Call of Juarez: Gunslinger – recenzja

0

Saloon, zakurzony stolik i brudna szklaneczka wypełniona whisky. Do tego podstarzały łowca głów zabawiający stłoczoną gawiedź historią swojego życia.

Tak zaczyna się najnowsza odsłona kultowej serii wrocławskiego Techlandu.

Po chłodno przyjętej trzeciej części, rozgrywającej się we współczesnych realiach, scenarzyści postanowili posłuchać fanów i oddali w ręce graczy tytuł dziejący się na Dzikim Zachodzie.

Dawno temu na Dzikim Zachodzie

Niestety przyjdzie nam się pożegnać z rodziną McCall, której losy śledziliśmy w poprzednich trzech odsłonach. Protagonistą najnowszej części CoJ będzie Silas Greaves – emerytowany rewolwerowiec, który wedle własnych słów spotkał na swojej drodze m.in. niesławnych braci Dalton oraz samego Billego „Dzieciaka”.
Opowieść czerpie pełnymi garściami z historii autentycznego Dzikiego Zachodu, bawiąc się przy okazji konwencją na tyle umiejętnie przeplatając fikcję z faktami historycznymi, że bez większego trudu można przyjąć, że Silas Graves naprawdę żył.

fot. Techland.pl
fot. Techland

To też jest największy magnes Gunslingera – historia, która jest ubarwiana przez narratora. Fabuła jest dodatkowo komplikowana przez słuchaczy, którzy na bieżąco dorzucają coś od siebie do snutej opowieści. Cała opowieść utrzymana jest w konwencji retrospekcji z podlanej odpowiednią dawką humoru. Myśleliście, że Daltonowie zostali przetrzebieni w Kansas? Nic bardziej błędnego – to Silas wystrzelał ich jak kaczki na odludnych rozlewiskach. By nie było wątpliwości: Butch Cassidy nie zginął w Boliwii. Jak było naprawdę? Musicie sprawdzić sami.

fot. Techland.pl
fot. Techland

Gawędziarski sposób prowadzenia narracji, anegdoty oraz przeinaczenia znajdują naturalnie swoje odbicie w samej rozgrywce. Podczas swej gawędy Silas czasami cofa się do już przebytego etapu, dorzucając drobne zmiany, koloryzuje dla oklasków oraz darmowego piwa lub zwyczajnie coś przekręca. W praktyce oznacza to, że nigdy nie wiemy w którym momencie usłyszymy „nie, nie, to było inaczej” co oznacza powrót do ostatniego punktu zapisu i rozpoczęcie rozgrywki na nowo, ale w zupełnie odmienny sposób. Zabieg ten wyszedł scenarzystom oraz programistom doskonale, efektem czego rozgrywka jest dynamiczna i ogromnie satysfakcjonująca.

Strzelaj, strzelaj jeszcze i ewentualnie zadaj pytanie

„Call of Juarez: Gunslinger” to rasowa, pierwszoosobowa strzelanka, która skupia się na przeładowywaniu i posyłaniu w kierunku przeciwników takiej ilości ołowiu jaką tylko zdołamy. By zaś to zadanie ułatwić, twórcy oddają w ręce graczy arsenał rewolwerów, strzelb oraz karabinów. Nie jest to co prawda przenośny składzik uzbrojenia małej armii, ale został tak pomyślany, by każdy znalazł coś dla siebie. Sama mechanika eliminowania oponentów jest zbalansowana, a każda broń ma określone parametry techniczne przekładające się na sposób użycia. Dodajmy do tego stosowne komunikaty o trafieniach nadające całej strzelaninie lekko zręcznościowego charakteru.

Gra korzysta też z systemu premiującego zabójstwa oraz trafienia – mechanizm znany z „Buletstorm” – choć nie jest on tak rozbudowany jak można by się spodziewać. Najnowszy CoJ nie jest jednak kalką gry studia People Can Fly, metod pozbycia się przeciwnika jest kilka, ale najlepszym sposobem jest zwyczajnie zastrzelenie go, punktacja to tylko miły dodatek, a nie esencja rozgrywki.

fot. Techland.pl
fot. Techland

Nowością jest także element rozwoju głównego bohatera. Za uzbierane punktu możemy odblokowywać kolejne szczebelki w drabinie rozwoju umiejętności. Twórcy pogrupowali je w trzy kategorie: desperado, łowca oraz traper. Każda „klasa” ma charakterystyczne rodzaje broni w których możemy się specjalizować.

