W świecie indyków – Death’s Gambit i Graveyard Keeper

0

Mniejsze nie oznacza gorsze.

W mediach mówi się przede wszystkim o produkcjach wysokobudżetowych, których wydawcy mają dużo hajsu na kampanie promocyjne. Często zapominamy przy tym o mniejszych grach niezależnych, wielokrotnie przebijających jakością popularne hity. W tej serii przyjrzę się więc indykom, zarówno tym świeżo wydanym, jak i debiutującym jakiś czas temu. Miłego czytania!

DEATH’S GAMBIT

Kolejna produkcja dla osób, które nie traktują gier wideo wyłącznie jako bezstresowej rozrywki, ale od czasu do czasu potrzebują odrobiny większego wyzwania. Takim tytułem jest właśnie Death’s Gambit, który nie wybacza błędów, a śmierć głównego bohatera bywa jednym z częstszych widoków. Przynajmniej w początkowych fazach rozgrywki, zanim na dobre przyzwyczaimy się do momentami lekko topornego sterowania. Dzieło studia White Rabbit to swego rodzaju klon Dark Souls, tyle, że z dwuwymiarową oprawą wizualną. Podobnie jak w serii From Software, tutaj również toczymy wymagające walki z przeciwnikami oraz potężnymi bossami, zbieramy unikatowe wyposażenie, a po śmierci trafiamy do ostatnio odkrytej kapliczki. Nawiązań można byłoby znaleźć jeszcze więcej, ale tak to już jest w gatunku soulslike, który nie bez powodu jest tak określany.

Oczywiście, podobieństwa o jakich piszę nie są wcale wadą. Jak czerpać inspiracje, to z najlepszych, a Death’s Gambit całkiem nieźle radzi sobie z tymi mechanikami. Jedyne co mi delikatnie nie leżało, to niezbyt dopracowana kontrola nad postacią. Bohater niekiedy zbyt wolno przyjmuje komendy lub w mało precyzyjny sposób posługuje się orężem. Trzeba się do tego mocno przyzwyczaić, ale w pierwszych minutach bywa to trochę irytujące. Gdy jednak przymkniemy oko na sterowanie, to wychodzi na wierzch cały urok produkcji.

A tego jest naprawdę dużo, począwszy od klimatycznej fabuły (jako umarlak musimy zabić Nieumarłych, żeby wrócić do swojego świata), poprzez rewelacyjne walki z bossami, a na eksploracji ciekawie zaprojektowanych lokacji kończąc. Rozgrywka nie jest zbyt długa, ale to przede wszystkim zależy od naszych umiejętności. Jedni mogą przelecieć przez grą na pełnym gazie, natomiast inni będą zmuszeni poświęcić trochę czasu na rozgryzienie trudnych przeciwników i na bardziej skrupulatne ekspienie postaci. Gra nie jest idealna, ale zdecydowanie warto się nią zainteresować. W szczególności jeśli lubimy soulslike’i. SPRAWDŹ NA GOG.COM

GRAVEYARD KEEPER

Był już symulator chirurga, kierowcy autobusu miejskiego, a nawet operatora koparki ręcznej. Dlaczego by nie pójść o krok dalej i nie spróbować z czymś innym, w czym specjalizujemy się w kopaniu dołów? Graveyard Keeper udowodnił, że praktycznie ze wszystkich elementów życia można zrobić grę wideo. Otóż w produkcji studia Lazy Bear Games przejmujemy kontrolę nad grabarzem, ale nie takim typowym. Nie jest to wszakże jeden z wielu symulatorów dostępnych na rynku, ale fabularna gra fantasy, w której główny bohater nie bez powodu wykonuje swoją pracę. Otóż, pewnego razu zostaje potrącony przez samochód i trafia do dziwnego miejsca, w którym musi opiekować się lokalnym cmentarzem. Tylko w ten sposób będzie w stanie „wykupić” sobie drogę powrotną, ale zanim do tego dojdzie, przez jego ręce przewinie się trochę trupów.

Ciekawe jest to, że wyprawianie pogrzebów to tak naprawdę wyłącznie fasada, a główny bohater, żeby sobie poradzić musi trochę mocniej kombinować. A jak wiadomo, handel organami lub krwią bywa bardzo dochodowym biznesem. Dlatego tak łazimy wte i wewte, kombinując na różne sposoby jak poradzić sobie w nowej roli. Produkcja nie pozbawiona została czarnego humoru, co przejawia się chociażby pod postacią gadającego, komunistycznego osiołka przynoszącego nam świeże (ekhm…) dostawy zwłok. Całość brzmi niemalże idealnie, ale niestety nie wszystko zagrało tak jak należy.

Największy zarzut dla Graveyard Keeper kieruję w stronę powolnego tempa rozgrywki. Bohater porusza się w niesłychanie ślamazarny sposób, dlatego przemierzanie rozległej krainy bywa niezwykle denerwujące. Ponadto, cały czas musimy dbać o jego kondycję, co dodatkowo wydłuża niepotrzebnie zabawę, gdyż nieustannie musimy, albo dbać o pożywienie albo regularnie chodzić spać. Brakuje też większej automatyzacji rozgrywki, która zaoszczędziłaby czas, jaki marnujemy na sianie i zbieranie upraw oraz inne niepotrzebne czynności. Całość można byłoby zdecydowanie lepiej zaprojektować, a wtedy wyszedłby z tego bardzo przyjemny, udany tytuł. Tak, niestety mogę go polecić wyłącznie ludziom, którzy mają dużo czasu i jeszcze więcej cierpliwości. Mi jej zabrakło. SPRAWDŹ NA GOG.COM

Klucze do gier dostarczył GOG.com, za co serdecznie dziękujemy!

Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Zostaw komentarz