pory, co roku, sięgałem po kolejne odsłony tasiemca Elektroników, z okazjonalnymi przerwami na Pro Evolution Soccer. I nie będę tutaj ukrywać – głównym powodem takiego podejścia była ilość licencji zawartych w propozycji od amerykanów.

Przez ostatnie lata FIFA zaczynała mnie jednak coraz bardziej irytować, głównie przez nikłe zmiany wprowadzane do samej rozgrywki. Zaczynałem też czuć, że zbyt dużą rolę odgrywają oceny zawodników i że z każdą kolejną odsłoną zmieniał się magiczny sposób na seryjne zdobywanie bramek. Co jednak ważniejsze, odniosłem wrażenie, że coraz mniej jest w tym wszystkim samej piłki i realizmu, pozwalającego poczuć się, jakby brało się udział w prawdziwym spotkaniu dwóch drużyn.

Z pomocą przyszła mi w ostatnim czasie promocja na PS Store, gdzie PES 2018 do zdobycia był za śmieszne 30 złotych. Kupiłem więc i… zabieg marketingowy Konami się udał, bo narobiłem sobie jeszcze większego głodu na odsłonę opatrzoną numerkiem 2019. W posiadaniu tejże gry już jestem i… chyba odpuszczę sobie zakup FIFY 19.

BRZYDKIE OPAKOWANIE…

Zacznę sobie jednak od zwrócenia uwagi na pewien fakt. Konami robi wszystko, żeby przekonać klientów konkurencji, że nie warto im zaufać. Japończycy nie bombardują internetu materiałami, które mogłyby pokazać co nieco zawartości. Same trailery też nie są reżyserowane na takim poziomie, jak u Electronic Arts. W porównaniu do poprzedniej odsłony, również nie zapowiedziano implementowania nowych trybów, z którymi FIFA eksperymentuje i to w udany sposób (patrz – Droga do Sławy). No i te nieszczęsne licencje.

Jeszcze przed premierą PESa 2019 świat obiegła informacja, że Konami straciło swoją najważniejszą licencję, której EA Sports musiało zazdrościć. Mówię oczywiście o współpracy Japończyków z UEFA, zakończonej w tym roku, w efekcie czego PES żegna się z Ligą Mistrzów i Ligą Europy. Rozgrywki te ochoczo przejęła konkurencja, czemu dziwić się nie można i trzeba powiedzieć sobie wprost, że w taki sposób, Elektronicy, w krótkim przeciągu czasu, załadowali Japończykom dwie bramki. Na wyjeździe.

PESa 2019 promuje partnerstwo z FC Barceloną oraz Liverpoolem, zawodnik tych pierwszych zawitał na okładce (Coutinho), ale cóż z tego, skoro nawet ligi, w których obydwie drużyny grają na co dzień, nie są licencjonowane. Konami nawiązało współpracę z rosyjską Premjer-Ligą, turecką Super Ligą czy szkocką Premiership, ale w żadnym stopniu nie zapełni to pustki, związanej z faktem, że jedyne rozgrywki z absolutnego topu, mające autentyczną nazwę i drużyny, jest francuska Ligue 1. Ba, dalej nie ma nawet imitacji Bundesligi, przez co jedyne niemieckie drużyny, zawarte w najnowszym PESie, to Schalke 04 i Bayer Leverkusen. Fakt, już teraz pojawiają się stosowne pliki, tworzone przez graczy, dzięki którym podmienić można stroje i loga, ale zdecydowanie nie działa to na korzyść Konami. Boli też, że Techland wciąż nie decyduje się na polską lokalizację. Panowie – wystarczy spolszczyć napisy, może być bez udziału Mateusza Borka i Romana Kołtonia!

Fani rosyjskiego i tureckiego futbolu będą wniebowzięci.

