Czy warto zagrać w Onimusha: Warlords?

0

Zagrałem w odświeżoną wersję pierwszej odsłony Onimusha. Jak gra wypadła po kilkunastu latach od premiery oryginału?

Określenie „remaster” jest dosyć pojemne, ponieważ na przestrzeni lat producenci dosyć frywolnie podchodzili do tematu odświeżania starych gier. Niektóre firmy decydują się na pełnoprawne remake’i, inne poprawiają wiele elementów oryginału, dodając od siebie sporo ciekawej zawartości lub ficzerów, z kolei są też takie firmy, które tak naprawdę przygotowują lekko zmodyfikowane porty swoich dawnych produkcji na nowe platformy. Do tej ostatniej grupy zalicza się właśnie Onimusha: Warlords. Capcom w tym przypadku postawił na lekkie podrasowanie pierwowzoru, nie skupiając się zbytnio na wprowadzaniu zmian. Tylko, czy faktycznie jest to takie złe rozwiązanie?

DLACZEGO REMASTERY MAJĄ SENS?

Wielu graczy mocno narzeka na ideę remasterów, zarzucając firmom brak pomysłów i próby zarabiania po raz setny na tym samym. Po części może i jest to prawda, jednakże idą też za tym inne motywy. Producenci gier zawsze mieli pomysły, mają je obecnie i będą mieć po wsze czasy. Branża gier to tylko kolejny biznes, w którym niestety kreatywność nie zawsze się sprzedaje. Za to sprawdzone rzeczy już tak. Idealnym przykładem jest tutaj Skyrim, który – jak twierdzą twórcy – będzie wydawany w nowych wersjach tak długo, dopóki gracze będą je kupować. W przypadku Onimushy może okazać się tak, że Capcom w ten sposób bada rynek i sprawdza zainteresowanie tą marką. Nie bez powodu nie wydano wszystkich trzech części w jednym pakiecie, jak to było zrobione przy okazji serii Devil May Cry.

Bardzo liczę na to, że remaster Onimushy sprzeda się całkiem nieźle, co da cyklowi szansę na rozwój. Zobaczcie, jak to wyglądało w przypadku Resident Evil. Remastery Zero i pierwszej części też nie wyglądały jakoś oszałamiająco. Zyskały jednak na tyle dużą popularność, że Capcom postanowił całkowicie odświeżyć drugą odsłonę cyklu, rezygnując z remastera na rzecz pełnoprawnego remake’u. Możliwe więc, że gdzieś tam na biurku leży już szkic kolejnej odsłony Onimusha. O tym przekonamy się za kilka, kilkanaście miesięcy. Albo i nie…

CO TO W OGÓLE ZA GRA?

Onimusha: Warlords zadebiutowała pierwotnie w 2001 roku na konsoli PlayStation 2. Tytuł początkowo był tworzony jako spin-off serii Resident Evil, co widać zresztą po ogromnych podobieństwach w rozgrywce. Widać to chociażby po układzie lokacji, sposobie poruszania się protagonisty oraz po charakterystycznym ustawieniu kamer, zawieszonych w różnych miejscach mapy. Gameplay polega przede wszystkim na tym, że zwiedzamy wielkie zamczysko i jego obrzeża, walczymy z potworami i rozwiązujemy dosyć łatwe zagadki logiczne. Całość zamyka się w jakichś pięciu godzinach zabawy, co zdecydowanie można uznać za wadę. Na szczęście, rozgrywka bywa niezwykle angażująca, dzięki czemu przez ten czas nieustannie mamy co robić.

Fabuła gry jest stosunkowo prosta i służy jedynie jako przyczynek do zwiedzania kolejnych lokacji i walczenia z coraz to bardziej dziwacznymi przeciwnikami. Akcja rozgrywa się w XVI-wiecznej Japonii, w której toczy się brutalna wojna. Na czele jednej z armii stał niejaki lord Oda Nobunaga, lecz w trakcie jednej z bitew jego gardło zostało przeszyte strzałą. Przywódca nie zaznał jednak zbyt długo spokoju, ponieważ został wskrzeszony przez demony. Facetowi poprzestawiało się we łbie i postanowił porwać księżniczkę Yuki, żeby wykorzystać ją w pewnym mrocznym rytuale. Wtedy do akcji wkracza główny bohater, który niczym wąsaty Mario przybywa do zamku Inabayama, żeby wyciągnąć niewiastę z opałów. Samanosuke Akechi nie jest jednak osamotniony w bojach – co jakiś czas wspiera go młoda ninja Kaeda, która również jest grywalną postacią.

JAKIEŚ TAM NOWOŚCI SIĘ ZNALAZŁY

We wstępie napisałem, że Onimusha: Warlords nie jest zbyt twórczym remasterem. Nadal podtrzymuję to zdanie, lecz skłamałbym, gdybym napisał, że Capcom nie wprowadził kompletnie żadnych nowości. Gdzieś tam w oficjalnych opisach przebąkuje informacja o poprawieniu oprawy graficznej. Przyznam szczerze, że nie bardzo to widać… Jasne, podwyższono rozdzielczość, dzięki czemu można grać na współczesnych telewizorach, wygładzono delikatnie tekstury postaci, ale nie są to jakieś drastyczne zmiany. Dwuwymiarowe tła nadal wyglądają paskudnie, a wyostrzenie trójwymiarowych modeli według mnie odniosło odwrotny skutek od zamierzonego. Fakt, bohaterowie oraz przeciwnicy wyglądają ładniej, ale bardziej odstają od reszty grafiki, przez co widać więcej jej braków.

Plusem jest natomiast to, że można grać w proporcjach ekranu 16:9, a nie oryginalnych 4:3. Oczywiście jeśli ktoś lubi retro, to może w każdym momencie przełączać tę opcję. Z mniej istotnych zalet mógłbym jeszcze wymienić poprawioną ścieżkę dźwiękową, która doczekała się nowego soundtracku oraz poprawionego angielskiego dubbingu. Ponadto, twórcy wprowadzili zmianę poziomu trudności, dzięki czemu mniej wprawieni gracze będą w stanie ukończyć grę. A trzeba przyznać, że oryginał potrafił być diabelnie wymagający. Najważniejszą dla mnie nowością jest dodanie możliwości sterowania postacią za pomocą analogów, co znacząco poprawia komfort gry.

CZY WARTO ZAGRAĆ W ONIMUSHA: WARLORDS?

Jeśli lubicie stare gry i nie odstrasza was przestarzała oprawa wizualna oraz zatęchłe mechaniki rozgrywki, to jak najbardziej tak. Wprowadzone zmiany w dużej mierze są kosmetyczne, ale w moim przypadku sprawiły, że bawiłem się przy grze o wiele lepiej niż kilkanaście lat temu. Tytuł można dostać w wersji cyfrowej za niecałe sto złotych (pudełkowa wersja jest jeszcze droższa), co wydaje mi się jednak nadal trochę zbyt wygórowaną ceną. Modyfikacje gry są spoko, ale nie na tyle, żeby płacić za wysłużonego starocia aż tyle kasy. Poczekajcie na przeceny i wtedy dodawajcie Onimushę do koszyka. Nie powinniście żałować.

Grę do testów udostępniła firma Cenega, za co serdecznie dziękuję!

Łukasz Morawski

Prawdopodobnie urodził się z padem w ręku i kawałkiem pizzy w ustach. Miłośnik wszystkiego co jest związane z kulturą popularną i nowymi technologiami. Gra w gry, ogląda filmy, czyta książki i komiksy. Jedno jest pewne - nie ma czasu na nudę.

Zostaw komentarz