Przyznaję, że pojawienie się systemu rozwoju oraz wyboru klasy bardzo mi się spodobał. Szkoda jednak, że nie został nieco bardziej rozwinięty przez twórców.

Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że rozgrywka jest liniowa. Podobnie jak w poprzednich odsłonach podążamy ustalonymi ścieżkami od punktu A do punktu B, po drodze uruchamiając stosowne skrypty. By była jasność: nie marudzę, jestem zachwycony dziełem Techlandu.

fot. Techland
fot. Techland

Za cenę swobody dostajemy doskonale wyreżyserowany western, z pierwszorzędną narracją oraz wciągającą fabułą. Na ekranie cały czas cos się dzieje, nie dając nam zbyt wiele czasu na zastanawianie się czy może by tak nie skręcić w drugą stronę – ot, Dziki Zachód w pigułce.

A wyglądało to tak

Jako, że gra nie ma charakteru sandboxa i podążamy z góry ustaloną ścieżką twórcy mogli pokusić się o znacznie większe przywiązanie do detali oraz projektowania zapierających dech w piersiach widoczków. Z Chrome Engine 5 zostały wyciśnięte siódme poty by dostarczyć graczom atrakcyjną wizualnie grę utrzymaną w komiksowej stylistyce. Jak dla mnie rewelacja.

fot. Techland.pl
fot. Techland

Skoro już mowa o oprawie w tym miejscu na oddzielne słowa uznania zasługuje muzyka. Udźwiękowienie jest kapitalne, Paweł Błaszczak zaprezentował najwyższą klasę komponując świetną muzykę inspirowaną klasycznymi westernami. Przez bite siedem godzin zabawy z głośników sączy się jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych jakie słyszałem. Muzyka jest zróżnicowana i nienachalna, każdy etap to zupełnie inne tempo i melodia wyjściowa.

Czy warto?

Na koniec garść uwag. Przez cała rozgrywkę drażnić mogą dwa elementy: wątpliwy intelekt przeciwników oraz psikusy graficzne – zdarza się, że wraży rewolwerowiec po skutecznym wyeliminowaniu np. dynamitem, upada w iście baletowej pozycji. Zresztą same postacie do których przyjdzie nam strzelać wyglądają nieco sztucznie, tym bardziej, że nie są wykonane w tym samym stylu graficznym co otocznie.

Jestem fanem westernów, więc gęsta akcja w pełni mnie satysfakcjonuje. Dla wielu jednak pewną uciążliwością może być gra, w której stężenie kul w powietrzu jest większa niż tlenu i generalnie nie ma nic więcej do zrobienia niż zagęszczanie atmosfery kolejnymi naciśnięciami spustu. Przy tak doskonale poprowadzonej historii nie zaszkodziłoby danie „widzom” chwili na wdech, zwiedzenie okolicy i wykonanie choćby minimalnie pobocznego zadania.

Podsumowując „Call of Juarez: Gunslinger” jest bardzo udanym tytułem, zdecydowanie jednym z lepszych z jakimi miałem ostatnimi czasy do czynienia. Powrót na Dziki Zachód wyszedł Techlandowi zdecydowanie znakomicie. Gra oferuje wszystko czego można oczekiwać po westernie: wartką akcję, ciekawą fabułę, świetnie skrojone postacie oraz dialogi.

Werdykt

  • Fabuła i klimat
    10
  • Miodność rozgrywki
    9
  • Grafika
    9
  • Udźwiękowienie
    8
  • AI przeciwników;
    4
  • Dopracowanie całości
    8
  • Ocena użytkowników (0 głosów)
    0
    Your Rating:
Podsumowanie

Dobrych westernów nigdy zbyt wiele. Wszyscy miłośnicy "Dobry, Zły i Brzydki" poczują się jak w domu.

80%
80
Bardzo dobra

Fan nowinek technologicznych, rocznikowo równolatek Terminatora. Wychowany na C64 zwolennik cRPG oraz survival horrorów, sympatyzujący z konsolowcami.

Zostaw komentarz