…NIE NAJLEPSZE PIERWSZE WRAŻENIE…

Gdy wchodzi się do menu, też nie ma fajerwerków. To praktycznie to samo, co w zeszłym roku, z naprawdę delikatnymi zmianami. Ciężko nazwać też rewolucją główne tryby solowej zabawy, czyli Master League i Become a Legend. Głównie dlatego, że zmiany w nich zawarte to delikatna kosmetyka. I o ile opcja zabawy, w której sterujemy stworzonym/wybranym przez siebie graczem, wciąż bije na głowę to co w tym temacie oferuje FIFA, tak zabawa w menadżera klubu dalej wypada dosyć blado w porównaniu z trybem kariery u Elektroników. A wspomnieć trzeba też, że premiera FIFy 19 jest dopiero przed nami, więc na razie mogę się opierać tylko o to co zobaczyłem w „osiemnastce”. Wciąż brakuje też opcji zabawy przypominającej Wirutalne Kluby. Wysłanie stworzonego przez siebie zawodnika na sieciowy front i budowanie jego marki jest naprawdę fajnym doświadczeniem u konkurencji. Zamiast tego mamy ponownie możliwość pogrania w kooperacji do trzech graczy, która potrafi dać sporo przyjemności, ale to wciąż nie jest to samo.

Sporym problemem jest też to, że menusy w najnowszym PESie dalej cierpią na ten sam problem, co poprzednik. Są one wyjątkowo mało przejrzyste i niezbyt intuicyjne. Oczywiście, odpalenie jednej z dostępnych opcji rozgrywki nie należy do rzeczy skomplikowanych, ale schody zaczynają się, gdy chcemy chociażby pogrzebać w ustawieniach albo stworzyć klan. Idzie się oczywiście przyzwyczaić, ale pierwszy kontakt może okazać się naprawdę żmudnym doświadczeniem.

Trybem, który doczekał się największej ilości zmian, jest myClub. Z tym, że tutaj też ciężko mówić o trzęsieniu ziemi. Główna nowość, to nowy sposób pozyskiwania zawodników. Wcześniej gracz przy wyborze agenta obserwował jak po ekranie przewijają się piłki, których kolory symbolizowały poziom potencjalnego gracza, by następnie jednym przyciskiem „zatrzymać maszynę losującą”. Teraz wszystko przebiega bardziej na modłę znaną z FUTa – gra samodzielnie przeprowadza symulację, pokazując w nowej animacji ligę, z której nasz zawodnik pochodzi, a następnie samego piłkarza. Na koniec jest jeszcze całkiem przyjemny smaczek, pokazujący nowy nabytek w koszulce naszego klubu. Nowością jest także fakt, że ceny agentów zwiększyły się w stosunku do poprzedniej odsłony, ale teraz zamiast jednego gracza, pozyskujemy w taki sposób trzech. Wciąż nie jest to jednak rewolucja.

Coop ze znajomym potrafi być niezwykle satysfakcjonującym doświadczeniem.

…PIĘKNA ZAWARTOŚĆ

Wszystko jednak dosłownie traci znaczenie, gdy już znajdziemy się na boisku. Bo najlepsze, co najnowszy PES ma do zaoferowania, zobaczymy właśnie w tym miejscu. Dopiero w produkcji od Konami, zobaczyłem jak wirtualny futbol, może być za razem piękny, a także do pewnego stopnia realistyczny. Wpływa na to oczywiście kilka rzeczy.

W porównaniu do poprzedniej odsłony, odniosłem wrażenie, jakby wymiana piłki zaczęła być znacznie bardziej płynna. Przy okazji udało zachować się także dosyć wolne tempo, w którym rozgrywają się mecze. Co za tym idzie, budowanie składnych akcji i dochodzenie do sytuacji bramkowych jest efektem pracy gracza, co daje naprawdę ogromną satysfakcję. Oczywiście, czasami gracze zachowują się w dziwny sposób, jednak w końcu każdy piłkarz jest człowiekiem i może się czasami pomylić. Znacznie zmniejszono też skuteczność wrzutek z bocznych sektorów boiska, które w 2018 zdawały się być najlepszym sposobem na bramkę. Teraz trzeba włożyć to znacznie więcej precyzji i nieco lepiej przemyśleć takie zagranie.

