2B or not 2B, czyli jak NieR: Automata przekonał mnie do japońskich gier wideo

0

Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?

Nienawidzę japońskich gier wideo. Czasem czytam mangi i oglądam anime, ale gier wideo zwyczajnie nie trawię. Przeszkadza mi dosłownie wszystko – kreska, pretensjonalne (amatorzy powiedzą: „oryginalne”) historie, a w przypadku jRPG również mechaniki. Jednak w ciągu ostatniego roku w dyskusjach i koleżeńskich sprzeczkach Łukasz przekonywał mnie, że warto dać szansę NieR, która spodobała mu się na tyle, że wystawił jej dziewięć na dziesięć oczek. Zaintrygowany i zmęczony nieustannym piłowaniem, stwierdziłem, że premiera gry na konsoli Xbox One to doskonały moment, aby przekonać się na własnej skórze czy NieR: Automata od Platinum Games rzeczywiście jest tak dobry, jak mówią.

Kliknij w banner, aby przejść do recenzji gry NieR: Automata na PlayStation 4

Już pierwsze godziny z NieR: Automata zmusiły mnie do zrewidowania swoich poglądów na temat japońskich gier wideo i posypania głowy popiołem. Dzieło Yoko Taro zachwyca fabułą, sceneriami, a zwłaszcza różnorodnością rozgrywki, jakiej w zachodnich tytułach nigdy nie doświadczyłem. Prolog gry to hołd oddany Space Invaders i innym klasykom, a z każdą kolejną godziną robi się coraz ciekawiej. Znajdziecie tutaj elementy jRPG, platformówki, slashera, a nawet bijatyki. Wzorowe działanie kamery sprawia, że przejścia pomiędzy gatunkami są płynne i naturalne. Nie raz i nie dwa złapałem się na myśli, że kierunek obrany przez Platinum Games powinien w świecie elektronicznej rozrywki stanowić standard.

Nie myślcie jednak, że popadam ze skrajności w skrajność, z podszytej ignorancją niechęci do żarliwej miłości. NieR: Automata nie jest bynajmniej pozbawiony wad. Na moją wyobraźnię najlepiej działa to, kiedy twórcy gier wideo dążą do jak największego realizmu, vide Kingdom Come Deliverance. W przypadku gatunku science-fiction, w moim prywatnym rankingu komandor Shepard zawsze będzie stała wyżej od świecącego bielizną androida w wymyślnym kostiumie i dwoma wielkimi mieczami na plecach. Japońskie „wincyj” ciągle do mnie nie przemawia i chyba nie przemówi już nigdy. Lista wad jest znacznie dłuższa: lokacje – chociaż miłe oku – są w moim odczuciu jałowe, zadania dodatkowe nudne, system rozwoju postaci i ekwipunek nieczytelne i nieciekawe. Nawigacja woła o pomstę do nieba, a niewidzialne ściany skutecznie psują efekt immersji. „Wisienką” na torcie są wrogowie, którzy odradzają się bez końca.

O NieR: Automata poczytacie też tutaj:

Wady wadami, ale moim zdaniem NieR: Automata to tytuł, w przypadku którego nie należy zastanawiać się nad tym, co zostało zrobione źle, ale przede wszystkim skupić się na tym, co zrobiono dobrze, a następnie wyciągnąć stosowne wnioski. Zachodnie gry wideo zyskałyby wiele, gdyby ich twórcy odważniej żonglowali gatunkami. Rynek po brzegi wypełniony jest różnymi wariacjami na temat gier akcji i produkcji role-playing, ale do mieszanki wybuchowej, jaką jest NieR: Automata, nie mogą nawet startować. Zachwyciło mnie zwłaszcza to, że tytuł można, a nawet trzeba, przejść kilkakrotnie, różnymi postaciami, bez konieczności ponownego podchodzenia do zadań dodatkowych i poznać nową zawartość oraz zakończenia. Taką nową grę plus to ja rozumiem i domagam się większej liczby tytułów, które wykorzystują to rozwiązanie.

NieR: Automata – Become as Gods Edition

Na zakończenie warto powiedzieć kilka słów na temat wersji gry przygotowanej z myślą o konsoli Xbox One. NieR: Automata został ulepszony pod kątem działania na konsoli Xbox One X, co oznacza, że zapewnia wsparcie dla rozdzielczości 4K Ultra HD i technologii HDR. Tytuł prezentuje się bardzo dobrze, ale wielka szkoda, że twórcy nie poszli śladem kolegów z Ninja Theory i nie zadbali o różne tryby wyświetlania grafiki, tak jak ma to miejsce w Hellblade: Senua’s Sacrifice, gdzie dostępne są aż trzy: wysoka rozdzielczość, wysoka liczba klatek na sekundę oraz wzbogacona warstwa wizualna. Nie jest to jednak wystarczający powód, aby przejść obok NieR: Automata obojętnie. Zagrać warto i trzeba, nawet jeżeli, tak jak ja, nie pałacie miłością do japońskich gier wideo. Zwłaszcza po to, aby uświadomić sobie to, jak ważna w grach wideo jest kreatywność ich twórców i odwaga w realizowaniu szalonych pomysłów, których w amerykańskich i europejskich tytułach wyraźnie brak.

Grę do testów dostarczyła firma Cenega, za co serdecznie dziękujemy!

Dawid Sych

Od dziecka zapalony pecetowiec, a od niedawna konsolowy neofita. Kocha rozbudowane gry role-playing z masą statystyk i dziesiątkami okienek, najlepiej izometryczne i w klimacie science-fiction lub post-apo. Alergicznie reaguje na wszelkiej maści sandboksy oraz gry sportowe. Wielbiciel literatury klasycznej i amator dobrych seriali.

Zostaw komentarz