Czy Fortnite otworzyło kolejną puszkę growej Pandory?

8

Czy „niewinna” metoda monetyzacji zwiastuje kolejne piekiełko mikrotransakcji?

NASTĘPNA

Nie musimy już chyba oszukiwać się w tej kwestii – Fortnite pokonało Player Unknown’s Battlegrounds. Jako osoba niespecjalnie wkręcona w Battle Royale mógłbym po prostu wzruszyć ramionami i powiedzieć „meh, co z tego?” ale trochę cieszy mnie, że głupkowata, kolorowa gra pokonała POWAŻNY REALIZM i rozrywkę polegającą na leżeniu w krzakach i chichotaniu tworząc zasadzki, które bawią tylko zasadzkującego.

Objęcie przez Fortnite tronu jest jednak ważne niezależnie od tego, czy lubimy tę grę. W skrócie oznacza ono bowiem, że to właśnie na produkcję Epic będą teraz patrzyli wszyscy, którzy chcą wspiąć się na szczyt albo przynajmniej solidnie zarobić, a pomysły, jakie mają twórcy silnika Unreal Engine mogą dość szybko przerodzić się w kolejny trend podobny do ubiegłorocznego wysypu lootboxów, a do tego znacznie trudniejszy do skontrolowania. Chodzi oczywiście o Battle Pass czy po naszemu Karnet Bojowy.

ODROBINA HISTORII

Zanim zaczniemy rozmawiać o tym, dlaczego Karnet jest problematyczny, warto zaznaczyć, że pomysł Epica nie jest do końca nowy. Valve wprowadził go kilka lat temu w Docie 2przy okazji swoich mistrzostw świata, turnieju International i pomniejszych imprez, zasypując graczy mini-gierkami, przedmiotami kosmetycznymi i innymi fajerwerkami, które sprawiały, że prowadzone przez graczy postaci wyglądały bardziej widowiskowo. Do tego dochodziły wyzwania, których realizowanie samo w sobie jest sporą motywacją do gry – małe, szybkie nagrody stanowiły świetne uzupełnienie satysfakcji z samego wygrywania meczy a czasem łagodziły uderzenie porażki.

Sęk w tym, że jakkolwiek popularna nie byłaby Dota, nie jest nawet blisko Fortnite – porównywanie tych dwóch tytułów to jak porównywanie wypasionego Mercedesa z wartym grube miliony Hipersamochodem. Kiedy w pierwszym z tytułów dzieje się coś, co zarabia pieniądze, wszyscy kiwają tylko głowami, mówiąc „mhm, dobrze dla nich”. Gdy na jakiś pomysł wpadają twórcy drugiej z gier, goście, którzy w miesiąc zarabiają 300 milionów dolarów, cała branża zastanawia się, na ile może powtórzyć ten sukces.

NIEWINIĄTKA?

Idea Karnetu jest zresztą na pierwszy rzut oka całkiem niewinna – jeśli siedzimy nad Fortnite odpowiednio często teraz za to siedzenie będziemy dostawać po prostu kolejne nagrody. Nowe emotki, spadochrony, ciuszki dla postaci, czasem jakiś bonus do PD, czyli rzeczy dające frajdę, gdy biegamy, strzelamy i budujemy. Jestem w stanie doskonale zrozumieć, ile satysfakcji płynie z odpicowania swojego awatara – sam wydałem grube pieniądze na wspomnianą wcześniej Dotę, jarając się mieczami, czapkami i innymi tego typu pierdołami.

Jeśli dodamy do tego mechanizm „podziękuję twórcom za ich ciężką pracę” to cały pomysł takiego pakietu sprzedaje się sam, bo jesteśmy szczęśliwsi, mówimy anonimowym programistom, grafikom i projektantom, że ich praca jest bardzo fajna – wszyscy zyskują. Problem polega na tym, że po pierwszym takim podziękowaniu pojawia się okazja, by po raz kolejny zbić piąteczkę ze wspomnianymi anonimami, a właściwie: wcisnąć piąteczkę (albo trzydzieści pięć złotych, jak kto woli) w garść Epica i liczyć, że studio zapłaci swoim ludziom proporcjonalnie do sukcesu gry.

Ciężko powiedzieć, w którym momencie przestajemy właściwie już dziękować za darmową produkcję, a chcemy po prostu co raz nowych bajerów w grze, bo stają się one często ważniejsze, niż sama zabawa. Tak było w przypadku mojej przygody z Dotą 2, gdzie w pewnym momencie dotarło do mnie, że osiągnąłem szczyt tego co jestem w stanie zrobić i o ile rozgrywanie kolejnych partii dalej było bardzo satysfakcjonujące, o tyle jakoś chętniej grało się w trakcie specjalnych wydarzeń, ja i parę milionów innych graczy mieliśmy szansę trafić coś unikalnego. To samo przeszedłem z Overwatchem, gdzie miłość do samej gry w pewnym momencie przesłoniło czekanie na nowe skórki i niezadowolenie, gdy blizzardowe lootboxy sypały mi na głowę powtórki i nie chciały dać wymarzonego „legendara” przed końcem wydarzenia, zachęcając, by kupować więcej.

NASTĘPNA

1 2
Artur Cnotalski

Gra od kiedy pamięta. PCtowiec, który nie boi się konsol ani urządzeń przenośnych. Kiedy nie siedzi przy komputerze, prawdopodobnie gra w planszówki lub "papierowe" RPG.

Dyskusja8 komentarzy

  1. Na battle passa wystarczy wydać raz 35 zł ponieważ potem można go kupic za walutę w grze która otrzymamy wlasnie z tego karnetu bojowego wiec nie ma tutaj żadnej mowy o wielkich pieniądzach- jeden wydatek 35 zł i to wszystko.

  2. Nie zgadzam się z twoją opinią. Każde ma swoje zdanie ale dla mnie to głupota. Inne gry są po to żeby się nimi inspirować. Kto powiedział że teraz będą wychodzić tylko cukierków gry tak jak Fortnite. Widzę że jesteś mało obeznany. Właśnie na najnowszym rynku wychodzą dalej realistyczne gry. Z nowymi pomysłami, opcjami.

  3. W Palladinsach już przecież zrobili karnet bojowy za który można dostać skórki, wierzchowce, pozy, grafiti, walutę w grze i tym podobne. Technika techniką ale teraz faktycznie każdy będzie kopiować pomysł od rynkowego giganta. A sposób na mikropłatności wciąż jest jeden, ten sam, nie zmienny. Wystarczy nie kupować. To Tylko skórki. Przedmioty kosmetyczne. Chcesz – Kupujesz. Nie chcesz – Nie kupujesz. A programistów można wesprzeć za pracę kupując pakiet fundatora w fortnite. Emotki i inne nie są potrzebne.

  4. W karnecie bojowy jest 1,5k albo 1,6k v dolców. Więc raz wydajesz 40 zł i masz na zawsze (jeśli masz chęci do gry i chcesz wbijać banalny karnet) Same tygodniowe wyzwania to 57 lvl i jescze exp.

Zostaw komentarz