To co jednak jeszcze bardziej wpływa na autentyczność PESa, jest system Magic Moments. Za jego sprawą kilkunastu najbardziej rozpoznawalnych graczy zaopatrzonych zostało w wyjątkowe skille, które są dla nich charakterystyczne. Weźmy na tapetę takiego Neymara – wszyscy widzieliśmy jego padolino na mundialu. Konami wyciągnęło z tego wnioski i on, jako jedyny, posiada perk, dzięki któremu jest mu znacznie łatwiej jest mu zdobywać rzuty wolne dla drużyny. Zdążyłem zauważyć też, że taki zabieg nie dotknął tylko tych najpopularniejszych. W moim klubie znalazł się więc Hulk i szybko miałem okazję przekonać się o potędze jego lewej nogi. To właśnie nim zdobyłem taką bramkę, że wydawało się jakby piłka miała zmieść bramkarza i rozerwać siatkę.

Ważnym elementem są też animacje piłkarzy. To właśnie dzięki włożeniu serca w ten element, ruchy zawodników wydają się być znacznie bardziej autentyczne i bliższe rzeczywistości, niż w FIFie. Czuć też, że każdy zawodnik ma swoją wagę i ma to znaczny wpływ na szybkość poruszania, zwrotność oraz grę kontaktową. Znacznie lepiej wypadają też modele twarzy oraz ich mimika, co widać szczególnie na zbliżeniach. Największym mankamentem są właściwie tylko bramkarze, których część czynności wygląda dosyć słabo i delikatnie psuje immersję. Ale to tylko mały problem, w ogólnym rozrachunku nie wpływający znacząco na szczerą przyjemność płynącą z brania udziału w prawdziwym, futbolowym zdarzeniu.

Ostatnie zdjęcie Hulka przed rozerwaniem siatki.

THE PITCH IS OURS

Takie właśnie jest motto PESa. Boisko jest nasze. I widać, że taka jest polityka Konami. Licencje, menusy i przesycenie trybów zabawy nie grają na pierwszym planie. Ten należy po prostu do piłki. Futbolu, który może sprawiać wrażenie tego, oglądanego w telewizji. Takie uczucie, które funduje najnowsze Pro Evolution Soccer, jest po prostu bezcenne. I czyż to właśnie nie to powinno być najważniejszym elementem produkcji o takiej tematyce?

Jeżeli ktoś zastanawia się czy jest to dobry moment na przesiadkę z gry od Electronic Arts, to odpowiedź brzmi – jak najbardziej. Fakt, pierwsze kilka kontaktów z tą propozycją potrafi być męczące i wydawać się toporne. Jednak im bardziej zagłębimy się w futbolowe uniwersum od Konami, tym więcej radości i satysfakcji w nim znajdziemy. Prawdziwie unikatowe doświadczenie, którego nie zapewniła mi nigdy żadna FIFA.

Pomyśleć, że jeszcze nie dawno sam byłem graczem, dla którego licencje były najważniejsze. Ogromną ilość czasu nie mogłem się przekonać, przez co napełniałem bankowe konto amerykańskiej korporacji. Teraz już wiem, że było to naprawdę ubogie spojrzenie na tą sprawę. To nie licencja na Ligę Mistrzów, czyni futbol w grze autentycznym. To sam futbol, trzymający poziom tych rozgrywek, wpływa na ten aspekt. A podejrzewam, że nadchodzącej Fifie ta sztuka ponownie nie wyjdzie.

Grę do testów dostarczyła firma Techland Wydawnictwo, za co serdecznie dziękujemy!


Gracz od 12 roku życia. Częściej z padem, rzadziej z myszką. Bliżej mu do niebieskiego, niż do zielonego. Zakochany w pudełkowych wersjach gier. Kolekcjoner steelbooków. W wolnych chwilach - kinoman.

Zostaw komentarz